Ludmiła Jegorowna zbierała się na basen przez trzy tygodnie i jeden dzień. Przez trzy tygodnie powtarzała sobie, że trzeba kupić karnet, ponieważ lekarz powiedział: — Kręgosłup, stawy, ciśnienie — przydałoby się pani pływanie…

A przez jeden dzień stała już pod drzwiami kompleksu sportowego i myślała, że lekarz jest oczywiście człowiekiem wykształconym, ale w życiu prywatnym najwyraźniej okrutnym.

Kompleks nazywał się „Delfin”.

Na szyldzie widniał radosny niebieski delfin, przypominający sprzedawcę odkurzaczy.

W środku pachniało chlorem, mokrymi kafelkami i cudzą pewnością siebie.

Ludmiła Jegorowna weszła do holu, przycisnęła do boku torbę z kostiumem kąpielowym i natychmiast zapragnęła wrócić do domu, gdzie miała kanapę, pilota i ciało, któremu nikt się nie przyglądał.

— Pierwszy raz? — zapytała kobieta w recepcji.

— Skąd pani wie?

— Po twarzy.

Ludmiła Jegorowna chciała się odwrócić i wyjść, ale duma popchnęła ją w stronę lady.

Miała sześćdziesiąt dwa lata.

Od rozwodu minęło osiem lat i przez ten czas stała się mistrzynią znikania.

W autobusie siadała przy oknie.

W sklepie wybierała płaszcze w „praktycznych, niebrudzących kolorach”.

Na zdjęciach stawała z boku i trzymała torebkę przed brzuchem.

Nie jeździła na plażę:

„Upał”, „działka”, „komu to potrzebne”.

Tak naprawdę potrzebowała tego ona, ale sama sobie nie pozwalała.

Kiedy mąż odchodził, nie powiedział najgorszego.

Nie powiedział: „Już cię nie kocham”, „Mam inną”, ani nawet: „Znudzilaś mi się”.

Najgorsze powiedział zwyczajnym tonem, stojąc przy szafie:

— Zaniedbałaś się, Luda.

No, sama na siebie popatrz.

I popatrzyła.

Od tamtej pory patrzyła codziennie.

W lustro, w witrynę sklepową, w łyżkę, w wygaszony ekran telefonu.

Nie widziała siebie, tylko dowód.

W szatni było głośno.

Kobiety trzaskały drzwiczkami szafek, zakładały gumowe klapki, rozmawiały o emeryturach, ciśnieniu i nowym trenerze, który „całkiem niezły, tylko bardzo młody, aż wstyd pokazywać mu brzuch”.

Ktoś stał zupełnie nago i spokojnie smarował ramiona kremem.

Ludmiła Jegorowna odwróciła się tak gwałtownie, jakby przyłapano ją na przestępstwie.

Wybrała szafkę na samym końcu.

Kupiła najbardziej zabudowany kostium kąpielowy, czarny, ze spódniczką.

Sprzedawczyni powiedziała:

— Bardzo wyszczupla.

Ludmiła pomyślała wtedy, że jeśli jakaś rzecz od razu obiecuje cię ukryć, to znaczy, że jesteście przyjaciółkami.

Ale teraz, w szatni, kostium wydał jej się kamizelką kuloodporną uszytą ze smutku.

Źle się naciągał, skręcał na bokach i zdradziecko podkreślał wszystko, co powinien ukrywać.

Najgorszy okazał się czepek.

Niebieski, gumowy i ciasny.

Na opakowaniu uśmiechała się dziewczyna o twarzy stworzenia, które urodziło się na basenie i nigdy nie musiało płacić rachunków za mieszkanie.

Ludmiła Jegorowna spróbowała naciągnąć czepek na suche włosy.

Czepek stawiał opór jak żywy wróg.

— Musi go pani rozciągnąć — podpowiedziała kobieta z sąsiedniej ławki.

— I najpierw przyłożyć do czoła.

— Już mam czoło w środku.

On mnie nie akceptuje.

Kobieta parsknęła śmiechem.

— Za pierwszym razem każdy z nim walczy.

Potem się pani przyzwyczai.

— Do upokorzenia człowiek w ogóle szybko się przyzwyczaja — mruknęła Ludmiła Jegorowna.

Czepek strzelił ją po palcach, a połowa włosów została na zewnątrz.

W lustrze patrzyła na nią wściekła ciotka w niebieskiej gumowej czapce, przypominająca źle zakręcony słoik dżemu.

I nagle Ludmile zrobiło się śmiesznie.

Nie wesoło, tylko śmiesznie z powodu całego absurdu.

Przez osiem lat bała się własnego ciała, a największym zagrożeniem okazał się czepek za trzysta dziewięćdziesiąt rubli.

Woda w basenie lśniła jak niebieski prostokąt.

Na torach pływały kobiety pewne siebie i niezatapialne jak rzeczne statki.

Jedna z nich pruła wodę motylkiem tak groźnie, że Ludmiła w myślach ustąpiła jej drogi jeszcze na lądzie.

Przy brzegu stał trener — wysoki, szczupły, około dwudziestosiedmioletni, w koszulce z napisem „instruktor”.

Uśmiechnął się.

— Dziewczyno, pani na aqua aerobik?

Ludmiła rozejrzała się.

— Gdzie ta dziewczyna?

— Pani.

— Młody człowieku, albo jest pan ślepy, albo pracuje pan na premię za uprzejmość.

Roześmiał się.

— Mam na imię Maksim.

Pierwszy raz?

— Czy wszyscy się dziś zmówili?

— Widać po twarzy.

— Kurs fizjonomiki jest tutaj dołączony do karnetu?

Maksim się nie obraził.

Zaprowadził ją na płytki tor, wyjaśnił, czego się trzymać i jak wejść do wody.

Ludmiła udawała, że słucha, a sama myślała:

Zaraz wejdę, wszyscy spojrzą, woda się cofnie, a trener pożałuje, że nazwał mnie dziewczyną.

Woda okazała się ciepła.

Nie łagodna, oczywiście.

Basen to nie morze.

Pachniał dyscypliną i chlorem.

Ale ciało, które przywykła nosić jak karę, nagle stało się lżejsze.

Nogi jej drżały, brzuch zafalował, a spódniczka kostiumu uniosła się i popłynęła osobno niczym czarna meduza.

— Proszę przycisnąć brodę — powiedział Maksim.

— I wypuszczać powietrze do wody.

— Do wody?

Przecież jeszcze nic złego jej nie zrobiłam.

— Wszyscy tak mówią przez pierwsze pięć minut.

— A potem?

— Potem narzekają, że czasu jest za mało.

Ona nie narzekała.

Przez pierwsze dziesięć minut walczyła z wodą, z brzegiem i z rękami, które z jakiegoś powodu nie chciały poruszać się ładnie.

Na sąsiednim torze kobieta w różowym czepku płynęła powoli, ale majestatycznie.

Wyprzedzała Ludmiłę tak, jakby ta stała w miejscu.

Ludmiła się zdenerwowała.

Szarpnęła do przodu, napiła się wody i zakaszlała.

— Spokojniej — powiedział Maksim.

— To nie zawody.

— To dlaczego ta w różowym mnie wyprzedza?

— Chodzi tu od trzech lat.

— Niech sobie chodzi.

Ale po co pływa tak upokarzająco szybko?

Maksim odwrócił się, żeby się nie roześmiać.

Ludmiła to zauważyła i po raz pierwszy nie poczuła, że ktoś się z niej naśmiewa.

Nie śmiał się z jej ciała.

Śmiał się z jej charakteru.

Po zajęciach siedziała w szatni czerwona, mokra, z odciskiem czepka na czole.

Kobiety wokół rozmawiały o trenerze, cenach jajek i o tym, że pod prysznicem znowu jest słabe ciśnienie.

Jedna z nich, szeroka w ramionach, z głosem wicedyrektorki szkoły, powiedziała:

— Nowa, dobrze się pani trzymała.

Ja za pierwszym razem w ogóle płakałam.

— Ja też prawie.

Tylko zamiast łez leciał ze mnie chlor.

Kobiety się roześmiały.

Nie złośliwie.

Po prostu włączyły ją do wspólnego gwaru.

Ludmiła nagle zrozumiała, że nikt nie patrzy na jej brzuch.

Nikt nie komentuje jej bioder.

Tutaj wszystkie miały brzuchy, blizny, żylaki, fałdy, znamiona, ślady po operacjach, stare kostiumy i nowe lęki.

I jakoś wszystkie żyły.

Pływały, prychały, naciągały czepki i narzekały na śliskie kafelki.

Ciało nie było wyrokiem.

Ciało było sposobem, żeby przyjść w środę na szóstą.

W domu wyciągnęła z szafy lustro w pełnym rozmiarze, które kiedyś odwróciła do ściany.

Ustawiła je z powrotem.

Rozebrała się do bielizny i spojrzała.

Najpierw jak zwykle:

Brzuch, ręce, skóra, wiek, wszystko nie tak.

Potem spróbowała spojrzeć inaczej.

Nie: „co zaniedbałam”, lecz: „co dowiozłam aż tutaj”.

To ciało nosiło ciężkie torby, urodziło syna, stało przy kuchence, biegało do pracy, przeżyło rozwód, osiem zim, bezsenność, wysokie ciśnienie i samotne święta.

Nie było piękne jak w telewizji.

Było jej.

Dziwne, że do zrozumienia tego potrzebny był basen i niebieski czepek.

Syn zadzwonił wieczorem.

— Mamo, jak było na basenie?

— Upokorzenie z elementami zabiegów wodnych.

— Nie podobało ci się?

— Kupiłam karnet na miesiąc.

— Przecież powiedziałaś, że to upokorzenie.

— Nasza relacja się rozwija.

Syn się roześmiał.

Dawno już nie śmiał się z nią w ten sposób — bez ostrożności, bez słów: „Mamo, tylko się nie obrażaj”.

Ludmiła odłożyła słuchawkę i pomyślała, że nie opowie mu wszystkiego.

Ani o lustrze.

Ani o byłym mężu.

Ani o tym, jak strasznie było zdjąć szlafrok.

Niektóre zwycięstwa są zbyt małe, by o nich raportować, i zbyt wielkie, by potrzebowały cudzej aprobaty.

Na trzecich zajęciach Maksim znowu nazwał ją dziewczyną.

Tym razem nie odpowiedziała złośliwie, tylko pokazała mu pięść.

— Maksim, proszę nie nadużywać stanowiska służbowego.

— Jak postępy?

— Woda nadal wygrywa, ale mocno trzymam się brzegu.

Dał jej deskę i pokazał, jak pracować nogami.

Ludmiła sapała, burczała, ale dopłynęła do połowy toru.

Nieładnie.

Nie szybko.

Ale sama.

W drodze powrotnej zobaczyła swoje odbicie w oknie:

Niebieski czepek, mokra twarz, usta otwarte z wysiłku.

I nagle ta kobieta nie wydała jej się śmieszna.

Wydała jej się żywa.

Potem wydarzyło się coś nieprzyjemnego.

W szatni usłyszała, jak dwie młode kobiety stojące przy lustrze rozmawiają o kimś znajomym.

— Moja mama też chce chodzić na basen, ale się wstydzi.

Mówi, że jest już stara.

— Daj spokój, wszyscy tu chodzą.

Zobacz, jakie odważne babcie.

Babcie.

Zwyczajne słowo, bez złośliwości.

Ale Ludmiła poczuła, jak coś w niej znowu się zaciska.

Babcie.

Nie kobiety, nie ludzie, nie ciała z własnymi historiami, tylko osobny gatunek, któremu pozwala się być odważnym, bo nie ma już nic do stracenia.

Szybko się ubrała, przez cały wieczór milczała, a rano postanowiła więcej tam nie chodzić.

Po co?

Żeby młode kobiety się nad nią rozczulały?

Żeby trener nazywał ją dziewczyną z litości?

Żeby podskakiwała w wodzie, podczas gdy jej były mąż pewnie mieszka z kobietą młodszą o dziesięć lat i nie musi naciągać na głowę niebieskiej gumowej czapki?

Opuściła jedne zajęcia.

Potem drugie.

Trzeciego dnia zadzwoniła kobieta z grupy, ta sama z głosem wicedyrektorki.

Okazało się, że nazywa się Klara Stiepanowna.

— Ludmiła, dlaczego pani nie przychodzi?

Maksim o panią pytał.

— Mam sprawy.

— Jakie sprawy może mieć emerytka?

Proszę nie kłamać starszym.

— Chyba jesteśmy w tym samym wieku.

— Właśnie dlatego mam prawo.

Ludmiła chciała obrócić wszystko w żart, ale Klara nagle powiedziała ciszej:

— Ja też kiedyś zrezygnowałam.

Kiedy wróciłam po operacji, myślałam, że wszyscy widzą bliznę.

A nikogo to nie obchodziło, wyobraża pani sobie?

Aż człowiekowi przykro.

Tyle lat się wstydziłam, a nawet nie dali mi publiczności.

Ludmiła się roześmiała.

Potem usiadła na stołku.

— Mąż przed odejściem powiedział mi, że się zaniedbałam.

Klara chwilę milczała.

— Mój nazywał mnie królową.

A potem też odszedł.

Słowa nie zawsze są o nas, Luda.

Czasem facet po prostu szuka ładnego opakowania dla własnej podłości.

Brzmiało to trochę ordynarnie, ale trafiło dokładnie tam, gdzie trzeba.

Ludmiła wróciła na basen w następny poniedziałek.

Maksim ją zobaczył i uniósł kciuk.

Udawała, że nie zauważyła, ale wyprostowała ramiona.

Po miesiącu karnet się skończył.

Poszła kupić nowy i po drodze zajrzała do sklepu sportowego.

Czarny kostium ze spódniczką wisiał w domu i nadal nadawał się do noszenia.

Ale na wieszaku wisiał inny — ciemnozielony, z szerokimi ramiączkami, bez spódniczki.

Nie wyzywający, nie młodzieżowy, po prostu piękny.

Ludmiła dotknęła materiału i natychmiast usłyszała w głowie głos byłego męża:

„Po co ci coś takiego?”

Głos był stary, ale wciąż bezczelny.

— Pomóc pani dobrać rozmiar? — zapytała sprzedawczyni.

— Proszę.

W przymierzalni stała długo.

Kostium właściwie niczego nie ukrywał.

Brzuch był brzuchem, ręce rękami, a wiek wiekiem.

Ale kolor sprawiał, że skóra wyglądała cieplej, oczy jaśniej, a plecy z jakiegoś powodu prostowały się same.

Ludmiła obróciła się bokiem.

Wciągnęła brzuch.

Wypuściła powietrze.

Brzuch wrócił na swoje miejsce.

Spojrzała na niego surowo.

— No dobrze, będziemy razem żyć.

Sprzedawczyni zapytała zza zasłony:

— Pasuje?

— Mnie tak — odpowiedziała Ludmiła.

— Innym nie musi.

Na następnych zajęciach Klara Stiepanowna oceniła kostium jednym spojrzeniem.

— Oho.

Nasza przeszła na zieleń.

— Proszę nie zazdrościć.

— Za późno.

Już zazdroszczę.

Maksim powiedział:

— Świetnie pani wygląda.

Ludmiła zmrużyła oczy.

— Ostrożnie.

Teraz jestem kobietą w zieleni i mogę do pana dopłynąć ze skargą.

Weszła do wody.

Czepek znowu siedział krzywo, okularki zaparowały, a na sąsiednim torze różowy czepek ponownie ruszył swoim zwykłym, krążowniczym tempem.

Nie wydarzył się żaden cud.

Ludmiła nie schudła, nie została syreną, nie wybaczyła byłemu mężowi i nie pokochała swojego odbicia na zawsze.

Ale kiedy woda uniosła jej ciało, po raz pierwszy od wielu lat nie zaczęła w myślach przepraszać za miejsce, które zajmowała.

Pływała źle.

Oddychała nierówno.

Trzymała się deski.

I uśmiechała się tak, jakby nikt nie miał prawa odebrać jej tej absurdalnej, mokrej i późno odnalezionej radości.