— Lena, szybko nakrywaj do stołu. Nie jestem
sam, z chłopakami.

Oderwałam się od laptopa i odwróciłam.
W przedpokoju stało czterech mężczyzn: Igor,
Kostia, Artiom i Wołodia. Bił od nich chłód i
zapach piwa. Była niedziela, około drugiej po
południu. Właśnie kończyłam projekt dla klienta
— musiałam go oddać w poniedziałek rano.
— Chociaż byś uprzedził? — zapytałam spokojnie.
— A po co? Czyż nie jestem u siebie w domu?
Kostia wybuchnął śmiechem. Artiom zakłopotany odwrócił wzrok. A Wołodia już skierował się do kuchni i zaczął sprawdzać zawartość lodówki.
Osiem lat.
Osiem lat żyję z tym wiecznym „szybko”.
Osiem lat każde weekendy zamieniają się dla mnie w maraton kulinarny.
Osiem lat karmię nie tylko męża, ale i jego towarzystwo.
Milcząc, zamknęłam laptopa.
Ale ta historia zaczęła się nie dzisiaj.
Pobraliśmy się w dwa tysiące osiemnastym roku. Miałam wtedy dwadzieścia pięć lat, Igor — dwadzieścia siedem.
Początkowo wszystko było w porządku. Jeśli się spóźniałam, spokojnie mógł ugotować pierogi lub zrobić sobie kanapki.
Potem to się skończyło.
Potem pojawili się koledzy.
Zawsze prowadziłam budżet rodzinny w aplikacji i pewnego razu z ciekawości przejrzałam statystyki za ubiegły rok.
Czterdzieści siedem.
Czterdzieści siedem razy Igor przyprowadzał gości bez uprzedzenia.
Prawie co weekend. Czasami nawet dwa razy.
Każda taka wizyta oznaczała minimum trzy godziny przy kuchni.
Jeśli bez sałatek — trochę mniej.
Jeśli z pełnowartościowym stołem — całe cztery.
Obliczyłam.
Jeden wypad po zakupy dla takiego towarzystwa kosztował około trzech i pół tysiąca hrywien.
Mięso, przekąski, warzywa, ser, chleb, napoje, coś do piwa i butelka wina dla mnie — żeby ostatecznie nie zwariować.
Za rok wychodziło ponad sto tysięcy hrywien.
Pracuję jako projektantka zdalnie i zarabiam dobrze, ale to przecież też moje pieniądze.
I przez wszystkie osiem lat Igor ani razu nie powiedział mi zwykłego:
— Dziękuję.
Maksimum, co słyszałam:
— Moja Lena jest świetna, gotuje jak mama.
Ale mówił to kolegom, a nie mnie.
— Co stoisz? — Igor już zdejmował buty. — Przecież powiedziałem: szybko.
To słowo pojawiło się mniej więcej w trzecim roku małżeństwa.
Początkowo myślałam, że żartuje.
Potem uznałam, że to po prostu nawyk.
A potem zrozumiałam: on naprawdę uważa, że jestem zobowiązana biegać na jego rozkaz.
Kostia już rozwalił się na kanapie i włączył telewizor.
Artiom wciąż przestępował z nogi na nogę w korytarzu — zawsze czuł się niezręcznie w takich sytuacjach.
Wołodia wrócił z kuchni.
— Słuchaj, masz tam ser… Można wziąć?
Milczałam.
— Igor — powiedziałam. — Na chwilę.
— Co jeszcze? Jestem zmęczony.
Zmęczony. Po półtorej godziny gry w kręgle.
— Chodź do kuchni.
Ciężko westchnął, ale jednak wszedł.
Zamknęłam drzwi.
— Pracuję. Mam jutro oddanie projektu.
— I co? Mamy siedzieć głodni?
— Nie uprzedziłeś.
— Lena, no dość. Podgrzej coś.
— Nie ma czego podgrzewać.
— To idź do sklepu.
— Pracuję.
— A ja niby nie? Cały tydzień harowałem. Mam prawo odpocząć z kolegami?
I w tym momencie coś we mnie kliknęło.
Spokojnie.
Cicho.
Jak zamek w drzwiach.
— Oczywiście, że masz — odpowiedziałam.
Spojrzał na mnie podejrzliwie, ale zobaczył uśmiech i rozluźnił się.
— No i dobrze. Rób szybciej.
Wyszłam z kuchni.
Poszłam do sypialni.
Usiadłam na łóżku.
I nagle zrozumiałam, że moje ręce są całkowicie spokojne.
Nie drżą.
Wzięłam telefon.
Nasze karty były powiązane z moją aplikacją — tak umówiliśmy się kilka lat temu. Opłacałam czynsz, internet i pozostałe rachunki.
Otworzyłam dostawę jedzenia.
Cztery duże pizze.
Pepperoni.
Cztery sery.
Hawajska — specjalnie dla Kostii, który jej nie znosi.
I mięsna.
Plus skrzydełka, frytki, dwie duże butelki coli i sosy.
Napiwek dla kuriera.
Suma — sześć tysięcy osiemset hrywien.
Płatność przeszła z karty Igora.
Dostawa za czterdzieści minut.
Odłożyłam telefon.
Po tym poszłam do łazienki.
Wzięłam prysznic.
A potem wyjęłam z szafy prezent od mamy — nowy różowy szlafrok w zające.
Miesiąc temu mama podarowała mi go na urodziny.
Ani razu nie założyłam tej rzeczy, bo uważałam ją za śmieszną.
Ale teraz z jakiegoś powodu zapragnęłam właśnie jego.
Trzydzieści trzy lata.
Różowy szlafrok.
Zające.
Spojrzałam w lustro i pierwszy raz od całego dnia uśmiechnęłam się.
Z salonu dobiegał śmiech.
Igor chrumkał ze śmiechu.
Kostia opowiadał kolejną historię.
Spokojnie uczesałam się, nałożyłam krem i wyszłam do nich.
Cała czwórka siedziała wokół pustego stolika kawowego.
Widząc mnie, Igor zdziwiony podniósł głowę.
— Dlaczego jesteś w szlafroku?
— Jestem zmęczona. Idę odpoczywać.
W pokoju od razu zrobiło się cicho.
— Lena, mamy gości.
— Wiem.
— A stół?
— Stołu nie będzie.
Mówiłam spokojnie.
Bez irytacji.
— Zamówiłam pizzę. Za czterdzieści minut przywiozą. Cztery pizze, skrzydełka, frytki i napoje. Dla wszystkich wystarczy.
Zobaczyłam, jak Igor zaczął czerwienieć.
On zawsze tak ma — najpierw szyja, potem uszy.
— Jaka jeszcze pizza? Wstawaj i przygotuj normalne jedzenie.
— Nie.
— Lena.
— Igor.
Kostia nerwowo zaśmiał się.
Artiom wstał:
— Chłopaki, może my lepiej pojedziemy…
— Siedzieć! — ostro powiedział Igor. — Nikt nigdzie nie idzie.
Odwróciłam się do Artioma.
— Artiom, nie wychodź. Wszystko już opłacone. Sześć tysięcy osiemset hrywien. Z karty Igora. Niech pieniądze się nie marnują.
— Ile? — zdziwił się Kostia.
— Z napiwkiem — sprecyzowałam.
Igor podskoczył.
— Czy ty oszalałaś?
— Możliwe.
A potem zrobiłam to, czego sama się po sobie nie spodziewałam.
Podeszłam do Kostii i wyciągnęłam rękę.
— Swoją drogą, nazywam się Lena. Przez osiem lat z jakiegoś powodu nas normalnie nie przedstawiono. Jestem projektantką, pracuję zdalnie. Zarabiam mniej więcej tyle samo, co Igor, czasami nawet więcej. A ta pizza to nie prezent. To mała rekompensata za czterdzieści siedem nieplanowanych niedziel w ubiegłym roku. Życzę wszystkim miłego wieczoru.
Po tym odwróciłam się i odeszłam.
Zamknęłam drzwi sypialni.
Nie na klucz.
Po prostu zamknęłam.
Za ścianą zawisła cisza.
Położyłam się na narzucie w swoim śmiesznym szlafroku w zające.
Twarz wtuliłam w poduszkę.
I nagle zaczęłam śmiać się.
Cicho.
Bezdźwięcznie.
Przez pięć minut nie mogłam przestać.
Różowy szlafrok.
Zające.
„Nazywam się Lena”.
Oszołomiona twarz Kostii.
Zaczerwieniony Igor.
W końcu uspokoiłam się i spojrzałam w sufit.
Serce biło równo.
Spodziewałam się paniki.
Myślałam, że teraz zacznę żałować tego, co się stało.
Ale nic takiego nie miało miejsca.
Tylko dziwna lekkość.
Ta sama, która przychodzi po zastrzyku, którego bałeś się cały dzień, a potem rozumiesz: wszystko już za tobą.
Z salonu dobiegały stłumione głosy. Słów nie rozróżniałam, ale po intonacjach wszystko było zrozumiałe. Igor zirytowany coś udowadniał, Kostia próbował go uspokoić, Artiom wypowiedział kilka fraz i więcej nie ingerował.
Po czterdziestu minutach rozległ się dzwonek.
Słyszałam, jak Igor otworzył drzwi. Kurier głośno powiedział:
— Zamówienie na sześć tysięcy osiemset hrywien. Wszystko opłacone.
Igor coś niezadowolony mruknął w odpowiedzi.
Jednak zjedli kolację. Sądząc po zapachu, otworzyli pepperoni jako pierwszą. Aromat dotarł nawet do sypialni i niespodziewanie zrozumiałam, że sama zgłodniałam.
Ale nie wyszłam.
Leżałam, patrzyłam w sufit i pierwszy raz od ośmiu lat nie czułam winy za to, że w niedzielę nic nie gotuję.
Mniej więcej po godzinie koledzy zaczęli się rozchodzić.
Z przedpokoju dobiegły pożegnania.
— Lena, wszystkiego dobrego — krzyknął przez drzwi Kostia.
— Cześć — cicho dodał Artiom.
Wołodia nic nie powiedział.
Trzasnęły drzwi wejściowe.
Igor do mnie nie wszedł.
Został w salonie. Najpierw włączył telewizor na pełną głośność, potem po kilku minutach wyłączył go.
A ja tak zasnęłam w szlafroku w zające.
Obudziłam się już rano.
Był poniedziałek.
Igor nocował na kanapie. Nawet się nie przebrał, po prostu przykrył się kocem. Na stole zostało jedno pudełko po pizzy. Pozostałe, widocznie, zdążył wyrzucić.
Zrobiłam kawę i usiadłam do pracy. Oddać projekt musiałam do jedenastej.
Około dziewiątej Igor pojawił się w kuchni.
Przeszedł obok mnie, jakbym go nie zauważyła.
Nalał sobie wody.
Potem usiadł naprzeciwko.
— W ogóle rozumiesz, co wczoraj urządziłaś?
Dalej patrzyłam w monitor.
— Zamówiłam pizzę i położyłam się odpoczywać. Co dokładnie cię zawstydza?
— Upokorzyłaś mnie.
Powoli podniosłam głowę.
— Poważnie? To ja cię upokorzyłam?
— Oczywiście.
— Igor, przyprowadziłeś trzech kolegów do domu, w którym pracowałam. Nie uprzedziłeś. Rozkazałeś mi „szybko nakrywać”. I po tym mówisz, że cię ośmieszyłam?
— To moi koledzy.
— A ja twoja żona.
Długo milczał.
Potem niechętnie powiedział:
— Kostia teraz wszystkim opowie.
— Możliwe.
— I wszystko ci jedno?
— Absolutnie.
Irytująco wypuścił powietrze.
— Ty nie rozumiesz. To chłopy. Oni teraz…
— Co — teraz?
Nie dokończył.
Wróciłam do pracy.
Po kilku sekundach powiedział:
— Przez ciebie wyglądam na pośmiewisko.
Uśmiechnęłam się.
— A nie uważasz za zabawne, że przez osiem lat wystawiałeś mnie jako darmową kucharkę przed tymi samymi ludźmi? I to cię zupełnie nie krępowało. A wystarczyło, że raz wyszłam do nich w szlafroku — i wszystko, tragedia wieku.
Odpowiedź nie nadeszła.
Poszedł do łazienki.
A ja skończyłam projekt i wysłałam go do klienta o dziesiątej czterdzieści.
Minął tydzień.
Prawie nie rozmawialiśmy.
Igor wciąż spał na kanapie, sam podjąwszy taką decyzję.
Wychodził wcześnie.
Wracał późno.
I co najbardziej zdumiewające — przez cały weekend nikogo nie przyprowadził.
Pierwszy raz od ośmiu lat.
W piątek zadzwoniła do mnie jego mama.
— Leneczko, co się między wami stało? Igor chodzi nie swój.
— Lepiej zapytać u niego.
— On mówi, że wystawiłaś go w śmiesznym świetle przed kolegami. Coś o szlafroku i pizzy.
— Wszystko się zgadza.
— Dziecko moje, z mężem tak nie wolno.
— Tamaro Wiktorowno, a z żoną można przez osiem lat obchodzić się jak z personelem obsługującym?
— Ale…
— Nie biłam go i nie wyrzucałam. Jedynie zamówiłam pizzę.
Po drugiej stronie zawisła cisza.
— Ty jeszcze pomyśl.
— Już.
I zakończyłam rozmowę.
Następnego dnia zadzwoniła mama.
— Leneczko, jak ty?
— Normalnie.
— Ojciec powiedział, że po głosie jesteś jakaś zmęczona.
Westchnęłam i opowiedziałam wszystko.
O czterdziestu siedmiu nagłych wizytach.
O bezkońcowych wyprawach do sklepu.
O tysiącach hrywien.
O słowie „szybko”.
O szlafroku w zające.
Mama wysłuchała milcząc.
A potem spokojnie powiedziała:
— Przyjeżdżaj do nas.
— Mamo, przecież jestem mężatką.
— I co? Małżeństwo — to porozumienie dwojga ludzi. Jeśli jeden przestaje przestrzegać warunków, drugi ma prawo wszystko przemyśleć.
Mama całe życie przepracowała jako księgowa. U niej wszystko mierzyło się umowami i zobowiązaniami.
— Pomyśl — dodała.
— Pomyślę.
— Tylko nie za długo. W pewnym momencie siły na przemyślenia kończą się. U mnie skończyły się za późno. Nie powtarzaj moich błędów.
Po tych słowach długo siedziałam milcząc.
Dwa tygodnie po historii z pizzą Igor w końcu sam usiadł naprzeciwko mnie.
— Porozmawiajmy.
— Dobrze.
— Nie miałem racji.
Zdziwiona spojrzałam na niego.
— W czym dokładnie?
Zaczął się ociągać.
— No… trzeba było uprzedzić wcześniej.
— I wszystko?
— A co jeszcze?
I właśnie w tym momencie wszystko zrozumiałam.
Nie żałował ośmiu lat.
Nie ciągłego „szybko”.
Nie dziesiątek weekendów spędzonych przy kuchni.
Żałował tylko jednego — tej niedzieli, kiedy znalazł się w niezręcznym położeniu.
Cała reszta była dla niego normą.
— Igor, pojadę do mamy.
— Na kilka dni?
— Nie wiem.
Napiął się.
— Rzucasz mnie?
— Nie. Robię przerwę.
— Po co?
— Przemyśleć.
— O czym?
— O naszym małżeństwie.
Patrzył na mnie i szczerze nie rozumiał.
I właśnie to było najstraszniejsze.
Przez te wszystkie lata nie widział w naszych relacjach żadnego porozumienia. Dla niego istniał tylko on sam i żona, która powinna wszystko organizować.
W poniedziałek rano spakowałam rzeczy.
Laptop.
Dokumenty.
Kilka sukienek.
Dres.
Ciepłą kurtkę.
I z jakiegoś powodu ten właśnie różowy szlafrok w zające.
Choć sama nie rozumiałam po co.
U rodziców mieszkam już ponad tydzień.
Igor napisał trzy wiadomości.
Najpierw:
„Czy ty zupełnie oszalałaś”.
Potem:
„Wracaj, trzeba porozmawiać”.
A wczoraj:
„Lena, tęsknię”.
Nie odpowiedziałam na żadną.
Teściowa dzwoniła dwukrotnie.
Mówiła, że zepsułam synowi życie.
Że żony nie powinny stawiać mężów w niezręcznej sytuacji.
Że w pracy z Igora teraz śmieją się, bo Kostia opowiedział tę historię kolegom.
I o szlafroku w zające wiedzą już wszyscy.
Słuchałam milcząc.
Tylko Artiom napisał osobno:
„Lena, wybaczcie nam. Powinienem był wtedy wyjść od razu”.
Odpowiedziałam krótko:
„Dziękuję”.
Mama piecze ciasta.
Tata uczy mnie grać w warcaby. Okazuje się, że nigdy właściwie nie umiałam.
Pracuję na werandzie. Przed oknami rosną jabłonie.
Śpię po dziewięć godzin.
I w końcu jem wtedy, kiedy sama chcę, a nie kiedy trzeba nakarmić kolejną kompanię.
I pierwszy raz od ośmiu lat przestałam liczyć cudze apetyty.
Igor chce, żebym wróciła.
Czy wrócę — na razie nie wiem.
Może jeśli zrozumie, że prosić o wybaczenie trzeba nie za jedną niefortunną niedzielę.
A za czterdzieści siedem takich niedziel.
Pomnożonych przez osiem lat.
A może już za późno.



