„Jesteś na macierzyńskim — значит, za darmo”.

Mieszkamy w moim mieszkaniu.

To ważny szczegół, o którym rodzina mojego męża taktownie zapomina, jakby był drobną skazą na ich idealnym obrazie świata.

Siergiej, mój małżonek, człowiek z ambicjami Napoleona i pensją bibliotekarza, uważał, że sama jego obecność w moim życiu jest już darem niebios.

Uwielbiał rozprawiać o „tradycyjnych wartościach”, leżąc na kanapie, kupionej zresztą za moje macierzyńskie.

— Kristino, — zaczął wieczorem, nadymając się z ważności.

— Mama dzwoniła.

— U cioci Wali jest remont, musi się gdzieś przekimać na parę tygodni.

— Powiedziałem, że u nas jest dużo miejsca.

— Ty i tak jesteś w domu, popilnujesz jej, nakarmisz.

— Potrzebuje diety „Stół nr 5”.

Oderwałam się od laptopa (freelansu nikt nie odwołał, nawet jeśli w kołysce sapie półroczny synek) i spojrzałam na męża z zainteresowaniem entomologa.

— Sierioża, — powiedziałam łagodnie.

— A nie zapytałeś mamy, czy przypadkiem nie myli trzypokojowego mieszkania z sanatorium „Wody Mineralne”?

Siergiej przewrócił oczami, jakby ktoś podał mu skisłe wino.

— No i proszę, znowu zaczynasz.

— To przecież rodzina!

— Siedzisz w domu, co ci szkodzi nalać talerz zupy?

— Kobieta ma być strażniczką ogniska domowego, a nie kalkulatorem.

— Strażniczka ogniska, kochanie, pilnuje go przed przeciągami i nadmiarem ludzi.

— To, co ty proponujesz, nazywa się „personel obsługujący”.

— Robisz się bezduszna! — wypalił, machając ręką.

— Mama mówi, że macierzyński rozpieszcza.

— Tracisz kontakt z rzeczywistością!

— Kontakt z rzeczywistością, Sierioża, to rozumieć, że jedzenie w lodówce nie rozmnaża się przez pączkowanie.

Mąż prychnął, nie znajdując odpowiedzi, i dumnie poszedł do toalety — jedynego miejsca w domu, gdzie jego autorytet był niepodważalny.

Następnego dnia zjawiła się Lidia Siemionowna.

Przyniosła ze sobą paczkę tanich pierników i listę zadań.

— Kristina, — zaczęła, nawet nie zdejmując butów.

— U Swietlanki (szwagierki) zaraz występ w przedszkolu.

— Trzeba uszyć kostium wiewiórki.

— Oto materiał.

— Ty i tak jesteś w domu, maszyna stoi.

— I jeszcze, kupiłam zasłony, trzeba podszyć.

— Pięć okien.

— Do jutra zdążysz?

Mówiła tonem generała wydającego rozkazy rekrutom.

W jej świecie byłam darmowym dodatkiem do jej syna, czymś pomiędzy multicookerem a maszyną do szycia z funkcją sterowania głosem.

— Lidio Siemionowno, — odsunęłam ostrożnie paczkę materiału pachnącego naftaliną.

— Obawiam się, że nie dam rady.

— Mam w planie masaż dziecka, spacer i pracę.

Teściowa znieruchomiała.

Jej brwi powędrowały w górę, próbując połączyć się z linią włosów.

— Pracę?

— Jesteś na macierzyńskim!

— Twoja praca to pieluchy i barszcz! — rozłożyła ręce.

— Co to za młodzież!

— My prałyśmy w przeręblu, rodziłyśmy w polu i jakoś żyłyśmy!

— A wy macie automaty i i tak zmęczone!

— To lenistwo, Kristina, lenistwo, matka-lenistwo!

— W przeręblu, powiada? — zamrugałam niewinnie.

— To wspaniale!

— Bezczelna! — syknęła.

A potem wybiegła z mieszkania, głośno trzaskając drzwiami, jakby przybijała pieczęć na wyroku.

Ja tylko wzruszyłam ramionami.

Przedstawienie się zaczynało.

Wieczorem odbyła się „rada rodzinna”.

Siergiej, po porcji matczynego jadu przez telefon, był bojowo nastawiony.

— Obraziłaś mamę! — oznajmił, ledwo przekroczył próg.

— Prosiła o pomoc!

— Masz przeprosić i uszyć ten cholerny kostium wiewiórki!

— Sierioża, — wyjęłam z teczki wydrukowaną kartkę A4.

— Pomyślałam o twoich słowach o rodzinie i wkładzie we wspólną sprawę.

— Masz absolutną rację.

Mąż się zdziwił.

Spodziewał się awantury, łez, ale nie zgody.

— No… widzisz.

— Wiedziałem, że jesteś mądrą kobietą, — uśmiechnął się z zadowoleniem, czując triumf.

— Dlatego przygotowałam biznesplan, — ciągnęłam, podając mu kartkę.

— Zapoznaj się.

To był „Cennik usług sp. z o.o. ‘Żona na macierzyńskim’”.

Uszycie kostiumu wiewiórki (tryb pilny + szkoda moralna) — 5000 rubli.

Podszycie zasłon (za metr bieżący) — 400 rubli.

Przygotowanie kotletów z ryby klienta (w tym czyszczenie łusek po całej kuchni) — 2000 rubli.

Pobyt cioci Wali (miejsce noclegowe + trzy posiłki ‘Stół nr 5’) — 3500 rubli/doba.

Wysłuchiwanie porad „jak trzeba żyć” — 1500 rubli/godz.

Siergiej czytał, a jego oczy robiły się coraz większe.

— Ty… zwariowałaś? — wyszeptał.

— To przecież mama!

— To ciocia Wala!

— Ty chcesz brać pieniądze od rodziny?

— Nie, skądże, — uspokoiłam go.

— Zapłacisz ty.

— Jesteś głową rodziny, zamawiasz usługi.

— A ja jestem wykonawcą.

— Gospodarka rynkowa, kochanie.

— Sam mówiłeś: czas to pieniądz.

— Mój czas też coś kosztuje.

— To materializm! — zapiszczał falsetem.

— Powinnaś robić to z miłości!

— Z miłości śpię z tobą i rodzę ci dzieci, — ucięłam, przestając się uśmiechać.

— A czyszczenie trzech kilo karasi dla twojej mamy to już catering.

— Płatność po wykonaniu albo 100% przedpłaty.

Siergiej chwycił kartkę, zgniótł ją i rzucił na podłogę.

— Nie będę w tym uczestniczył!

— Jutro mama przywiezie rybę i ty ją usmażysz!

— Inaczej…

— Inaczej co? — podeszłam do niego blisko.

— Pójdziesz do mamy?

— Przypominam, mieszkanie jest moje.

— A zamek zmienię szybciej, niż zdążysz powiedzieć „kotlecik”.

Mąż znieruchomiał.

Nagle zrozumiał, że ziemia pod nogami, którą uważał za granit, okazała się ruchomymi piaskami.

Kulminacja nastąpiła tydzień później.

Lidia Siemionowna miała jubileusz — 60 lat.

Początkowo planowali restaurację, ale potem teściowa postanowiła oszczędzić (na mój koszt, oczywiście) i oznajmiła: „Zbieramy się u Kristinочки!”.

„Ma duży salon.”

„Kristina przygotuje stół, przecież i tak siedzi w domu.”

„Będzie ze dwadzieścia osób, tylko swoi.”

Siergiej przekazał mi to tonem nieznoszącym sprzeciwu, ale z obawą zerkał na mój „Cennik”, który przyczepiłam magnesem do lodówki.

— Dobrze, — powiedziałam.

— Będzie stół.

Siergiej odetchnął.

Uznał, że się poddałam, że „babski bunt” został stłumiony.

Cały tydzień chodził dumny, podśpiewując pod nosem.

Teściowa dzwoniła i dyktowała menu: galareta, duszone żeberka z warzywami, trzy rodzaje sałatek, domowy tort.

Wszystko sumiennie zapisywałam.

W dzień „X” goście zaczęli schodzić się na 17:00.

Przyszła szwagierka z dziećmi i mężem, ciocia Wala, jakieś kuzynki w trzecim pokoleniu.

Lidia Siemionowna w brokacie i złocie wpłynęła do mieszkania, spodziewając się zastawionego stołu.

Weszli do salonu.

Pośrodku pokoju stał duży stół.

Przykryty pięknym obrusem.

Absolutnie pusty.

Na śnieżnobiałej tkaninie stał tylko wazon z jedną jedyną różą i stos laminowanych menu z najbliższej pizzerii.

— Kristina… — głos teściowej zadrżał i pisknął.

— A gdzie… jedzenie?

Wyszłam do gości.

Nie w fartuchu i z mydlaną kitką na głowie, ale w wieczorowej sukni, z makijażem i kieliszkiem wina w dłoni.

— Dobry wieczór, drodzy krewni! — rozpromieniłam się.

— Wszystkiego najlepszego, Lidio Siemionowno!

— Ponieważ zamawiający, — skinęłam na bladego Siergieja, — nie wpłacił zaliczki zgodnie z kosztorysem, który przekazałam mu tydzień temu, opcja „Domowa biesiada” została anulowana.

— Ale zadbałam o was!

— Oto menu dostawy.

— Płatność kurierowi kartą albo gotówką.

— Polecam pepperoni, mają świetną.

— Ty… ty… — Siergiej łapał powietrze.

— Sk kompromitowałaś nas!

— Przy rodzinie!

Lidia Siemionowna osunęła się na krzesło, wachlując się serwetką.

— Żmija!

— Wyhodowaliśmy ją na piersi!

— Synku, jak ty z nią żyjesz?!

— Doskonale żyje, — powiedziałam twardo, przestając się uśmiechać.

— W cieple, czystości i wygodzie.

— Za darmo.

— Ale bankiet na cudzy koszt się skończył.

— Chcecie święto — płaćcie.

— Chcecie, żebym dla was pracowała — szanujcie moją pracę.

— Nie jestem służącą, jestem żoną i matką.

— I ja też chcę odpoczywać w święta, a nie padać z nóg przy kuchni.

Szwagierka próbowała coś bąknąć o „kobiecym losie”, ale spojrzałam na nią tak, że zakrztusiła się słowem.

— A teraz, — upiłam wina, — kto zamawia pizzę?

— Ja wezmę z owocami morza.

— Na koszt solenizantki, oczywiście.

Awantura była gigantyczna.

Krzyki, groźby, przekleństwa.

Ale wiecie, co jest najciekawsze?

Jedzenie chcieli bardziej niż kłótnię.

Po czterdziestu minutach kurier przywiózł dziesięć pudełek pizzy i sushi.

Płacił Siergiej, zgrzytając zębami tak, że zdawało się, iż kruszy mu się szkliwo.

Wieczór minął w napiętej atmosferze, przypominającej stypę, ale ja czułam się jak królowa balu.

Siedziałam, jadłam rolki, których nie zwijałam przez trzy godziny, i machałam nogą.

Kiedy goście się rozeszli, Siergiej spróbował urządzić „rozliczenie”.

— Upokorzyłaś moją matkę! — zaczął jak zdarta płyta.

— Nauczyłam ją szacunku, — odpowiedziałam spokojnie.

— I ciebie też.

— A tak w ogóle, jesteś mi winien 5000 rubli za sprzątanie.

— Twoi krewni nanieśli błota w przedpokoju i rozlali sos na dywan.

— Nie dam ci ani kopiejki! — ryknął.

— Okej, — wyjęłam telefon.

— W takim razie zmieniam hasło do Wi-Fi, przestaję gotować ci obiady i prać twoje koszule.

— I tak, jutro wychodzę z koleżankami do kawiarni, z synem zostajesz ty.

— Za darmo.

— Jesteś ojcem.

Siergiej spojrzał na mnie.

Potem na stertę pudełek po pizzy.

Potem na wygodną kanapę.

W jego oczach walczyły chciwość i komfort.

Komfort wygrał przez nokaut.

— Dobra, — burknął.

— Przeleję.

— Ale to… to nie po ludzku!

— To rynkowo, Sierioża.

Przyzwyczaj się.

Minęło od tamtej pory pół roku.

Krewni mojego męża teraz przychodzą do mnie tylko po wcześniejszym umówieniu i z własnymi tortami.

Teściowa już nie prosi o podszywanie zasłon — znalazła pracownię krawiecką, gdzie, jak się okazuje, „zdzierają trzy skóry”, ale robią to w milczeniu.

Siergiej stał się zaskakująco potulny.

Zrozumiał, że zdanie „przecież siedzisz w domu” kosztuje zbyt dużo.

A ja?

Nadal pracuję, wychowuję syna i kocham mojego męża.

Tyle że teraz ta miłość ma jasno wyznaczone granice i, w szczególnych przypadkach, cennik.

I zapamiętajcie, dziewczyny: jeśli ktoś uważa, że wasz czas nic nie jest wart, nie bójcie się wystawić mu rachunku.

Czasem to jedyny sposób, by ludzie zrozumieli, że jesteście bezcenne.