— Mogłabyś chociaż podziękować, zamiast krzywić tę swoją minę!
Mama pół dnia stała przy kuchence, podczas gdy ty szeleściłaś swoimi papierami w biurze.

Mama zrobiła porządek w lodówce, idź i jej podziękuj! — ryknął Denis, nawet nie racząc przeżuć kawałka chleba.
Olga zamarła w progu drzwi.
Nawet nie musiała wchodzić do kuchni, żeby zrozumieć skalę katastrofy.
Zapach uderzył ją w nozdrza jeszcze na klatce schodowej, kiedy winda dopiero otworzyła drzwi na ich piętrze.
To nie był aromat domowego ciepła, lecz gęsty, ciężki, niemal namacalny odór, taki jak w starych stołówkach albo w wagonach dalekobieżnych pociągów.
Pachniało skiszoną kapustą, starą smażoną cebulą i topionym sadłem.
Ten zapach wżerał się w tapety, we włosy, w drogą tapicerkę krzeseł, wypierając zwykły aromat kawy i świeżego płynu do płukania, który panował w ich mieszkaniu.
Powoli przeszła korytarzem, czując, jak w środku gotuje się w niej zimne, gniewne drżenie.
Kuchnia, jej ukochana sterylnie biała kuchnia z chromowanymi powierzchniami, teraz przypominała magazyn żywności z czasów niedoboru.
Wszystkie blaty zastawione były trzylitrowymi słojami z mętną zalewą, w której pływały gigantyczne pożółkłe ogórki i pomidory z popękaną skórką.
W centrum tego gastronomicznego chaosu górowała Galina Iwanowna.
Teściowa, ubrana w sprany kwiecisty szlafrok, który przywiozła ze sobą, z zawziętością kroiła czarny chleb na grube, niechlujne kromy, a okruchy leciały prosto na podłogę.
— O, zjawiła się żywicielka, — Galina Iwanowna otarła ręce o boki, zostawiając tłuste ślady na materiale.
— No, wchodź, czego tak stoisz jak obca.
Widzisz, twój mąż z głodu puchnie, kiedy ty sobie karierę robisz.
Matka musiała interweniować, żeby chłopa ratować.
Olga przeniosła wzrok na kosz na śmieci.
Pokrywa była odchylona, a to, co tam zobaczyła, ścisnęło jej żołądek.
Na wierzchu, prosto na brudnych obierkach ziemniaków, leżało opakowanie lekko solonego pstrąga, które kupiła wczoraj na promocji w sklepie farmerskim.
Obok, nieśmiało wyglądając spod liści kapusty, walał się kawałek parmezanu i dwa dojrzałe awokado, przekrojone na pół i bezlitośnie wyrzucone do śmieci.
W głębi kosza widać było paczkę rukoli i pomidorków koktajlowych.
Jej kolacja.
Jej śniadanie.
Jej jedzenie na cały tydzień.
— Co wy zrobiliście? — głos Olgi zabrzmiał chrapliwie, z trudem powstrzymywała chęć krzyku.
— Galino Iwanowno, to są pieniądze.
To normalne, świeże jedzenie.
Po co wyrzuciła pani rybę?
— Rybę? — prychnęła teściowa, odwracając się do wielkiego garnka stojącego na kuchence.
— To nie ryba, Olu, to fanaberia.
Jakieś różowe gluty, tfu.
Chłopu trzeba mięsa, wywaru, siły.
A ty wciskasz mu tę trawę jak królikowi.
Zajrzałam do twojej lodówki — pustka.
Same jakieś niezrozumiałe słoiczki i plastikowe warzywa.
No to wszystko wyrzuciłam, żeby miejsca nie zajmowało.
To wszystko zgnilizna, diabelskie nasienie.
Denis, siedzący przy stole w podkoszulku, głośno siorbnął z miski.
Po brodzie spływała mu tłusta strużka rosołu.
Wyglądał obrzydliwie zadowolony, jak kot, który zakradł się do spiżarni ze śmietaną.
— Ola, no serio, przestań się rzucać, — wskazał łyżką w stronę kosza.
— Mama dobrze gada.
Ja chcę żreć, rozumiesz?
Żreć, a nie degustować twoje sałatki.
Wsadziłaś mnie na dietę, zaraz będę prześwitywał.
A to jest dopiero konkret!
Prawdziwy barszcz, na kości, tłusty, jak trzeba.
Kotlety z czosnkiem.
Czegoś takiego ty w życiu nie ugotujesz.
— Uważasz za normalne, że twoja matka przyjechała bez zaproszenia, grzebała w mojej lodówce i wyrzuciła jedzenie za pięć tysięcy rubli? — Olga zrobiła krok w stronę stołu, patrząc mężowi prosto w oczy.
— Denis, tam był ser, który sam prosiłeś, żebym kupiła.
— Bo ten twój ser był kwaśny! — Denis huknął łyżką o stół tak, że rosół chlusnął na obrus.
— Cały już wysechł, skórka twarda jak kamień.
Mama powiedziała, że zepsuty, to znaczy, że zepsuty.
Ona się zna, rodzinę wychowała, nas troje odchowała.
A ty co umiesz?
Tylko kalorie liczyć.
— Ale twoja mama…
— Mama uważa, że źle nas karmisz, dlatego wyrzuciła wszystkie twoje produkty i przywiozła swoje przetwory!
I będziesz jadła to, co ugotowała, i jeszcze chwalisz!
Nie podoba ci się zapach?
To jest zapach troski!
A twoje „sushi” i „sałatki” to trucizna!
Mama zrobiła porządek w lodówce, podziękuj jej!
W tym czasie Galina Iwanowna już krzątała się przy kuchence, mieszając na patelni jakąś szarą breję.
Zapach smażonego tłuszczu stał się jeszcze intensywniejszy, wywołując u Olgi lekkie mdłości.
Teściowa wyciągnęła z torby zaparowany słoik z czymś białym i ziarnistym.
— Smalec, — oznajmiła uroczyście, stawiając słoik na stole przed Denisem.
— Zmielony z czosnkiem.
Posmarujesz na chlebek i oszalejesz z zachwytu.
Nie to co te wasze sklepowe pasztety, sama chemia.
Jedz, synku, jedz.
Nastawiłam jeszcze galaretę, teraz zastygnie na balkonie, jutro rano zjesz śniadanie jak chłop.
Olga patrzyła na ten surrealizm i czuła, jak ziemia usuwa jej się spod nóg.
Jej przytulny świat walił się pod naporem agresywnej, apodyktycznej troski.
Próbowała nabrać głębiej powietrza, ale było zbyt gęste.
— Ja tego nie będę jadła, — powiedziała cicho.
— I ten zapach… Galino Iwanowno, czy można chociaż włączyć okap?
Nasze ubrania tym nasiąkną.
— Nie podoba ci się zapach?
To jest zapach troski! — natychmiast wtrącił się Denis, przeżuwając kawałek mięsa.
— A twoje sushi i sałatki to trucizna.
Zapach jej nie pasuje…
Podziękuj, że matka przyjechała i nagotowała.
Siadaj i bierz talerz.
— Nie będę, — powtórzyła Olga pewniej.
— Nie jem wieprzowiny, wiesz o tym.
I nie prosiłam, żebyście tu zaprowadzali swoje porządki.
Galina Iwanowna gwałtownie się odwróciła, trzymając w ręce chochlę, z której kapał pomarańczowy tłuszcz.
Jej twarz, czerwona od żaru bijącego od kuchenki, wykrzywiła się w grymasie urażonej wyższości.
— Patrzcie ją, jaka księżniczka!
Wieprzowiny nie je.
A co ty jesz?
Duchem świętym się żywisz? — zrobiła krok w stronę Olgi, górując nad nią całą swoją masywną sylwetką.
— Spójrz na siebie, skóra i kości, ani cycka, ani tyłka, Boże wybacz.
Jak ty chcesz rodzić?
Czym dziecko nakarmisz, swoją trawą?
Denis mi mówił, że gotować nie umiesz.
No to uczę, póki żyję.
Bierz łyżkę, jak do ciebie mówię!
— Nie usiądę przy tym stole, — Olga odwróciła się, żeby iść do sypialni, ale Denis był szybszy.
Zerwał się z krzesła, przewracając taboret, i złapał żonę za łokieć.
Jego palce były lepkie i gorące.
Szarpnął ją, obrócił do siebie i z siłą posadził na wolnym krześle.
— Siadaj, powiedziałem! — syknął jej w twarz, zionąc czosnkiem i alkoholem.
— Matka się starała, wiozła te słoiki pociągiem, targała na sobie.
Nie waż się wychodzić.
Będziesz jadła to, co ugotowała, i jeszcze chwaliła.
Zrozumiałaś?
Olga próbowała się wyrwać, ale uścisk męża był żelazny.
Przed nią natychmiast wylądowała głęboka miska pełna po brzegi gęstej, tłustej zupy, w której pływały ogromne kawałki gotowanego sadła.
— Jedz, — rozkazała Galina Iwanowna, wciskając jej do ręki ciężką metalową łyżkę.
— I bierz chleb.
Bez chleba się nie najesz.
Teraz taka moda, żeby nosem kręcić na matkę domu.
Łyżka w ręce wydawała się ołowiana.
Olga patrzyła w talerz, a do gardła podchodziła jej lepka, ciężka gula.
To, co Denis nazywał „prawdziwym barszczem”, bardziej przypominało tłuste czerwono-pomarańczowe bagno, na którego powierzchni zaczynała się zaciągać mętna warstwa stygnącego tłuszczu.
Po wierzchu pływały duże, nierówno pokrojone kawałki sadła z warstwami szarego mięsa, a zapach gotowanego czosnku i starego oleju był tak gęsty, że wydawało się, iż można go kroić nożem.
— No i?
Na co czekamy?
Na specjalne zaproszenie? — Denis przestał żuć i utkwił w żonie ciężkie, mętne spojrzenie.
— Matka się starała, duszę w to włożyła.
A ty siedzisz jak na stypie.
Jedz, powiedziałem!
Olga podniosła wzrok na teściową.
Galina Iwanowna siedziała naprzeciwko, podpierając pulchny policzek pięścią, i z jawną złośliwością obserwowała synową.
W drugiej ręce trzymała kawał czarnego chleba grubo posmarowany tym samym smalcem i co jakiś czas odgryzała go z głośnym mlaskaniem.
— Gdzie tam jej, Denisek, — przeciągnęła teściowa, nie przeżuwszy jeszcze.
— Ona u ciebie miejska, delikatna.
Jej to tylko sucharek pogryźć i wodą popić.
Popatrz na jej ręce — zapałki.
Na czym ta dusza się trzyma?
Ni skóry, ni figury.
Jak ona cię w łóżku grzeje, taka lodowata?
Tfuu.
Jedz, Ola, jedz.
To nie twoje gumowe krewetki, to naturalne jedzenie.
Olga próbowała oddychać ustami, żeby nie czuć tego zapachu, ale smak tłuszczu zdawał się wisieć w samym powietrzu.
— Denis, ja naprawdę nie mogę, — powiedziała cicho, czując, jak drżą jej wargi.
— Tu jest za dużo tłuszczu.
Mam zapalenie żołądka, przecież wiesz, potem będzie mi źle.
Pozwól mi chociaż napić się herbaty?
Uderzenie pięścią w stół sprawiło, że podskoczyły nie tylko talerze, ale i sama Olga.
Łyżeczka do herbaty w pustym kubku zadźwięczała żałośnie.
— Zapalenie żołądka! — wrzasnął Denis, a jego twarz nabiegła krwią.
— Wymyśliła sobie choroby, żeby nic nie robić!
Jakie zapalenie żołądka?
Ty się po prostu popisujesz!
Ty teraz upokarzasz moją matkę, rozumiesz?
Ona jechała do nas przez całe miasto, targała torby, nadwyrężyła sobie plecy, żeby nas nakarmić!
A ty nosem kręcisz?
Żryj, powiedziałem!
Złapał swoją łyżkę i demonstracyjnie nabrał z miski gęstej zawartości, pakując ją do ust z głośnym mlaśnięciem.
— M-m-m, mamo, to arcydzieło! — wymamrotał, patrząc na Olgę złymi oczami.
— To jest jedzenie!
Ucz się, idiotko, póki matka żyje.
Bo inaczej zdechniesz ze swoimi sałatkami.
Olga zrozumiała, że odwrotu nie ma.
Jeśli teraz nie zje choćby łyżki, ta awantura rozrośnie się w coś jeszcze gorszego.
Denis był nakręcony, alkohol uderzył mu do głowy, a obecność matki, która dolewała oliwy do ognia swoimi komentarzami, czyniła go zupełnie niekontrolowanym.
Popisywał się przed nią, odgrywał rolę „pana domu”, który umie przywołać niepokorną babę do porządku.
Nabrała trochę płynu z brzegu talerza, starając się nie zahaczyć o kawałki sadła.
Ręka zdradziecko jej drżała.
Tłusta pomarańczowa substancja zakołysała się w łyżce.
Olga zamknęła oczy i szybko włożyła łyżkę do ust.
Smak był potworny.
Zupa nie była po prostu tłusta — była przesolona aż do goryczy.
Sól paliła język, a posmak starego, zjełczałego sadła natychmiast oblepił podniebienie tłustą warstwą, od której chciało się natychmiast wszystko wypluć.
Buraki były niedogotowane i chrzęściły pod zębami, a kapusta zmieniła się w śliską breję.
— No, — kiwnęła z zadowoleniem Galina Iwanowna, oblizując tłuste palce.
— Ruszyło.
A tak się łamała jak jakaś panienka.
Może soli za mało?
Ja lubię, jak smak jest wyrazisty.
— Dobrze jest, mamo, w sam raz! — przytaknął Denis.
— Sól to życie.
A ona wszystko mdłe żre, jak w szpitalu.
Dawaj, Ola, nie zatrzymuj się.
Łyżka za mamę, łyżka za tatę.
Olga z trudem przełknęła pierwszą porcję.
Żołądek natychmiast odpowiedział skurczem, jakby wlano do niego roztopiony ołów.
— Smaczne? — zapytał Denis z naciskiem, pochylając się ku niej przez stół.
— Powiedz matce, że smaczne.
Czekam.
— Denis, proszę… — zaczęła Olga, czując, jak do oczu napływają jej łzy, nie z urazy, ale z fizycznego obrzydzenia.
— Mów! — ryknął.
— Dziękuję, Galino Iwanowno… bardzo sycące, — wykrztusiła Olga.
— „Sycące”, — przedrzeźniała ją teściowa, wydłubując paznokciem mięso spomiędzy zębów.
— Niewdzięczna z ciebie dziewucha.
Patrzę na ciebie i myślę: za co mojemu synkowi taka kara?
Ani ugotować, ani męża przywitać, ani matki uszanować.
Siedzi, dławi się, jakbym jej trucizny nasypała.
A to wszystko swojskie, własne!
Kapustę sama kisiłam, w beczce, pod naciskiem.
A wieprzowina od wujka Witi, świeżutka, prosiaka ubił dopiero w zeszłym tygodniu.
Chociażbyś chlebem zagryzała, głupia, tłustego bez chleba się nie je!
Galina Iwanowna chwyciła kromę chleba i dosłownie rzuciła nią na stół przed Olgą.
Okruchy rozleciały się wachlarzem.
— Bierz! — rozkazała tonem strażniczki.
Olga mechanicznie odłamała kawałeczek chleba.
Miała wrażenie, że trafiła do jakiegoś surrealistycznego horroru.
Jej kuchnia, jej zasady, jej życie — wszystko to zostało zdeptane w jeden wieczór przez dwoje ludzi, którzy uważali, że mają prawo decydować, co ma jeść i jak ma żyć.
Denis tymczasem zdążył już zjeść swoją porcję i teraz wycierał talerz kawałkiem chleba, zbierając resztki tłuszczu.
— Dojedz, — rzucił, kiwając głową na prawie pełny talerz Olgi.
— Ma być czysty.
I weź kotleta.
I kapusty spróbuj.
Mamo, nałóż jej kapusty, bo się wstydzi.
Galina Iwanowna skwapliwie nabrała widelcem ogromny kłąb kiszonej kapusty ze słoja.
Kapusta była szarożółta, śliska z wyglądu.
Zalewa kapała z niej prosto na stół, kiedy teściowa niosła ją do talerza Olgi.
— O, witaminki! — chlupnęła kapustę prosto do niedojedzonej zupy, rozpryskując wszystko wokół.
— Jedz, nie krzyw się.
To dla zdrowia dobre, bo cała zielona jesteś jak muchomor.
Zapach kwaśnej, fermentującej kapusty zmieszał się z zapachem gorącego tłuszczu.
Ta mieszanka była ostatnią kroplą.
Olgę oblał zimny pot.
Poczuła, jak skurcz żołądka zamienia się w niepowstrzymany odruch.
W ustach zebrała się ślina — pewny znak, że organizm nie zamierza dłużej znosić tej przemocy.
— Nie mogę już, — wyszeptała, zasłaniając usta dłonią.
— Czego nie możesz? — Denis zmrużył oczy, a jego twarz wykrzywiła się w grymasie odrazy i złości.
— Symulujesz?
Znowu teatrzyk?
„Ach, źle mi, ach, jaka jestem delikatna”?
Żryj, powiedziałem!
Mam już dość twoich wygłupów!
Chwycił jej talerz i z siłą przysunął go do niej, tak że tłusty wywar chlusnął Oldze na domową koszulkę, zostawiając ohydną pomarańczową plamę.
— Jedz!
Albo ci to za kołnierz wyleję! — wrzasnął, pryskając śliną.
— Mama życie przeżyła, ona lepiej wie, co zdrowe!
A ty siedzisz tu, królowa śmietnika, i nosem kręcisz!
Od nagłego ruchu i krzyku mdłości podeszły jej pod samo gardło.
Olga zrozumiała, że ma dwie sekundy, nie więcej.
Gwałtownie odsunęła krzesło, które z przykrym zgrzytem przejechało po płytkach, i zerwała się na nogi.
— Stój! — ryknął Denis.
— Dokąd się wybierasz?!
Jeszcze nie skończyliśmy!
Ale Olga nie mogła już odpowiadać.
Zacisnęła obie dłonie na ustach i rzuciła się w stronę korytarza, czując na plecach nienawistne spojrzenie męża i słysząc szyderczy chichot teściowej.
Olga nie zdążyła dobiec do wybawiającej bieli sedesu ledwie o parę metrów.
Ciężka ręka Denisa, przesiąknięta zapachem taniego tytoniu i tłuszczu, wczepiła się jej we włosy na potylicy.
Szarpnięcie było tak gwałtowne, że chrupnęło jej w szyi, a z oczu trysnęły łzy bólu, mieszając się z narastającymi mdłościami.
Nogi w miękkich domowych kapciach poślizgnęły się po panelach i, tracąc równowagę, runęła na kolana w samym korytarzu.
— Dokąd lecisz?! — ryk Denisa odbił się od ścian wąskiego korytarza, uderzając w bębenki.
— Ja z tobą rozmawiam!
Wracaj do stołu, niewdzięczna suko!
Żołądek Olgi skurczył się z taką siłą, że zgięła się wpół, opierając dłonie o podłogę.
Świat przed oczami falował, zamieniając się w mętną plamę.
Nie mogła oddychać.
Zaduch mieszkania zdawał się składać wyłącznie z atomów tłuszczu i alkoholu.
— Puść… zaraz zwymiotuję… — wychrypiała, próbując odpełznąć w stronę drzwi łazienki, których klamka była tak blisko.
— Kłamiesz! — Denis nie rozluźniał pięści, w której trzymał jej włosy.
Szarpnął jej głowę do tyłu, zmuszając ją, by patrzyła na niego z dołu do góry.
Jego twarz była purpurowa, żyły na czole nabrzmiałe, a w oczach kotłowała się jakaś zwierzęca, pijana wściekłość.
— Ty wszystko robisz specjalnie!
Urządzasz ten spektakl, żeby obrazić matkę!
Żeby pokazać, jaka ty jesteś wyrafinowana, a my bydło, tak?
Gówno z ciebie, nie aktorka!
— Denis, proszę… — Olga próbowała chwycić go za rękę, żeby osłabić uścisk, ale nowy skurcz odruchu wymiotnego odciął jej oddech.
W końcu zrozumiał, że to nie gra, ale zamiast współczucia wywołało to w nim kolejny napad szału.
Z całej siły popchnął ją w otwarte drzwi łazienki.
Olga wpadła do środka, uderzając ramieniem o futrynę, i runęła przed sedesem, kurczowo obejmując zimny rant.
Wymiotowała boleśnie i głośno.
Organizm odrzucał obcą, ciężką substancję, którą siłą w nią wciśnięto.
Gardło paliło ogniem od przypraw i soków żołądkowych.
Każda fala skurczów odbijała się bólem w żebrach.
Denis stał w progu łazienki z rękami opartymi na biodrach.
Nie odszedł.
Nie przyniósł wody.
Stał i patrzył z wyrazem obrzydzonej pogardy, jakby oglądał pijaczkę w bramie.
— Słabiara, — wypluł.
— Matka się starała, marnowała produkty, duszę wkładała.
A ty wszystko do kibla spuszczasz.
Taka właśnie twoja wdzięczność.
Mama ma rację — zgniła jesteś w środku.
Z kuchni, szurając znoszonymi kapciami, przypłynęła Galina Iwanowna.
Stanęła za plecami syna, zaglądając przez jego ramię do łazienki.
W rękach wciąż trzymała kawałek chleba ze smalcem, który niewzruszenie dożuwała.
— No i co, Denisek, nie mówiłam? — jej głos brzmiał zwyczajnie, wręcz znudzenie.
— Nie w konia karm.
Żołądek ma zepsuty, tak samo jak charakter.
Tylko jedzenie zmarnowała, pasożytka.
Tam było pół kilo smalcu, a ona wszystko do kanalizacji.
Tfuu.
Olga, łapiąc oddech, próbowała się podnieść, opierając drżącą rękę o krawędź umywalki.
W ustach miała obrzydliwy smak żółci i tej samej „firmowej” zupy.
Odkręciła wodę, żeby obmyć twarz, ale Denis w dwóch krokach znalazł się przy niej i z całej siły zakręcił kran.
— Dość lania wody! — ryknął.
— Liczniki i tak się kręcą, a ty tu cyrki odstawiasz.
Popatrz na siebie!
Gęba czerwona, smarki lecą.
Piękność, kurwa mać.
Jak ja z tobą w ogóle żyję?
Chwycił ręcznik — jej ulubiony, puszysty, biały ręcznik — i rzucił nim jej w twarz.
Tkanina boleśnie smagnęła mokrą skórę.
— Wycieraj się i marsz do kuchni po sobie sprzątać! — rozkazał.
— Matka nie najęła się do zmywania po tobie po tym, jak nagotowała dla całej hordy.
Olga powoli ściągnęła ręcznik z twarzy.
Drżenie stopniowo ustępowało, zastępowane przez coś innego.
Zimne, dźwięczące, krystalicznie czyste zrozumienie.
Patrzyła na męża i nie widziała już człowieka, za którego wyszła trzy lata temu.
Przed nią stał obcy, spocony, agresywny chłop, któremu było obojętne jej cierpienie.
Dla niego ważniejsze było przypodobać się mamusi i potwierdzić własną ważność przez upokorzenie żony.
— Nie pójdę do kuchni, — powiedziała Olga cicho, ale wyraźnie.
Głos miała zachrypnięty po wymiotach, ale twardy.
— I więcej nie będę jadła tego waszego śmieciowego żarcia.
— Co?! — Denis osłupiał.
Spodziewał się przeprosin, łez, błagań o wybaczenie, a nie oporu.
— Jak nazwałaś jedzenie mojej matki?
Śmieciowe?
Ja ci zaraz…
Zamachnął się, ale Olga nawet nie drgnęła.
Patrzyła mu prosto w oczy, a w tym spojrzeniu było tyle lodowatej pogardy, że ręka Denisa zawisła w powietrzu.
— Uderz, — powiedziała.
— No dalej, uderz mnie.
Niech twoja mamusia się ucieszy.
Przecież tego właśnie chce.
Proces wychowawczy, tak, Galino Iwanowno?
Teściowa w korytarzu zacisnęła usta i demonstracyjnie odwróciła wzrok.
— Nie brudź sobie rąk, synku, — zaskrzeczała.
— Garbatego tylko grób wyprostuje.
Niech siedzi w swoim chlewie i myśli.
A my chodźmy, bo kotleciki stygną.
I tak nie zrozumie smaku prawdziwego jedzenia.
Organizm już się odzwyczaił od normalnego żarcia, tylko swoją chemią się truje.
— Słyszałaś? — Denis wbił palec w pierś Olgi, boleśnie wciskając falangę.
— Do pięt mojej matce nie dorastasz.
Siedź tu i nie wyłaź, dopóki nie zmądrzejesz.
Pośmiewisko.
Odwrócił się i wyszedł z łazienki, trzaskając drzwiami tak mocno, że z sufitu posypał się tynk.
Kliknął wyłącznik — Denis zgasił światło, zostawiając Olgę w zupełnej ciemności.
— Żeby prądu nie paliła, skoro i tak z ciebie żadnego pożytku! — dobiegło z korytarza.
Olga została sama w ciemności, oparta plecami o zimne kafelki.
Przez drzwi dochodziły dźwięki, od których znowu robiło jej się niedobrze: brzęk widelców o talerze, głośne mlaskanie, śmiech teściowej i aprobujące pomruki męża.
Oni dalej ucztowali.
Jedli, obgadywali ją, nazywali „chudziną” i „bezużyteczną”, i, sądząc po odgłosach, otwierali kolejną butelkę.
Wyczuła kran i puściła lodowatą wodę.
Umyła twarz, zachłannie napiła się garści wody prosto z dłoni, spłukując smak żółci.
Strach minął.
Ból minął.
Zostało tylko obrzydzenie.
Tak silne, jakby oblepiło ją coś lepkiego i brudnego, czego nie da się zmyć wodą.
Olga otworzyła szafkę nad umywalką, wyjęła szczoteczkę do zębów i zaczęła zaciekle szorować zęby, próbując wyplenić z siebie nawet wspomnienie tego, co znalazło się w jej ustach.
W lustrze, w ciemności podświetlonej jedynie paskiem światła spod drzwi, odbijała się chuda kobieta z potarganymi włosami i płonącymi oczami.
— „Śmieciowe żarcie”, — wyszeptała w ciemność, próbując smaku tych słów.
Spodobały jej się.
Wyszła z łazienki.
W kuchni rechotali.
Denis coś opowiadał z pełnymi ustami, Galina Iwanowna przytakiwała, stukając nożem o deskę.
Olga minęła ich i poszła do sypialni, ale nie położyła się na łóżku.
Stanęła pośrodku pokoju, wsłuchując się we własne odczucia.
Adrenalina buzowała jej we krwi, domagając się ujścia.
Nie będzie płakać w poduszkę.
Nie będzie czekać do rana.
Ten cyrk potworów musi skończyć się właśnie teraz.
Olga odwróciła się i ruszyła z powrotem do kuchni.
Jej kroki były bezgłośne, ale w środku huczał huragan.
Wiedziała, co zaraz zrobi.
I było jej absolutnie wszystko jedno, jakie będą konsekwencje.
Olga wróciła do kuchni.
Panowała tam atmosfera sytego, pijackiego samozadowolenia.
Denis, rozpiąwszy górny guzik dżinsów, rozwalił się na krześle, leniwie dłubiąc widelcem w talerzu z kotletami.
Galina Iwanowna, zarumieniona od zaduchu i własnej ważności, nalewała do kieliszków mętną domową nalewkę.
— O, wyczołgała się, — prychnął Denis, nie odwracając głowy.
— No i co, przeczyszczyło ci mózg?
Siadaj, karnego ci nalejemy.
Mama jest dobra, wybaczy.
Galina Iwanowna zacisnęła usta, udając wielką męczennicę gotową do łaskawego przebaczenia.
— Niech najpierw przeprosi, — wycedziła.
— Za to, że jedzenie zmarnowała i nerwy mi zszarpała.
Ja się dla was, durniów, staram…
Olga nie odpowiedziała.
Przeszła obok stołu, nawet na nich nie patrząc.
Jej ruchy były ostre, pozbawione tego drżenia, które targało nią jeszcze pięć minut wcześniej.
Podeszła do lodówki i z całej siły szarpnęła drzwiczki do siebie.
W środku, na wszystkich półkach, ciasnymi rzędami stały słoiki.
Ogórki, pomidory, leczo, adżika, dżem — barykady ze szkła i octu, które wyparły jej życie.
Olga wyciągnęła rękę i chwyciła pierwszy lepszy trzylitrowy słój z marynowanymi pomidorami.
Szkło było zimne i lepkie.
— Ty co kombinujesz? — zaniepokoił się Denis, obracając się do niej całym ciałem.
— Ola, odstaw to.
Olga powoli odwróciła się do stołu.
W jej oczach nie było ani strachu, ani złości — tylko lodowata pustka.
Uniósła słój nad stołem, prosto nad talerzem z teściowymi kotletami, i rozluźniła palce.
Huk uderzenia był ogłuszający.
Słój eksplodował odłamkami i czerwoną zalewą.
Pomidory, które pękły od uderzenia, bryznęły na wszystkie strony, zalewając obrus, ściany, koszulę Denisa i szlafrok Galiny Iwanowny.
Odłamek szkła zadźwięczał o butelkę nalewki.
— Co ty robisz, suko?! — wrzasnął Denis, zrywając się na nogi.
Po twarzy ściekała mu czerwona breja, podobna do krwi.
— Moje pomidory! — zapiszczała Galina Iwanowna, łapiąc się za serce.
— To była odmiana bawole serce!
Całe lato je hodowałam!
Ale Olga już nie słuchała.
Znowu zanurkowała do lodówki.
Następną ofiarą padł słój z grzybami.
Nie rzuciła nim o stół.
Z rozmachem cisnęła nim w ścianę, prosto nad głową teściowej.
Oślizgłe maślaki zmieszane ze szkłem rozleciały się po kuchni wachlarzem, pacając o podłogę i meble z obrzydliwym mlaśnięciem.
— Łap ją! — zawyła teściowa, chowając się za plecami syna.
— Ona jest wściekła!
Pozabija nas!
Denis, warcząc ze złości, rzucił się do żony.
Ale poślizgnąwszy się na pomidorowej zalewie, niezgrabnie zamachał rękami i ledwie utrzymał równowagę.
Ta chwila zwłoki wystarczyła Oldze.
Złapała z kuchenki ten sam ogromny garnek tłustego barszczu.
Garnek był ciężki, wciąż gorący, ale Olga zdawała się mieć nadludzką siłę.
— Żryjcie! — krzyknęła łamiącym się głosem.
— Żryjcie, aż pękniecie!
Przechyliła garnek.
Strumień pomarańczowej, tłustej brei wylał się na podłogę, zalewając nogi Denisa i rozpływając się ogromną oleistą kałużą po całej kuchni.
Gotowana kapusta, kawałki sadła, buraki — wszystko to teraz pływało pod nogami, zamieniając podłogę w lodowisko.
— Aaa! Gorące! — wrzasnął Denis, kiedy wrzątek dostał mu się na stopy przez skarpety.
Próbował zrobić krok, ale tłusta warstwa pod podeszwą zagrała z nim okrutnie.
Nogi poleciały do góry, a on z hukiem runął na plecy prosto do kałuży barszczu i odłamków szkła.
— Synku! — Galina Iwanowna, zapominając o strachu, rzuciła się do niego, ale natychmiast poślizgnęła się na grzybie i z ciężkim łomotem upadła na czworaki obok syna, pakując ręce w mieszaninę zalewy i tłuszczu.
Olga stała pośrodku tego apokaliptycznego bałaganu, ciężko oddychając.
Ręce jej drżały, pierś falowała.
Patrzyła na męża, który miotał się w tłustej brei, na teściową czołgającą się na kolanach i zawodzącą nad zniszczonym szlafrokiem.
— Ty jesteś chora… ty jesteś psychiczna… — charczał Denis, próbując się podnieść, ale ręce ślizgały mu się po tłustych panelach i znowu upadał, brudząc się coraz bardziej.
Na włosach wisiała mu kapusta, twarz miał uwalaną koncentratem pomidorowym.
— Ja cię do psychiatryka oddam!
Za wszystko mi zapłacisz!
— Już zapłaciłam, — powiedziała cicho Olga.
Podeszła do stołu, gdzie stał ostatni nietknięty słoik — właśnie ten smalec z czosnkiem.
Galina Iwanowna, widząc to, wyciągnęła do niej brudną rękę.
— Nie ruszaj!
Nie waż się!
To na zimę!
Olga odkręciła pokrywkę.
Zapach czosnku i starego tłuszczu znowu uderzył ją w nos, ale teraz nie wywołał mdłości.
Teraz był to zapach zwycięstwa.
Przechyliła słoik nad głową teściowej i wytrząsnęła gęstą białą masę prosto na jej trwałą ondulację.
— Smacznego, Galino Iwanowno.
To jest zapach troski.
Rzuciła pusty słój do zlewu.
Brzęk tłuczonego szkła postawił kropkę nad tym szaleństwem.
Kuchnia była zniszczona.
Drogie fronty szafek były ochlapane tłuszczem i pomidorem.
Na podłodze leżała breja z jedzenia, szkła i ludzkich ciał.
Smród był nie do wytrzymania — mieszanina octu, czosnku, alkoholu i potu.
Olga przestąpiła przez nogi męża, starając się nie nadepnąć na odłamki.
— Posprzątajcie, — rzuciła, wychodząc do korytarza.
— Przecież tak lubicie porządek.
Za jej plecami słychać było przekleństwa Denisa i zawodzenie teściowej, która próbowała wyczyścić smalec z włosów, ale tylko bardziej rozmazywała go po głowie.
Żadnych pięknych słów, żadnych obietnic rozwodu ani gróźb sądem.
Wszystko było jasne bez słów.
Świat, w którym żyli rano, już nie istniał.
Utonął w trzech litrach barszczu i słoju pomidorów.
Olga weszła do sypialni i szczelnie zamknęła za sobą drzwi.
Usiadła na łóżku, patrząc na swoje ręce.
Pachniały zalewą.
W mieszkaniu rozlegał się rumor — Denis próbował się podnieść, przewracając krzesła.
Ale Oldze było już wszystko jedno.
Po raz pierwszy tego wieczoru nabrała pełną piersią powietrza i mimo smrodu sączącego się przez szpary wydało jej się ono zaskakująco czyste.



