Swietłana ostrożnie postawiła czajnik na stole, bez jednego zbędnego ruchu.
Porcelanowa pokrywka cicho zabrzęczała.

Igor żuł kotlet i patrzył na nią tak, jakby czekał na wybuch.
— Dolej jeszcze — powiedział, przesuwając filiżankę.
— Słyszałaś, co powiedziałem?
— Słyszałam — Swietłana skinęła głową i napełniła jego filiżankę do połowy.
— Walentina Pietrowna zawsze hojnie rozdawała oceny.
— Nie obrażaj się — Igor odchylił się na oparcie krzesła.
— Ona mówi prawdę.
Spójrz na mieszkanie.
Kurz na parapecie.
Pranie drugi dzień leży w pralce.
Kolacja to półprodukty.
— Kotlety lepiłam sama — Swietłana usiadła naprzeciwko.
— Dwie godziny temu.
Mięso mielone, cebula, jajko.
Wszystko tak, jak lubisz.
— Same kotlety domu nie uratują — Igor odsunął talerz.
— Matka dzwoniła wczoraj.
Mówiła, że wpadła w dzień, a tu bałagan.
Ręczniki na podłodze, umywalka brudna.
Swietłana splotła dłonie na kolanach.
Teściowa rzeczywiście przyszła.
Bez telefonu, bez uprzedzenia, ze swoim kluczem, który Igor dorobił jej jeszcze trzy lata temu.
— Byłam w pracy — powiedziała Swietłana równo.
— Ty byłeś w domu od rana.
Ręczniki na podłodze są twoje.
— Nie zrzucaj winy — Igor podniósł palec.
— Mężczyzna przynosi pieniądze.
Kobieta dba o dom.
Tak było zawsze.
— Zawsze, czyli kiedy? — Swietłana lekko przechyliła głowę.
— Kiedy twoja pensja była trzy razy mniejsza od mojej?
Czy kiedy płaciłam za remont mieszkania Walentiny Pietrowny?
Igor poczerwieniał.
Nie lubił, kiedy Swietłana wspominała o pieniądzach.
Nie dlatego, że się wstydził, lecz dlatego, że burzyło to konstrukcję, którą budował: mąż jako głowa rodziny, żona jako służąca.
— Pieniądze to jedno — wycedził.
— A dom to drugie.
— Dom to dwoje ludzi, Igor — Swietłana wstała i zaczęła sprzątać ze stołu.
— Kiedy dwoje ludzi mieszka razem, oboje ponoszą odpowiedzialność.
— Matka wychowała mnie sama — Igor podniósł głos.
— I u niej w domu zawsze był porządek.
— Walentina Pietrowna ma jednopokojowe mieszkanie i kota — Swietłana starannie złożyła talerze.
— Tutaj jest siedemdziesiąt metrów kwadratowych i mąż, który zostawia mokre ślady na parkiecie i je nad klawiaturą.
Igor wstał od stołu.
Twarz ściągnęła mu się z irytacji.
Nie znalazł odpowiedzi i zrobił to, co robił zawsze: poszedł do telewizora.
Swietłana umyła naczynia i wytarła stół.
Spojrzała na zegarek: wpół do dziewiątej.
Z pokoju dobiegał śmiech z jakiegoś programu.
Wyjęła telefon i wybrała numer siostry.
— Marina, cześć.
Nie za późno?
— Dla ciebie nigdy — głos Mariny był ciepły.
— Co się stało?
— Znowu to samo — Swietłana usiadła na stołku.
— Walentina Pietrowna przekazała, że jestem złą żoną.
A on się z nią zgadza.
— No oczywiście — prychnęła Marina.
— A on sam to niby wzorowy mąż.
Słuchaj, znasz trzy języki.
Utrzymujesz ten dom.
Opłacasz połowę wydatków jego matki.
I ty jesteś złą żoną?
— Naprawdę jestem złą gospodynią, Marina — Swietłana powiedziała to bez kokieterii, szczerze.
— Kurz zbiera mi się po kątach, zapominam o praniu.
To prawda.
— To dziedziczne, sama wiesz — mruknęła Marina.
— Ty, ja i babcia mamy tak samo.
Ręce mamy stworzone do czegoś innego.
Ale Dima mi pomaga.
Razem odkurzamy, razem gotujemy.
I u nas jest czysto.
— Twój mąż jest człowiekiem — westchnęła Swietłana.
— A twój kim jest? — Marina zamilkła na sekundę.
— Swieta, ile można?
On nie pomaga, brudzi, a potem skarży się jego matka.
Rano Swietłana obudziła się wcześnie.
Igor jeszcze spał, rozciągnięty na całej kanapie.
Już dawno przeniósł się z sypialni, mówiąc, że tam jest za gorąco.
Na stoliku kawowym stał kubek z zaschniętymi resztkami kakao, a obok leżało zmięte opakowanie po chipsach.
Swietłana poszła do kuchni i zaparzyła kawę.
Telefon na stole zawibrował.
Wiadomość od nieznanego numeru: „Swieta, cześć.
To Roman, przyjaciel Igora.
Od dawna chciałem napisać.
Może spotkamy się na kawę?
Bez Igora.
Chcę porozmawiać”.
Przeczytała wiadomość.
Położyła telefon na stole.
Roman był tym samym człowiekiem, który przyszedł do nich na Nowy Rok, cały wieczór śledził ją wzrokiem i opowiadał, że z żoną ma „skomplikowanie”.
Tym samym, który na urodzinach Igora położył jej rękę na ramieniu i powiedział: „Igor nie docenia tego, co ma”.
Igor obudził się koło południa, wyjął z lodówki sok i znów usiadł przed telewizorem.
Swietłana wróciła z pracy o siódmej.
W kuchni stała nieumyta patelnia.
Igor smażył jajecznicę i zostawił wszystko tak, jak było.
— Igor — stanęła w drzwiach.
— Mogłeś chociaż umyć po sobie patelnię.
— Jestem zmęczony — przełączył kanał.
— Ciężki dzień.
— Obudziłeś się o pierwszej po południu — powiedziała Swietłana bez drwiny, po prostu stwierdzając fakt.
— Ja wstałam o szóstej.
— No i co? — dopiero wtedy na nią spojrzał.
— Sama wybrałaś sobie taki grafik pracy.
Ja cię nie zmuszałem.
Swietłana zamknęła oczy na trzy sekundy.
Otworzyła je.
Poszła umyć patelnię.
— Słuchaj — Igor krzyknął z pokoju.
— Matka przyjdzie w sobotę.
Powiedziała, że pomoże ci zaprowadzić porządek.
Pokaże, jak należy.
— Jak należy? — Swietłana odwróciła się w stronę drzwi.
— No, jak gospodyni powinna dbać o dom.
Ona to potrafi.
Zajmowała się tym całe życie.
Swietłana powoli postawiła patelnię na suszarce.
Tę rozmowę słyszała dwadzieścia razy w różnych wariantach.
Walentina Pietrowna przychodziła, wskazywała plamy, zagniecenia na zasłonach, nie taki układ słoików w szafce.
A Igor za każdym razem kiwał głową, zgadzał się i potakiwał.
— Dobrze — powiedziała Swietłana.
— Niech przyjdzie.
Wyjęła telefon i zadzwoniła do Mariny.
— Zaprosił Walentinę Pietrownę, żeby nauczyła mnie prowadzić dom — powiedziała bez wstępu.
— Mówisz poważnie? — Marina zamilkła po drugiej stronie.
— Swieta, nie będę ci już radzić, żebyś znosiła.
Dość.
— Nie zamierzam znosić — Swietłana mówiła cicho, ale każde słowo było jak gwóźdź wbity po sam łeb.
— Marina, muszę coś sprawdzić.
Mieszkanie jest zapisane na mnie, prawda?
— Tak — potwierdziła Marina.
— Kupiłaś je przed ślubem.
Za własne pieniądze.
Byłam świadkiem.
— Samochód?
— Też twój.
Prezent od ciebie samej dla siebie na trzydzieste urodziny.
— Comiesięczny przelew na utrzymanie teściowej?
— Z twojej karty.
Dobrowolny.
To nie jest obowiązek.
— Dziękuję, Marina — Swietłana chwilę milczała.
— Wiem to wszystko, ale myślę.
Potrzebuję numeru Dmitrija.
Chcę się poradzić.
— Jest obok.
Daję go.
Głos Dmitrija był spokojny, równy, niezawodny.
— Swieta, cześć.
Marina mi opowiedziała.
Co chcesz zrobić?
— Dima, potrzebuję rady — Swietłana mówiła krótko.
— Chcę to wszystko zakończyć.
Szybko i czysto.
Bez skandali, bez targowania się.
— Mieszkanie jest twoje.
Samochód jest twój.
Co on włożył przez pięć lat?
— Jedną trzecią opłat za media.
Czasami produkty.
— A ty?
— Remont, meble, sprzęty.
Co miesiąc dwadzieścia tysięcy jego matce.
Ubezpieczenie na jego nazwisko.
Jego stomatologia w zeszłym roku.
— Swieta — powiedział Dmitrij łagodnie.
— Utrzymujesz dorosłego mężczyznę i jego matkę.
A oni jeszcze cię oskarżają.
— Tak — odpowiedziała Swietłana po prostu.
— Ale to kończy się w sobotę.
W sobotę teściowa pojawiła się dokładnie o dziesiątej rano.
W rękach miała torbę ze ścierkami, w oczach błysk kontrolera.
Igor otworzył jej drzwi, objął ją i zaprowadził do kuchni.
— No właśnie — Walentina Pietrowna omiotła kuchnię wzrokiem.
— Co ja mówiłam?
Tłuszcz na okapie, okruchy pod tosterem.
Czy to jest dom?
— Dzień dobry, Walentino Pietrowno — Swietłana wyszła z sypialni.
— Kawy?
— Nie kawy mi trzeba, tylko porządku — teściowa postawiła torbę na podłodze.
— Patrz.
Pokażę ci, jak żyją normalne kobiety.
Gąbka tutaj.
Ręcznik składa się tak.
Półki wyciera się raz na trzy dni.
— Walentino Pietrowno — Swietłana uśmiechnęła się.
— Wie pani, że znam trzy języki?
— I co z tego? — Walentina Pietrowna skrzywiła się.
— Języki barszczu nie ugotują.
— Za to opłacają to mieszkanie — Swietłana nie podniosła głosu.
— I pani comiesięczny przelew.
— To obowiązek — teściowa wyprostowała się.
— Jestem matką.
Należy mi się.
— Według kogo? — zapytała Swietłana ze szczerym zaciekawieniem.
— Igor przelewa pani pieniądze?
Czy robię to ja?
Walentina Pietrowna spojrzała na syna.
Igor chrząknął.
— Co za różnica, kto przelewa — wymamrotał.
— Pieniądze są wspólne.
— Nie — Swietłana pokręciła głową.
— Nie są wspólne.
Są moje.
Z mojego konta.
Co miesiąc.
Dwadzieścia tysięcy.
Przez cztery lata.
— Wypominasz nam? — teściowa poczerwieniała.
— A więc taka jesteś!
Igor, słyszysz?
Ona liczy pieniądze!
— Liczę — Swietłana skinęła głową.
— Dziewięćset sześćdziesiąt tysięcy przez cztery lata.
Plus remont pani łazienki — sto czterdzieści.
Plus kuchnia — dwieście dziesięć.
Razem ponad milion.
Walentina Pietrowna zamrugała.
Igor wstał i podszedł do Swietłany.
— Co ty wyprawiasz? — syknął.
— Przy matce!
— A kiedy przy niej nazywałeś mnie złą żoną, to było normalne? — Swietłana spojrzała na niego z dołu.
— Kiedy ona przychodzi do mojego mieszkania i wytyka palcem każdy kąt, to jest dopuszczalne?
— To nasze mieszkanie!
— Nie, Igor — powiedziała Swietłana bardzo spokojnie.
— To moje mieszkanie.
Kupione przed ślubem.
Za moje pieniądze.
Są wszystkie dokumenty.
A co masz ty?
Telefon Igora zadzwonił.
Spojrzał na ekran i odwrócił się.
— Kto dzwoni? — zapytała Swietłana.
— Roman — burknął Igor.
— Nie twój interes.
— Roman — Swietłana wyjęła swój telefon i otworzyła wiadomość.
— Ten sam Roman, który pisze do mnie coś takiego?
Pokazała ekran Igorowi.
Wiadomości: „Swieta, spotkajmy się”, „Igor na ciebie nie zasługuje”, „Na jego miejscu nosiłbym cię na rękach”, „Zasługujesz na lepsze i wiesz o tym”.
Igor przeczytał.
Czoło zebrało mu się w zmarszczki.
Szczęka zaczęła mu pracować.
— To… on do ciebie pisał?
— Codziennie.
Już od trzech tygodni — Swietłana schowała telefon.
— Twój najlepszy przyjaciel.
Ten, który zresztą przy każdym spotkaniu opowiada ci, że cię nie szanuję.
Zgadnij po co.
Teściowa usiadła na krześle.
Ścierki w torbie tak i nie zostały rozpakowane.
— Nie kłam — wyszeptał Igor.
— Romka nie mógłby.
— Mógł — Swietłana otworzyła jeszcze jedną korespondencję.
— Oto wiadomości z grupy, w której są on i jego żona.
Jego żona, Kristina, przesłała mi ich rozmowę.
Napisał jej: „Wkrótce Igor i Swieta się rozwiodą, pracuję nad tym”.
Dosłownie.
Igor stał pośrodku kuchni.
Walentina Pietrowna siedziała nieruchomo, ściskając uchwyt torby.
Swietłana schowała telefon do kieszeni i spojrzała na nich oboje spokojnie, bez triumfu, bez złośliwej satysfakcji.
— Chcę, żebyście oboje usłyszeli — mówiła równo, bez pauz, bez wahania.
— Ja utrzymuję ten dom.
Milczę, kiedy mówi mi się, że jestem złą żoną.
Przelewam pieniądze kobiecie, która przychodzi do mojego mieszkania i uczy mnie wycierać półki.
— Swieta… — zaczął Igor.
— Nie skończyłam — nie podniosła głosu, ale Igor natychmiast zamilkł.
— Jestem złą gospodynią.
To prawda.
Zbiera mi się kurz, zapominam wyjąć pranie, nie umiem składać ręczników według standardów Walentiny Pietrowny.
Ale znam trzy języki.
Zarabiam trzy razy więcej od ciebie.
Ani razu nie poprosiłam cię, żebyś zapłacił za większy zakup.
Ani razu.
A ty ani razu nie umyłeś po sobie patelni bez przypominania.
Walentina Pietrowna otworzyła usta.
— Proszę milczeć — Swietłana odwróciła się do niej.
— Nie jest pani gościem.
Nie jest pani sojusznikiem.
Jest pani częścią problemu.
Każda pani wizyta to ekspertyza, o którą nikt nie prosił.
I każda pani rada dla Igora to cegła w murze między nami.
— Chciałam tylko jak najlepiej — wycedziła teściowa.
— Najlepiej dla kogo? — Swietłana podeszła do stołu i położyła na nim trzy kartki papieru.
— Oto wyciąg z mojego konta.
Oto wszystkie przelewy do pani za cztery lata.
Oto koszt remontu pani mieszkania, który opłaciłam.
Walentina Pietrowna spojrzała na liczby.
Usta jej drgnęły, ale milczała.
Liczby były niepodważalne.
— Igor — Swietłana odwróciła się do męża.
— Złożyłam pozew.
Wszystko jest załatwione.
Rozwiązanie małżeństwa.
— Nie możesz — Igor zrobił krok w jej stronę.
— Nie możesz tak.
Z powodu czego?
Ręczników?
Gąbek?
— Z powodu pogardy — Swietłana wypowiedziała to słowo tak, że zawisło między nimi jak ciężki kamień.
— Ty nie tylko nie pomagasz.
Ty upokarzasz.
W tym domu jesteś po prostu świnią, która nie jest w stanie nawet umyć kubka.
Pozwalasz swojej matce upokarzać mnie.
I pozwalasz swojemu przyjacielowi podkopywać naszą rodzinę, bo wygodniej ci wierzyć jemu niż mnie.
— Nie wiedziałem o Romanie! — Igor rozłożył ręce.
— Nie wiedziałem!
— A o czym wiedziałeś? — Swietłana przechyliła głowę.
— Wiedziałeś, że wstaję o szóstej?
Wiedziałeś, że wieczorami uczę się trzeciego języka, bo jest mi potrzebny do pracy?
Wiedziałeś, że co miesiąc odkładam pieniądze, żebyśmy kiedyś mogli pozwolić sobie na wakacje?
Czy wiedziałeś tylko to, co opowiada ci twoja matka?
Igor milczał.
Jego twarz zmieniała się od złości do zagubienia, od zagubienia do strachu.
— Mieszkanie jest moje.
Dokumenty są u mnie — kontynuowała Swietłana.
— Samochód jest mój.
Umowa jest na moje nazwisko.
Comiesięczny przelew do Walentiny Pietrowny kończy się od dzisiaj.
Jutro rano wymieniam zamki.
Masz czas do niedzielnego wieczoru, żeby zabrać swoje rzeczy.
— Dokąd pójdę? — Igor zbladł.
— Do Walentiny Pietrowny — Swietłana wzruszyła ramionami.
— Przecież ona wie, jak prowadzić dom.
We dwoje sobie poradzicie.
Będzie myła za tobą kubki.
Walentina Pietrowna wczepiła się w krzesło.
— On nie może do mnie! — wyrwało jej się.
— Mam jeden pokój!
Mam kota!
Mam…
— Ma pani wspaniałe mieszkanie po remoncie, który opłaciłam — powiedziała Swietłana bez złości, prawie miękko.
— Przyjmie pani syna.
Nauczy go pani składać ręczniki.
Igor rzucił się do telefonu i wybrał numer.
— Romka, co za świństwa pisałeś do Swiety? — prawie krzyczał.
— Ona mi wszystko pokazała!
Co do cholery?
Z głośnika dobiegł głos Romana, pośpieszny i przymilny.
— Igorek, poczekaj, źle zrozumiałeś, ja tylko chciałem pomóc, dowiedzieć się, jak ona…
— Pomóc? — Igor obejrzał się na Swietłanę.
— Napisałeś swojej żonie, że pracujesz nad naszym rozwodem!
To jest pomoc?
Roman zamilkł.
Potem połączenie się urwało.
Igor wpatrywał się w zgaszony ekran.
— Teraz widzisz — Swietłana stała przy drzwiach.
— Przyjaciel chciał rozwalić naszą rodzinę, żeby dostać się do mnie.
Zrobić ze mnie kochankę.
A ty zamiast być przy mnie, słuchałeś jego i swojej matki.
I oboje mówili ci jedno: Swieta jest zła.
Wygodne, prawda?
Kiedy wszyscy wokół potwierdzają, że to ty jesteś ofiarą.
Poniedziałek zaczął się ciszą.
Swietłana wypiła kawę w czystej kuchni.
Igor wyjechał poprzedniego wieczoru.
Zabrał trzy walizki, torbę z laptopem, pudło z jakimiś kablami.
Stał w przedpokoju, patrzył na nią i czekał, że zmieni zdanie.
— Swieta — powiedział na progu.
— Poprawię się.
Będę pomagał.
Będę mył, sprzątał, gotował.
— Przez lata mówiłeś mi, że to kobieca sprawa — Swietłana trzymała drzwi.
— Nie poprawisz się w jeden wieczór.
I nie dlatego, że nie możesz.
Tylko dlatego, że nie chcesz.
Chcesz tylko odzyskać mieszkanie, samochód i człowieka, który będzie płacił za twoje życie.
Odszedł.
Drzwi się zamknęły.
We wtorek zadzwoniła Marina.
— Jak się masz?
— Normalnie — Swietłana stała przy kuchence i mieszała zupę.
— Wymieniłam zamki.
Jutro przyjdzie kobieta, która będzie pomagała w sprzątaniu raz w tygodniu.
— Nareszcie — Marina odetchnęła.
— Dawno powinnaś była to zrobić.
— Dawno — zgodziła się Swietłana.
— Ale wierzyłam, że on zrozumie.
Że pewnego dnia wstanie rano i powie: „Zróbmy to razem”.
Nie powiedział.
— Dima przekazuje, że jesteś dzielna — Marina się uśmiechała, było to słychać w jej głosie.
— I że Igor sam siebie ukarał.
— Jeszcze nie w pełnej skali — uśmiechnęła się krzywo Swietłana.
— Poczekaj do piątku.
W środę Igor zadzwonił z nieznanego numeru.
— Swiet, matka mnie wyrzuca — głos miał zagubiony, przygaszony.
— Mówi, że brudzę.
Mówi, że po sobie nie sprzątam.
Mówi, że nie da się ze mną mieszkać.
Swietłana milczała dokładnie pięć sekund.
— Ironia, prawda?
— To nie jest śmieszne! — Igor wybuchnął.
— Nie mam dokąd pójść!
Roman nie odbiera, jego żona złożyła pozew o rozwód, on sam tuła się gdzieś po znajomych.
— Współczuję — powiedziała Swietłana równo.
— Ale to już nie jest moja odpowiedzialność.
Jesteś dorosłym mężczyzną.
Możesz wynająć pokój.
Możesz wynająć mieszkanie.
Pracujesz.
Pieniędzy wystarczy, jeśli przestaniesz zamawiać jedzenie trzy razy dziennie.
— Jesteś okrutna — wyszeptał.
— Nie — odpowiedziała Swietłana.
— Jestem uczciwa.
W czwartek zadzwoniła Walentina Pietrowna.
Jej głos był zupełnie inny: cichy, złamany.
— Swietłano — nazwała ją po imieniu, bez „dziewczynko”, bez „gospodyni”, bez protekcjonalnych nut.
— On jest nieznośny.
Dwa dni.
Tylko dwa dni.
Okruchy na kanapie, plamy na lustrze, kubki po całym mieszkaniu.
Nie sprząta po sobie niczego.
Absolutnie niczego.
— Wiem — powiedziała Swietłana łagodnie.
— Żyłam z nim przez te wszystkie lata.
I za każdym razem, kiedy pani przychodziła, mówiła pani, że jestem złą gospodynią.
Walentina Pietrowna długo milczała.
— On był inny — powiedziała w końcu.
— Kiedy mieszkał sam, przed tobą.
Był bardziej schludny.
— Nie — Swietłana pokręciła głową, choć Walentina nie mogła tego zobaczyć.
— Nie był bardziej schludny.
Mieszkał u pani.
I to pani po nim sprzątała.
Potem przeprowadził się do mnie.
I to ja miałam po nim sprzątać.
On nigdy nie sprzątał sam.
Nigdy, Walentino Pietrowno.
Piątek.
Swietłana wróciła do domu o szóstej wieczorem.
Mieszkanie lśniło.
Kobieta o imieniu Natalia przyszła w dzień, a ślady jej pracy były wszędzie: błyszczące podłogi, świeże ręczniki, rzeczy poukładane na półkach.
Na stole leżała kartka: „Swietłano, wszystko zrobiłam według listy.
Przyjdę w następny czwartek.
Natalia”.
Swietłana usiadła w kuchni.
Nalała sobie herbaty.
Wyjęła telefon i zobaczyła wiadomość od Mariny: „Swiet, nie uwierzysz.
Kristina, żona Romana, napisała do mnie.
Roman dzwonił do Igora i prosił, żeby ten namówił cię, byś go przyjęła.
Powiedział: «Tobie ona i tak nie jest potrzebna, a mnie się podoba, pomóż mi normalnie się z nią zapoznać».
Igor go posłał.
Po raz pierwszy zrobił coś właściwego”.
Swietłana przeczytała.
Pokręciła głową.
Nalała jeszcze herbaty.
Telefon zadzwonił.
Numer Igora.
— Swiet — głos był obcy, ochrypły.
— Roman… on to wszystko ustawiał.
Dzwonił do matki, opowiadał, że masz bałagan, specjalnie, żeby przychodziła, żebyś się złościła, żebyśmy się kłócili.
— Wiem — powiedziała Swietłana.
— Wiedziałaś?
— Kristina napisała do mnie już tydzień temu.
Znalazła całą korespondencję Romana.
Planował to miesiącami.
Ale Igor — zrobiła pauzę.
— Roman nie zmuszał cię do rzucania ręczników na podłogę.
Roman nie zmuszał cię do jedzenia nad klawiaturą i zostawiania kubków po całym mieszkaniu.
Roman nie zmuszał cię do nazywania mnie złą żoną.
Robiłeś to sam.
Bo tak było ci wygodnie.
— Rozumiem — Igor wypuścił powietrze.
— Straciłem wszystko.
Mieszkanie, samochód, ciebie.
Matka… powiedziała, że więcej nie będzie po mnie sprzątać.
Że dość.
— Ma rację.
— Swiet, daj mi szansę.
— Nie — powiedziała Swietłana bez złości, bez urazy, bez żalu.
— Nie dlatego, że jestem okrutna.
Tylko dlatego, że szansa była każdego dnia.
Przez wszystkie lata, przez tyle dni.
Nie wykorzystałeś ani jednej.
Odłożyła telefon.
Upiła herbaty.
Ciepłej, mocnej, z cytryną.
Na ekranie pojawiła się wiadomość od Kristiny: „Swietłano, dziękuję.
Dzięki twoim zrzutom ekranu w końcu zobaczyłam, z kim żyję.
Roman wczoraj spakował rzeczy.
Nie ma ani mieszkania, ani przyjaciół.
Igor go posłał, a inni już dawno się od niego odwrócili.
Teraz mieszka u jakiegoś znajomego na polówce.
A ja wreszcie oddycham”.
Swietłana odpisała: „Cieszę się pani szczęściem.
Proszę oddychać.
To ważniejsze niż czyste półki”.
Postawiła filiżankę i przeszła przez mieszkanie.
Cicho.
Czysto.
Nikt nie zostawił okruchów.
Nikt nie rzucił mokrego ręcznika.
Nikt jutro rano nie powie, że jest złą żoną.
Bo nie jest żoną.
Jest panią tego domu.
Jedyną i prawdziwą.



