Zaledwie przekroczywszy próg, zamarła z zakłopotaniem.
W przedpokoju stały obce damskie buty.

Liza otworzyła drzwi swoim kluczem i weszła do własnego mieszkania.
Zaledwie przekroczywszy próg, zamarła z zakłopotaniem.
W przedpokoju stały obce damskie buty.
Zdziwiona, uniosła brwi, zamknęła za sobą drzwi i głośno zawołała:
— Stas!
Narzeczony pojawił się niemal natychmiast.
Na jego twarzy malował się jakiś dziwny, winny wyraz.
— Lizoczko, słoneczko! — zaćwierkał. — Tylko się nie denerwuj! Bardzo cię proszę!
— Kto jest u nas w domu? — zapytała oburzona Liza i, nie czekając na odpowiedź, ruszyła do salonu.
To, co zobaczyła, sprawiło, że stanęła jak wryta.
W fotelu rozsiadła się była żona Stasa — Marina, a obok niej na kanapie siedziała ich córka, Krystyna.
Liza nawet otworzyła usta — czy to z zaskoczenia, czy z oburzenia.
— Może ktoś mi wyjaśni, co się tutaj dzieje? — zapytała, przenosząc wzrok z jednego na drugiego.
— Lizoczko, kochanie, czy Marina i Krystyna mogą pomieszkać u nas kilka dni? — znów zaczął Stas.
— Rozumiesz, nie mają gdzie się podziać! Przecież sama wiesz, co się stało. Nie wyrzucać ich na dwa dni przed Nowym Rokiem! W końcu nie są obcymi ludźmi!
Do święta pozostały zaledwie dwie doby.
W salonie stała już przystrojona choinka, a girlandy na zasłonach zalewały pokój ciepłym, złotym światłem.
Ale nawet ta świąteczna atmosfera nie sprawiała, że sytuacja stawała się choć trochę akceptowalna.
— Nie, nie można! — odpowiedziała ostro Liza, rzucając narzeczonemu gniewne spojrzenie.
— Słoneczko, no pomyśl sama! Gdzie one pójdą? Na ulicy jest zimno, ona nie ma w ogóle pieniędzy. Pomógłbym, ale wszystko wydałem na prezenty. To tylko na kilka dni! — powiedział błagalnie Stas.
— Wydaje mi się, że wyraziłam się wystarczająco jasno! — powiedziała twardo Liza.
— Nie, nie można! To jest moje mieszkanie. I noga tej kobiety tutaj nie powstanie! Natychmiast wychodźcie!
Stas spojrzał niezadowolony na narzeczoną.
Zazwyczaj Liza była dobra, wyrozumiała, a nawet zbyt litościwa, więc był pewien, że na pewno się zgodzi.
Tak stanowczej odmowy zupełnie się nie spodziewał.
— Lizoczko, chyba zapomniałaś! — oburzył się Stas.
— Byliśmy wczoraj w urzędzie stanu cywilnego, więc niedługo zostaniemy mężem i żoną! Powinniśmy podejmować decyzje razem!
Liza krzywo się uśmiechnęła.
— Jeszcze nie wzięliśmy ślubu, a ty już przyprowadziłeś do mnie do domu swoją byłą żonę na przechowanie? Coś mi podpowiada, że żadnego ślubu nie będzie!
Ale Stas postanowił za wszelką cenę namówić ją, by zostawiła Marinę i Krystynę.
— Czy wyście złożyli wniosek? — zapytała ze zdziwieniem Marina.
— Tak, wczoraj — odpowiedział on.
— No, gratuluję, w takim razie…
— Twoje gratulacje nikomu nie są potrzebne — powiedziała chłodno Liza.
— Powtarzam jeszcze raz: wyjdź po dobroci. Jak to mówią, tam są drzwi.
— Lizoczko, ja już pozwoliłem im trochę u nas pomieszkać! — oświadczył twardo Stas.
— A mnie zapytać nie zapomniałeś? To właściwie moje mieszkanie. I to ja decyduję, kto będzie tutaj mieszkał, a kto nie! Jeszcze zrozumiałabym, gdybyś przyprowadził tutaj mamę albo siostrę, ale na pewno nie byłą żonę!
Krystyna nie lubiła awantur.
Dziewczynka cicho wyszła z salonu i poszła do kuchni, z dala od kłótni dorosłych.
— Pytaj ile chcesz! Mówię to, co widzę! Trzeba było się postarać, żeby stracić mieszkanie, które zostawił ci mąż po rozwodzie! Gdzie ty miałaś głowę?
— To nie twoja sprawa! — odpowiedziała ostro Marina.
— Oczywiście, że nie moja! Dlatego wyjdź stąd. A od ciebie, Stanisławie, takiej bezczelności w ogóle się nie spodziewałam. Daję ci pięć minut. Albo ona wychodzi, albo wy wszyscy razem opuszczacie mój dom! — Liza zaczynała się naprawdę złościć.
Najbardziej irytował ją wyraz twarzy Stasa.
Wydawało się, że zupełnie nie rozumie, co się dzieje.
— Liza, wyłącz proszę swoją dumę chociaż na chwilę i porozmawiajmy spokojnie! — zaproponował.
— Dobrze. Mówię spokojnie, a ty uważnie słuchasz. Teraz wyjaśnię wszystko punkt po punkcie, żebyś później nie mówił, że wyolbrzymiam.
Rozwiodłeś się z tą kobietą.
Zostawiłeś jej mieszkanie, które kiedyś kupili twoi rodzice, chociaż ona nie włożyła w nie ani grosza.
Dwa lata później zakochała się w jakimś mężczyźnie, który miał poważne problemy z prawem.
Żeby mu pomóc, sprzedała mieszkanie.
Jego wypuścili, a on pobawił się nią tydzień i zniknął, zostawiając ją bez pieniędzy i bez dachu nad głową.
A teraz ona przyszła do mojego domu i chce tutaj mieszkać? Czy niczego nie pomyliłam?
Stas milczał przez kilka sekund, a potem powiedział:
— Cóż, kiedy tak to opowiadasz, to może nie wygląda zbyt ładnie, ale kto z nas nie popełnia błędów? Wszyscy popełniają błędy. Trzeba umieć wybaczać!
— Nie mam za co jej wybaczać! Ona jest dla mnie nikim. Może dla ciebie nie jest obcą osobą, ale mnie ona nawet za darmo nie jest potrzebna! Powtarzam jeszcze raz: pokaż jej, gdzie jest wyjście, albo wychodź razem z nią!
— Posłuchaj, rozumiem, że nie przepadasz za Mariną, ale co winna jest Krystyna? — zapytał żałośnie.
— Krystynie po prostu nie poszczęściło się z matką. Jeśli chcesz, żeby córka pomieszkała z nami, nie mam nic przeciwko, ale Marina musi wyjść natychmiast! — Liza podeszła do kobiety i stanęła wyczekująco.
— Nie zostawię córki z tobą! — prychnęła Marina.
— A ja, między nami mówiąc, wcale nie dążę do tego! Wyjdź stąd! Ile można powtarzać? — krzyknęła Liza.
— Marina, może faktycznie? Zostawisz chociaż Krystynę? — zaproponował Stas.
— Dobrze wymyśliłeś! Wy będziecie tutaj w cieple świętować Nowy Rok, a ja gdzie? W przytułku? — powiedziała z urazą Marina.
— O tym trzeba było myśleć wcześniej, kiedy sprzedawałaś mieszkanie! — odpowiedziała Liza.
Cała ta sytuacja wyprowadzała ją z równowagi.
Jeszcze wczoraj cieszyła się, że ona i Stas złożyli wniosek w urzędzie stanu cywilnego i wyznaczyli datę ślubu, a dzisiaj wszystko runęło.
Nigdy w życiu nie zamierzała mieszkać pod jednym dachem z tą kobietą.
A zachowanie Stasa naprawdę ją zdziwiło.
Jak w ogóle wpadł na taki pomysł?
Dlaczego wszystko zepsuł?
Przecież do tej pory żyli spokojnie, prawie się nie kłócili, cieszyli się życiem i snuli plany na przyszłość.
Czyżby to wszystko było na próżno?
— Tak, nie przemyślałam! I co mam teraz robić? — niemal płakała Marina.
Ale łzy Mariny nie wzruszyły Lizy.
Widziała w nich źle odegrany spektakl.
Liza znów wskazała na drzwi.
— Liza, no przestań! Pomyśl trzeźwo. Gdzie ona ma iść? — powiedział Stas.
— To nie moje problemy!
Stas milczał, Marina płakała, a Liza próbowała się uspokoić.
Rzadko podnosiła głos, ale teraz już nie mogła się powstrzymać.
— Niech weźmie kredyt i wynajmie mieszkanie. Jeśli sami na to nie wpadliście, muszę podpowiadać!
— Ona nie może wziąć kredytu. Ma już trzy kredyty w różnych bankach — przyznał Stas.
— W takim razie zmieniłam zdanie. Jest tylko jedno wyjście — wy wszyscy wychodzicie natychmiast. Ślubu nie będzie! Pomiędzy nami wszystko skończone! — powiedziała, jeszcze bardziej oszołamiając narzeczonego.
— Lizoczko, co ty? Po co tak?
— Dlatego, że inaczej już się nie da. Wychodźcie natychmiast! — odpowiedziała.
— No dobrze… Wyjdziemy… — powiedział Stas.
— Ale dokąd my pójdziemy? — zapytała z zakłopotaniem Marina.
— Poradzimy sobie — odpowiedział krótko i poszedł pakować rzeczy.
Kilka minut później Stas wyszedł z sypialni z torbą podróżną.
Liza miała tylko nadzieję, że nie zabrał niczego z jej rzeczy, ale nie sprawdzała.
Jeszcze po jakimś czasie mieszkanie opustoszało.
Liza zmęczona usiadła na kanapie i nagle poczuła natrętny zapach perfum Mariny, który zdawał się przesiąkać wszystko wokół.
Skrzywiła się, podeszła do okna i szeroko je otworzyła, żeby porządnie wywietrzyć mieszkanie.
I musiało ją podkusić, żeby związać się z tą rodzinką!
Nieobce osoby? Jakby nie było! Na duszy nagle zrobiło się pusto i smutno.
Liza postanowiła nie zagłębiać się w to, co się stało.
Przygotowała sobie gorącą kąpiel z pianą i olejkami aromatycznymi, wyłączyła światło, zapaliła świece i otworzyła butelkę wina musującego, które kupiła na Nowy Rok.
— Za wolność! — zawołała radośnie do siebie.
— Lepiej być samej, niż z takim! — dodała już smutniej Liza.
Było jej zupełnie wszystko jedno, dokąd pójdą i jak będą sobie radzić.
Stas więcej ani razu nie przyszedł, nie próbował przepraszać i nie prosił o powrót do związku.
Kilka miesięcy później wspólni znajomi opowiedzieli Lizie, że znów zszedł się z byłą żoną.
Widocznie prędzej czy później i tak by do tego doszło.
Dobrze, że nie pod jej dachem.
Liza nie żałowała swojej decyzji.
Żyła dalej i cieszyła się, że zdążyła zobaczyć prawdziwe oblicze narzeczonego jeszcze przed ślubem.
„Ale byłoby wesoło, gdyby zaczął urządzać to wszystko już po ślubie, kiedy na moim palcu błyszczałaby obrączka! Brrr!” — pomyślała pewnego razu.
I zaraz z ulgą dodała:
— Mimo wszystko los uchronił mnie od takiego męża…



