— Najpierw przetrzyj kółka walizki wilgotną
chusteczką, a dopiero potem wciągaj ją do domu.

Daria ostrożnie położyła nóż do szkła,
ubrudzony olejem, na korkowej podkładce.
— Dasza, czemu zaczynasz od progu? — Wadim
potknął się o wysoki drewniany próg werandy,
próbując jednocześnie zdjąć ciężki but i utrzymać na ramieniu ogromną moro torbę. — Jechaliśmy trzy doby z przesiadkami, jesteśmy zmęczeni jak diabli. Daj chociaż spokojnie się rozebrać.
— My?
Daria przeniosła wzrok na dziewczynę w jaskrawożółtej kurtce, która pojawiła się za plecami męża. Ta niezdarnie przestępowała z nogi na nogę, mocno zaciskając dłoń na rączce walizki i z ciekawością oglądając przestronną, oszkloną werandę, zastawioną regałami z arkuszami kolorowego szkła.
Na moment Daria wyobraziła sobie, jak bierze ciężkie szczypce do łamania szkła i…
Gwałtownie potrząsnęła głową, odganiając nieprzyjemne myśli, po czym skrzyżowała ręce na piersi i zjadliwie się uśmiechnęła.
— Nazywam się Julia. Dzień dobry. Wadik mówił, że macie duży dom i miejsca dla wszystkich wystarczy.
— Dom rzeczywiście nie jest mały…
Daria oparła się o stół roboczy, na którym leżał niedocięty arkusz rubinowo-czerwonego szkła.
— Tylko to nie jest hotel. Wadim, osiem miesięcy temu wyjechałeś na zmianę do Nowego Urengoju. Ostatni telefon był w listopadzie. Wtedy opowiadałeś, że na obiekcie są problemy z łącznością. Teraz jest koniec marca. Wychodzi na to, że łączność w cudowny sposób przywróciła się jednocześnie z pojawieniem się tej dziewczyny?
— Nie zaczynaj — mruknął Wadim, rzucając kurtkę prosto na pufę w przedpokoju. — Pieniądze wysyłałem regularnie. Utrzymywałem rodzinę. Teraz wróciłem. I Julia przyjechała ze mną. Będziemy tu mieszkać.
— Przesyłałeś po trzydzieści tysięcy miesięcznie. Tych pieniędzy ledwo starczało na opłaty za ten dom i leki dla twojej matki. Kirę i Lerę utrzymywałam sama. Póki ty układałeś sobie życie osobiste, zimą spaliła się pompa w kotle i opłaciłam naprawę z własnej kieszeni. Śnieg codziennie odśnieżałam, żeby Anna Jakowlewna mogła wyjść na ganek. A teraz po prostu stawiasz mnie przed faktem dokonanym?
— Nie muszę się przed tobą tłumaczyć! — podniósł głos Wadim. — Chcę się normalnie umyć i zjeść! Julia, przechodź, nie stój w progu.
Z korytarza dobiegło głuche stukanie. Anna Jakowlewna, przestawiając czteronożną laskę, powoli poruszała się w stronę werandy.
— W końcu się pojawił.
Teściowa uważnie przyjrzała się synowi znad okularów.
— A to jeszcze co za cudak w żółtym?
— Mamo, to Julia — Wadim próbował się uśmiechnąć. — Jesteśmy teraz razem. Tak wyszło. Życie to skomplikowana sprawa.
— Razem możecie mieszkać gdziekolwiek. A tutaj mieszka moja synowa i moje wnuczki. Zgłupiałeś tam na Północy?
Wadim oparł ręce o biodra.
— Wychowałem się w tym domu. Należy mi się udział! Potrzebujemy czasu, żeby uzbierać na wkład własny na kredyt hipoteczny. Zajmiemy mój stary pokój na górze. Nikomu nie będziemy przeszkadzać.
— Udział mu się należy — prychnęła Anna Jakowlewna. — Dom jest zapisany tylko na mnie. Zapomniałeś? Dasza, daj im komplet starej pościeli. Tej samej, w kwiatki i z zmechaceniami. Niech się na razie urządzą. A jutro będziemy wyjaśniać. Od waszych spektakli skoczyło mi ciśnienie.
Daria odwróciła się do swojego stołu.
Zajmowała się witrażami w technice Tiffany’ego. Obecnie wykonywała duże zlecenie dla podmiejskiej restauracji — trzy duże plafony sufitowe z czerwonego, bursztynowego i szmaragdowego szkła.
Daria wzięła obcinaczki i ostrożnie oddzieliła cienki pasek szkła. Potem czekało ją oszlifowanie na szlifierce, owinięcie taśmą miedzianą i połączenie detali lutem. Ta praca wymagała pełnego skupienia i wewnętrznego spokoju.
Już następnego dnia dom zamienił się w prawdziwy test.
Bliźniaczki Kira i Lera, wróciwszy ze szkoły, odmówiły rozmawiania z ojcem. Wadim próbował wręczyć im przywiezione inteligentne głośniki, ale Kira bez słowa odsunęła pudełko.
— Mama już kupiła nam słuchawki. Tego nie potrzebujemy.
— Czemu jesteście takie kolczaste? — oburzył się Wadim. — Jestem waszym ojcem! Przywiozłem prezenty!
— Ojcowie nie znikają na pół roku — odpowiedziała cicho Lera i zaprowadziła siostrę na górę.
Julia natomiast czuła się tak, jakby przyjechała na wakacje. Rano przez dwie godziny zajmowała łazienkę, zostawiała po sobie bałagan w kuchni i ciągle skarżyła się Wadimowi na ciężką atmosferę w domu.
Trzeciego dnia wydarzyło się to, czego Daria bała się najbardziej.
Wróciwszy ze sklepu, gdzie kupowała nowy topnik do lutowania, zastała Julię na werandzie. Dziewczyna stała z kubłem na śmieci i wilgotną szmatką, a stół roboczy Darii był całkowicie pusty.
— Trochę posprzątałam — radośnie poinformowała Julia. — Leżało tu tyle śmieci. Odłamki, kawałeczki folii… Wszystko wyrzuciłam. Chcieliśmy z Wadikiem wieczorem wypić herbatę, a w pokoju jest ciasno.
Daria powoli podeszła do stołu.
Zniknęło sto czterdzieści detali przyszłego plafonu — wyciętych, obrobionych i podpisanych markerem. Wszystkie leżały teraz na dnie kubła na śmieci, wymieszane z resztkami zupy, którą Julia tam wylała.
Wewnątrz wszystko dosłownie zawrzało.
Przed oczami stanęły jej straszne obrazy, ale Daria zmusiła się do wzięcia głębokiego oddechu i spokojnie powiedziała:
— Zniszczyłaś dwa tygodnie mojej pracy. Każdy detal wycinałam ręcznie. To amerykańskie szkło marki Spectrum o wartości czterdziestu pięciu tysięcy…
— Daj spokój! To tylko kolorowe szkiełka! Wadik mówił, że zajmujesz się tu z nudów jakimiś bzdurami. Masz hobby, a nam pośród tego bałaganu nawet nieprzyjemnie przebywać!
Na krzyki od razu przybiegł Wadim.
— Co się znowu stało? Dlaczego znowu czepiasz się Julii? — demonstracyjnie stanął między kobietami, wypinając pierś.
— Twoja wybranka wysłała do śmieci gotowe elementy mojego witrażu. Chcę, żebyś zwrócił koszt materiałów. Przelej pieniądze teraz.
— Postradałaś zmysły? — wybuchł Wadim. — Mieszkasz tu na gotowym, w domu mojej matki! Ani czynszu nie płacisz, ani za działkę! Zabieraj swoje żelastwo, lutownice i zwalniaj werandę. Julii jest tu niewygodnie, chce zrobić z tego pomieszczenia miejsce do wypoczynku.
— Miejsce do wypoczynku?
— Właśnie! Wszystko ustaliliśmy. Pora szukać innego mieszkania. Dziewczynek nie wyganiam, niech zostają z nami, Julia nie ma nic przeciwko. A ty zabieraj swoje rzeczy. Ten dom i tak kiedyś będzie mój. Dość siedzenia mi na karku!
Daria nie powiedziała ani słowa. Spokojnie wzięła kubeł na śmieci i zaniosła go do łazienki, żeby spróbować umyć chociaż część ocalałych szklanych fragmentów.
Wieczorem zawołała córki do siebie.
— Po szkole jutro spakujcie ubrania i podręczniki. Przeprowadzamy się. Znalazłam już mieszkanie bliżej waszego liceum.
— Przez tatę i tę kobietę? — zapytała cicho Kira.
— Tak. Nie chcę, żebyście mieszkały pośród tego bezeceństwa. Wezmę więcej zleceń i poradzimy sobie same.
Kiedy Daria zeszła na dół po pudełka, zobaczyła, że wszyscy zebrali się w salonie.
Anna Jakowlewna siedziała w swoim fotelu, a przed nią na stoliku kawowym leżała teczka z dokumentami. Wadim i Julia jedli kolację przy dużym dębowym stole.
Wadim, wymachując kawałkiem chleba, entuzjastycznie mówił:
— Starą szklarnię zburzę. W jej miejscu postawimy banię z sosny. Będziemy zapraszać przyjaciół, smażyć szaszłyki. A na werandzie zrobimy ogrzewanie podłogowe.
— Na mojej działce żadnej bani nie będzie — spokojnie powiedziała Anna Jakowlewna, przeglądając papiery.
— Mamo, dość tego czepiania! Teraz wszyscy tak robią. Działka jest duża, jestem tu zameldowany i mam prawo dysponować swoją częścią.
— Swoją częścią? — teściowa podniosła wzrok. — Dasza, po co ci te pudełka?
— Pakujemy się. Jutro wyjeżdżamy.
— Postaw pudełka. Nikt nigdzie się nie wyprowadza. A wy dwoje — wskazała na Wadima i Julię — przestańcie jeść. Mam poważną rozmowę.
Wadim odchylił się na oparcie krzesła.
— Mamo, co znowu?
— Przyprowadziłeś do mojego domu obcą kobietę i upokorzyłeś swoją żonę razem z córkami. Zbyt długo przymykałam na to oczy.
Wyjęła z teczki dokument z pieczątkami.
— Przecież uważasz ten dom za swój?
— Oczywiście. Jestem twoim jedynym synem.
— Dziedzic, mówisz? — uśmiechnęła się Anna Jakowlewna. — Kiedy zimą dopadło mnie zapalenie stawów i nie mogłam nawet utrzymać łyżki, kto mnie karmił? Daria. Kto robił okłady? Daria. Kto nie spał nocami, kiedy Lera miała anginę? Znowu Daria. A ty nawet na Nowy Rok nie raczyłeś zadzwonić.
— Pracowałem! — Wadim uderzył dłonią w stół. — Na obiekcie nie było łączności! Zarabiałem pieniądze!
— Dość — powiedziała twardo matka. — Jeszcze w styczniu poszłam do notariusza. Wszystkie dokumenty zostały już sporządzone.
Położyła przed synem papiery.
Wadim przebiegł wzrokiem tekst, a jego twarz natychmiast stała się purpurowa.
— Co to ma być? Umowa darowizny? Przepisałaś dom na nią? Na obcą osobę?
— Dla mnie ona od dawna nie jest obca. Teraz Daria jest jedyną właścicielką domu i ziemi. Dla siebie zostawiłam tylko prawo do mieszkania tutaj do końca swoich dni. A ciebie, Wadim, może wymeldować w każdej chwili.
Julia wyrwała dokumenty z jego rąk.
— Wadik, mówiłeś, że dom będzie nasz! Obiecywałeś banię, obiecywałeś przerobić werandę! Oszukałeś mnie?
— Milcz! — warknął na nią i zwrócił się do matki. — Zaskarżę to! Powiem, że nie byłaś sobą i zostałaś zmuszona do podpisania papierów!
— Spróbuj — odpowiedziała spokojnie Anna Jakowlewna. — Przed transakcją przeszłam pełne badanie, jest opinia psychiatry. Notariusz nagrywał wszystko na wideo. Nie masz najmniejszych szans.
Daria stała przy schodach i milcząc słuchała.
Rozdzierały ją sprzeczne uczucia. Z jednej strony rozumiała, że teraz ona i dziewczynki będą miały bezpieczny dom i nie będą musiały oddawać połowy zarobków na wynajem. Z drugiej strony ciężko było jej uświadomić sobie, że Wadim też kiedyś wkładał pieniądze w dom: pomagał przy dachu, kupował drogi kocioł.
Ale przed oczami znów stanęły zniszczone szklane detale, miesiące oczekiwania, puste obietnice i łzy córek.
Wątpliwości zniknęły.
— Wadim, pora, żebyś się spakował.
Jej głos zabrzmiał twardo.
— Zabieraj Julię i wyjeżdżaj. Za dwie godziny ma was tu nie być. Jeśli nie zdążysz, jutro po prostu wyniosę wasze torby za bramę i wymienię zamki. Chcesz się sądzić — sądź się. Ale mieszkać tu już nie będziesz.
Na drugim piętrze huczały szafy. Wadim wściekle rzucał rzeczy do torby. Julia płakała na korytarzu, skarżąc się na stracony czas i zniszczone marzenia. W odpowiedzi Wadim oskarżał ją o interesowność i niekończące się wymagania.
Po półtorej godzinie stali już na ganku.
W ciągu dnia śnieg zdążył stopnieć, a wieczorem wszystko ścięła cienka skorupa lodu. Ścieżka zamieniła się w prawdziwe lodowisko.
— Jeszcze pożałujecie! — krzyczał Wadim, zarzucając torbę na ramię. — Nie dam wam żyć!
Gwałtownie się odwrócił, zamierzając efektownie odejść, ale but poślizgnął się na lodzie. Wadim zamachał rękami, próbując utrzymać równowagę, jednak ciężka torba przeważyła.
Z głośnym trzaskiem runął prosto w lodowatą kałużę.
Brudna woda ochlapała kurtkę i spodnie.
Z kieszeni wypadło duże pudełko z drogimi woblerami wędkarskimi, którymi tak lubił chwalić się przed kolegami. Wieczko się otworzyło i dziesiątki jaskrawych przynęt rozleciały się po mokrym śniegu.
Julia przestraszona westchnęła, chwyciła swoją żółtą walizkę i pospieszyła do furtki, nawet nie próbując pomóc Wadimowi. Sekundę później brama głośno zatrzasnęła się za jej plecami.
Daria stała na ganku i patrzyła, jak były mąż, klnąc i ciężko dysząc, pełza po lodzie, zbierając rozrzucone woblery.
Nie odczuwała ani satysfakcji, ani litości.
Wewnątrz było zaskakująco spokojnie.
Daria weszła do domu i zasunęła ciężką metalową zasuwę.
Jutro czekał ją nowy dzień i nowa praca.
Czekało ją wycinanie rubinowego szkła od nowa.



