— A dlaczego zawsze spotykamy się u mnie? Postanowiliśmy przyjechać do was! — wprawiłam teściową w osłupienie.

Tania stała przy kuchence od samego rana.

Za oknem ciągnęła się szara marcowa mgła, mokry śnieg przyklejał się do szyby i zaraz topniał, zostawiając brudne smugi.

W mieszkaniu było ciepło, pachniało smażoną cebulą, rosołem z kurczaka i pieczonym ciastem — Tania już wieczorem przygotowała ciasto na pirogi.

Zdążyła umyć podłogi, zetrzeć kurz ze wszystkich poziomych powierzchni, jakie tylko znalazła, poprawić sofę w salonie i trzy razy przestawić wazonik z żonkilami, próbując znaleźć dla niego idealne miejsce.

Wadim kręcił się obok, od czasu do czasu zaglądając do kuchni z poczuciem winy.

— Taniu, może w czymś pomóc?

— To już pomóż, — odpowiedziała zmęczonym głosem, nie odwracając się od kuchenki.

— Pokrój sałatkę.

Posłusznie brał nóż i zaczynał kroić ogórki.

Tania patrzyła na jego niezgrabne ruchy i myślała, że innego dnia byłoby to nawet urocze.

Ale nie dziś.

Dziś liczyła się każda minuta, bo o piątej mieli przyjechać Walentina Pietrowna z mężem Siemionem Iwanowiczem, a z nimi młodszy brat Wadima, Kostik, z żoną Iriną.

Mieli przyjechać na urodziny Wadima.

Do ich domu.

Znowu.

To właśnie to „znowu” było najważniejsze.

Mieszkali w tym mieszkaniu już kilka lat — kupili je na kredyt hipoteczny, urządzali stopniowo, z miłością.

Tania sama wybierała zasłony, sama rysowała na kartce w kratkę plan ustawienia mebli, sama kładła pasiastą tapetę w sypialni.

Mieszkanie było ich, wycierpiane, ukochane, własne.

Ale rodzina Wadima, jak się wydawało, traktowała je jak filię restauracji z darmową obsługą.

Wszystkie święta — tutaj.

Nowy Rok — tutaj.

Ósmy marca — tutaj.

Urodziny — oczywiście tutaj.

Walentina Pietrowna i Siemion Iwanowicz mieli dwupokojowe mieszkanie, całkiem porządne, w dobrej dzielnicy.

Tam mieszkali też Kostik i Irina — dali im pokój, dopóki „nie staną na nogi”.

Ale dwupokojowe mieszkanie jako miejsce rodzinnych spotkań z jakiegoś powodu nigdy nie było brane pod uwagę.

— Tam jest ciasno, — mówiła teściowa.

— A u was jest przestrzeń, salon duży.

— Tam jest niewygodnie, — dodawał Siemion Iwanowicz, rozsiadając się szeroko na kanapie.

— A tutaj jest dobrze.

Im było dobrze.

A Tani?

Tania mieszała sałatkę i wspominała poprzedni raz.

Sylwestrowy wieczór, który zaczął się wesoło, a do północy zamienił się w coś na kształt teatralnego dramatu.

Walentina Pietrowna przyczepiła się do tego, jak Tania pokroiła śledzia pod pierzynką — według niej kawałki były za duże.

Siemion Iwanowicz za dużo wypił i zaczął rozprawiać o tym, że dzisiejsza młodzież nie umie żyć — bierze kredyty hipoteczne zamiast oszczędzać.

Wadim próbował stanąć w jej obronie, słowo za słowo — i już teściowa płakała w łazience, teść hałasował krzesłem, Irina udawała, że nic nie zauważa, a Kostik patrzył w telefon.

Goście odjechali, a Tania jeszcze przez godzinę zmywała naczynia w ciszy, a łzy kapały prosto do zlewu, mieszając się z mydlinami.

— Wadim, — powiedziała wtedy, już w łóżku.

— M-m? — zasypiał.

— Jestem zmęczona.

— No, dzień był ciężki, — wymamrotał sennie.

— Nie.

Jestem zmęczona przyjmowaniem wszystkich.

Już nie chcę.

Rozumiesz?

Nie chcę, żeby przyjeżdżali do nas na każde święto, a ja od rana stała przy kuchence, a potem jeszcze sprzątała do drugiej w nocy.

Milczał.

Słyszała, jak naprawdę się obudził — oddech mu się zmienił.

— Taniu…

— Nie mówię, że nie chcę ich widzieć.

Mówię, że nie chcę tak.

Właśnie tak — kiedy wszystko jest na mojej głowie, kiedy twoja mama za każdym razem znajdzie coś do skrytykowania i kiedy pod koniec wieczoru czuję się jak służąca, a nie gospodyni.

Długo milczał.

Potem powiedział:

— Dobrze.

Rozumiem.

Coś wymyślimy.

Tania nie bardzo wierzyła, że on coś wymyśli.

Ale wymyślił.

A właściwie wymyślili to razem — tydzień później, przy porannej kawie, kiedy bez żadnych ukrytych intencji powiedziała: „Byłoby świetnie, gdyby choć czasami przyjmowali u siebie”.

Wadim odstawił kubek na stół i spojrzał na nią chytrym wzrokiem.

— To zróbmy to sami.

— To znaczy?

— To znaczy — wpadniemy do nich.

Bez uprzedzenia.

No, prawie.

I powiemy, że tym razem świętujemy u nich.

Tania wpatrywała się w niego.

— Mówisz poważnie?

— Całkowicie, — uśmiechnął się.

— Przecież umiesz zaskakiwać ludzi.

To ich zaskocz.

Ósmy marca okazał się słoneczny.

Prawdziwa wiosna, która nie ostrzegła o swoim nadejściu — po prostu nagle się wydarzyła.

Tania założyła swój ulubiony zielony płaszcz, Wadim kupił kwiaty — żonkile, bo Tania lubiła żonkile, a nie dlatego, że trzeba je było komuś podarować.

No, prawie.

W rękach mieli niewielką torbę — butelkę dobrego wina i pudełko czekoladek.

Nic więcej.

Zadzwonili domofonem na początku drugiej.

— Kto tam? — głos Walentiny Pietrowny zabrzmiał zaskoczony.

— Mamo, to my! — odpowiedział wesoło Wadim.

— Otwieraj!

Drzwi zabrzęczały.

Weszli na piętro.

Teściowa stała w drzwiach w domowym szlafroku, z rozczochranymi włosami — wyraźnie nie spodziewała się gości.

Za jej plecami widać było Irinę w starych dżinsach i koszulce.

Z pokoju dochodził dźwięk telewizora.

— Co wy tu? — Walentina Pietrowna patrzyła raz na Wadima, raz na Tanię.

— Przecież się nie umawialiśmy…

— A dlaczego zawsze spotykamy się u mnie? Postanowiliśmy przyjechać do was! — wprawiłam teściową w osłupienie, szeroko się uśmiechając.

— Wszystkiego najlepszego z okazji święta!

Przyjmujcie gości!

I wyciągnęłam do niej żonkile.

Walentina Pietrowna wzięła kwiaty z miną człowieka, którego właśnie lekko stuknięto czymś miękkim w głowę, ale jednak zupełnie niespodziewanie.

— No… wchodźcie, — powiedziała, odsuwając się.

W mieszkaniu było przytulnie, ale czuło się tę szczególną atmosferę „nikogo się nie spodziewaliśmy” — na stole stał jeden kubek, na kanapie leżał koc, a w kuchni coś cicho pyrkało w garnku — pewnie zupa.

Siemion Iwanowicz wyszedł z sypialni w dresach i kapciach, zobaczył gości i zamarł.

— O.

Przyjechaliście.

— Przyjechaliśmy, tato! — Wadim uścisnął mu rękę.

— Wszystkiego najlepszego z okazji święta!

Składaj życzenia kobietom!

— Wszystkiego najlepszego, — mruknął Siemion Iwanowicz, patrząc na żonę niemym pytaniem.

Ta wzruszyła ramionami ruchem, który znaczył: „sama nic nie rozumiem”.

Kostik pojawił się ostatni — najwyraźniej drzemał.

Przetarł oczy, zobaczył brata i zdziwiony chrząknął:

— Po co wy się zjawiliście?

— Świętować, — powiedział po prostu Wadim i przeszedł do pokoju, rozglądając się z miną zadowolonego kota.

Tymczasem Tania weszła do kuchni.

Irina stała z zagubionym wyrazem twarzy — na kuchence stał jeden mały garnek, wyraźnie przewidziany dla rodziny, a nie dla gości.

— Ira, daj, pomogę, — zaproponowała Tania energicznie.

— Co macie?

— No… zupę, — Irina wykonała nieokreślony gest ręką.

— Są ziemniaki.

Jajka.

O, i Walentina Pietrowna wczoraj piekła ciasto, jeszcze zostało.

— Świetnie! — Tania klasnęła w dłonie.

— Ciasto to już święto!

Walentina Pietrowna weszła do kuchni z miną człowieka próbującego przejąć kontrolę nad sytuacją.

— Tania, ale czemu wy tak bez telefonu, — powiedziała z wyrzutem, ale już bez złości — raczej zdezorientowana.

— Chociaż coś bym przygotowała…

— Ależ skąd, mamusiu, — Tania odwróciła się do niej z najcieplejszym swoim uśmiechem.

— Po co specjalnie coś szykować?

Przecież chcieliśmy po prostu.

Więc przyjmijcie nas po domowemu!

To było małe arcydzieło, bo właśnie tę frazę — „po domowemu, bez ceremonii” — Walentina Pietrowna sama wypowiadała za każdym razem, kiedy przyjeżdżała do nich.

A teraz nie miała czym odpowiedzieć.

Teściowa westchnęła i zawiązała fartuch.

Następna godzina była na swój sposób zachwycająca.

Irina smażyła ziemniaki, Walentina Pietrowna kroiła ciasto i wyciągała z lodówki wszystko, co tam było — resztki sałatki, kawałek gotowanego kurczaka, marynaty.

Tania pomagała — ale właśnie pomagała, a nie dźwigała wszystkiego sama.

Rozstawiała talerze, kroiła chleb, kiedy ją proszono, i ogólnie była gościem — pełnoprawnym, nieproszonym, ale jednak gościem.

Wadim w pokoju rozmawiał z ojcem i bratem, a Tania słyszała przez ścianę jego głos — spokojny, nawet wesoły.

Było jej dobrze.

Wszyscy usiedli razem przy stole.

Stół był niewielki, było trochę ciasno — to nie był ich przestronny salon.

Siemion Iwanowicz nawykowo chciał się rozwalić, ale krzesło było niewygodne i wiercił się.

Kostik szturchał Irę łokciem, bo brakowało miejsca.

Walentina Pietrowna to wstawała dolać wody, to siadała, to znowu wstawała — gospodyni, nic na to nie poradzisz.

Tania zaś siedziała, wyciągnąwszy nogi pod stołem, i popijała wino małymi łykami.

— Ziemniaki są bardzo smaczne, — powiedziała szczerze, bo to była prawda — zwykłe smażone ziemniaki z cebulą były dokładnie takie, jak trzeba.

— No, ziemniaki to ziemniaki, — speszyła się Irina.

— Nie, naprawdę.

Mnie takie nie wychodzą.

Chrupiące na zewnątrz, miękkie w środku — to trzeba umieć.

Irina zaróżowiła się z przyjemności.

— A ciasto! — Tania wzięła kolejny kawałek.

— Mamusiu, zrobiła je pani z jabłkami?

— Z jabłkami i cynamonem, — odpowiedziała Walentina Pietrowna, a w jej głosie mignęło coś na kształt dumy, choć zaraz próbowała to ukryć.

— Pychota.

Wadim, zgadzasz się?

To jest dopiero ciasto.

— Tak, — powiedział Wadim, nie podnosząc wzroku znad talerza, ale Tania widziała, jak drga mu kącik ust.

Przy stole było głośno, ciasno i jakoś naprawdę żywo.

Siemion Iwanowicz opowiedział stary dowcip, który wszyscy już słyszeli, ale i tak się śmiali.

Kostik pokłócił się z bratem o piłkę nożną.

Irina nagle rozgadała się o swojej pracy i okazało się, że opowiada zabawnie — Tania wcześniej tego nie zauważała, bo w ich dużym salonie Ira zwykle ginęła i milczała.

Walentina Pietrowna krzątała się, dokładała jedzenie, dolewała — i Tania znowu złapała się na myśli, że teściowa jest w swoim żywiole.

To było jej terytorium, jej kuchnia, jej stół.

Tutaj była prawdziwą gospodynią, a nie rewizorką cudzego święta.

Kiedy dopili herbatę i zjedli ostatni kawałek ciasta, Tania oparła się o oparcie krzesła i powiedziała — cicho, ale tak, żeby wszyscy słyszeli:

— Wiecie, zdecydowałam.

Od teraz tylko tak.

— Jak to — tak? — Walentina Pietrowna spojrzała na nią.

— Właśnie tak.

U was.

— Tania omiotła wzrokiem mały pokój, ciasny stół, resztki prostego jedzenia na talerzach.

— To przecież zupełnie co innego.

Przytulnie.

Rodzinnie.

I to ciasto, i ziemniaki…

Nie, naprawdę, po co zawsze zbieramy się u nas?

Będziemy przyjeżdżać do was.

Zapadła trzysekundowa cisza.

Potem Walentina Pietrowna powiedziała:

— Ale u nas jest ciasno…

— Skądże znowu! — nie zgodziła się Tania.

— Jest tu naprawdę bardzo swojsko.

Prawda, Wadim?

— Prawda, — potwierdził Wadim z całkowicie poważną miną.

— Podoba mi się tu.

Przytulniej niż u nas.

Siemion Iwanowicz chrząknął.

Irina patrzyła w stół z niejasnym wyrazem twarzy — chyba wszystko zrozumiała, ale milczała.

Kostik nieokreślenie mruknął.

Walentina Pietrowna otworzyła usta, zamknęła je, znowu otworzyła.

— No, jak chcecie, — powiedziała w końcu.

— Tylko następnym razem uprzedzajcie chociaż wcześniej.

— Umowa stoi! — Tania wstała i zaczęła zbierać talerze.

— Mamusiu, pozwoli pani, że pozmywam naczynia.

— Nie trzeba, sami to zrobimy, — szybko powiedziała Walentina Pietrowna i pierwsza wzięła stos talerzy.

Tania uśmiechnęła się i puściła naczynia.

Wyszli o wpół do siódmej.

Walentina Pietrowna odprowadzała ich do przedpokoju — wciąż trochę zdezorientowana, ale już z tym ostrożnym ciepłem, które czasem się w niej pojawiało.

— No, dziękuję, że przyjechaliście, — powiedziała, i zabrzmiało to prawie bez ironii.

— Dziękujemy, że nas przyjęliście, — odpowiedziała Tania i pocałowała ją w policzek.

Na klatce schodowej, kiedy winda jechała w dół, Wadim milczał.

Tania też milczała.

Wyszli na ulicę — wieczór był już chłodny, ale w powietrzu czuć było wiosnę, mokrą ziemię i nabrzmiałe pąki.

I wtedy spojrzeli na siebie.

I roześmiali się — jednocześnie, najpierw cicho, potem głośniej, tak że przechodząca kobieta z psem obejrzała się ze zdziwieniem.

— „Przytulniej niż u nas”, — przedrzeźniała Tania jego poważny ton i znowu wybuchnęli śmiechem.

— Widziałeś jej minę? — Wadim ocierał łzy.

— Kiedy powiedziałaś „od teraz tylko tak”?

— Widziałam!

O mało nie upuściła czajnika.

— Trzy razy otwierała usta.

— Liczyłam!

Szli wiosenną ulicą, a śmiech stopniowo cichł, osiadając w piersi tym szczególnym ciepłem, które pojawia się tylko po czymś zrobionym właściwie.

— Jesteś świetna, — powiedział Wadim.

— Jesteśmy świetni, — poprawiła go Tania.

— To był twój pomysł.

— Ale to było twoje zmęczenie, — powiedział poważnie.

— Przepraszam, że tak długo to trwało.

Ujęła go za rękę.

— Nic się nie stało.

Przynajmniej teraz wiemy, jak to robić.

— A jak?

— Po prostu przypomnieć ludziom, że oni też mają kuchnię.

Znowu się roześmiał.

Ona też.

Dojechali do domu już po ciemku.

Tania otworzyła drzwi, weszła i rozejrzała się — czyste, ciche mieszkanie, bez śladów cudzego przyjęcia, bez góry naczyń, bez poprzesuwanych krzeseł.

Sofa stała jak trzeba.

Wazonik z żonkilami — we właściwym miejscu.

— Napijesz się herbaty? — zapytał Wadim z przedpokoju.

— Napiję, — powiedziała Tania i poszła do kuchni.

Po prostu nastawić czajnik.

Po prostu usiąść.

Po prostu wieczór po święcie, podczas którego była gościem, a nie służącą.

To było wspaniałe.

Walentina Pietrowna zadzwoniła dwa dni później.

Tania zobaczyła imię na ekranie i na sekundę znieruchomiała — ale odebrała.

— Taniu, — głos teściowej był suchawy, rzeczowy.

— Co planujecie na majówkę?

— Na razie nic, — odpowiedziała ostrożnie Tania.

— No właśnie, ja też myślę, — Walentina Pietrowna zrobiła pauzę.

— Może wtedy przyjedziecie do nas?

Chciałam zrobić szaszłyki w piekarniku…

Tania powoli się uśmiechnęła.

Wzięła telefon obiema rękami.

Spojrzała na Wadima, który właśnie wszedł do kuchni.

— Oczywiście, że przyjedziemy, mamusiu, — powiedziała.

— Z przyjemnością.

Odłożyła telefon i spojrzała na męża.

Patrzył na nią pytająco.

— Majówka u teściowej, — oznajmiła Tania.

— Szaszłyki.

Wadim przez sekundę milczał.

— Zadziałało, — powiedział.

— Zadziałało, — zgodziła się Tania.

I poszła zaparzyć kawę.