— Mamo, a tata dzisiaj przyjdzie?

Misza szedł obok, mocno trzymając mamę za rękę, i patrzył na nią z dołu, mrużąc oczy od jasnego słońca.

Anna niepostrzeżenie mocniej ścisnęła jego małą dłoń.

— Nie wiem, synku. Tata ma pracę.

— Znowu praca?

— Znowu.

— A obiecał, że zabierze mnie na ryby. Pamiętasz?

Powiedział, że w sobotę na pewno pojedziemy.

A potem jeszcze raz obiecał.

I zabrał wędki.

Anna nic nie odpowiedziała.

Ilija rzeczywiście zabrał wędki — razem ze swoimi rzeczami, kurtką, butami i narzędziami.

Tyle że nie na ryby.

— Może on właśnie teraz łowi ryby? — nie ustępował Misza.

— I przywiezie taką wielką, największą?

— Może, — cicho odpowiedziała Anna.

U wejścia do przedszkola chłopiec puścił jej rękę i pobiegł do kolegów.

Już w biegu odwrócił się:

— Mamo, powiedz tacie, żeby złowił największą! Taką!

Szeroko rozłożył ręce na boki.

Anna uśmiechnęła się i machnęła mu na pożegnanie.

Ale gdy tylko drzwi przedszkola zamknęły się za synem, uśmiech sam zniknął.

Trzy tygodnie.

Już od trzech tygodni każdego dnia wymyślała dla dziecka nowe odpowiedzi: „tata jest w pracy”, „ma projekt”, „jest zajęty”.

I z każdym razem kłamstwo brzmiało coraz bardziej fałszywie.

Ale prawdy też nie miała.

Tylko pusty przedpokój i krótką wiadomość od Ilii: „Sama mnie do tego doprowadziłaś. Na razie zamieszkam oddzielnie. Rodzicom wszystko wyjaśnię sam”.

Tyle że nikomu nic nie wyjaśnił.

Anna szła powoli przez podwórko do domu i myślała o tym, że ma dzisiaj wolne.

Musi posprzątać mieszkanie, zrobić pranie, przejrzeć rzeczy Miszy, wytrzeć kurze — zwykłe sprawy, na które w ostatnich tygodniach zupełnie nie miała siły.

Praca, dom, dziecko — na więcej po prostu nie starczało jej tchu.

W ostatnich miesiącach Ilija zajmował się remontem dużego domu w Soczi.

Zlecenie było dobre, płacili godziwie, ale obiekt znajdował się daleko i coraz częściej zostawał tam na noc.

Najpierw raz w tygodniu, potem co drugi dzień, potem prawie na stałe.

Wyjaśnienie zawsze było to samo: drogie materiały, pusty dom, bezsensowna jazda nocą z powrotem do Adlera.

Anna długo znosiła to cierpliwie.

Potem zaczęła zauważać szczegóły.

Telefon leżący ekranem do dołu.

Irytację przy zwykłych pytaniach.

Krótkie odpowiedzi.

Ciągłe: „Ja pracuję, a ty urządzasz przesłuchanie”.

Przestała pytać.

Ale przestać zauważać już nie mogła.

Trzy tygodnie temu wszystko skończyło się ostatecznie.

Ilija wrócił późno wieczorem — zbyt czysty jak na kogoś z budowy, z zapachem cudzego płynu do płukania na koszulce.

Anna zapytała, gdzie był.

Wybuchł natychmiast: oskarżył ją o podejrzliwość, oświadczył, że ma dość wracania tam, gdzie jest ciągle kontrolowany.

Anna odpowiedziała, że ona też ma już dość.

Wtedy on milcząc wziął telefon, klucze, kurtkę — i wyszedł.

Spokojnie. Bez awantury.

Nawet nie trzasnął drzwiami.

Jakby decyzja była podjęta dawno temu, a powód po prostu się nadarzył.

Następnego dnia przyjechali jego robotnicy zabrać narzędzia i rzeczy.

Potem przyszła jedna wiadomość: „Sama mnie do tego doprowadziłaś”.

I to wszystko.

Żadnego telefonu, żadnej rozmowy.

Tylko cisza i dziecko, które każdego dnia pytało, kiedy tata wróci.

Telefon zadzwonił, gdy Anna wchodziła już po schodach do mieszkania.

Na ekranie wyświetliło się: „Maria Stiepanowna”.

— Aneczko, witaj, — głos teściowej brzmiał zbyt miękko.

— Jedziemy z Mikołajem Jegorowiczem w waszą stronę w sprawach urzędowych.

Chcieliśmy wstąpić, zobaczyć się z Miszą.

Dzwonimy do Ilii — nie odbiera. Jesteś w domu?

Anna zatrzymała się na półpiętrze.

— Tak, jestem. Właśnie odprowadziłam Miszę do przedszkola.

— To dobrze. Będziemy za godzinę. Przywiozłam pierożki, on przecież tak lubi te z ziemniakami.

Teściowie mieszkali daleko, w wiosce pod Krasnodarem.

Bez powodu w odwiedziny nie przyjeżdżali.

Ostatni raz byli zimą, na Nowy Rok.

Anna weszła do mieszkania i powoli zamknęła drzwi.

Nie wiedzieli, że Ilija odszedł.

Obiecał porozmawiać z rodzicami sam.

A ona nie chciała dzwonić pierwsza — nie chciała się skarżyć i wykonywać za niego tej nieprzyjemnej roboty.

Nastawiła czajnik i wzięła się za sprzątanie.

Po godzinie zadzwonił dzwonek do drzwi.

Maria Stiepanowna pojawiła się w progu z torbami i znajomym zapachem ciężkich perfum.

— Aneczko, zupełnie schudłaś! — załamała ręce.

— Nie jesz nic, czy jak?

— Wszystko w porządku, Mario Stiepanowna. Praca.

Mikołaj Jegorowicz milcząc zaniósł torby do kuchni.

Niski, krępy, z ciężkim spojrzeniem człowieka, który przywykł wszystko zauważać.

Jego wzrok natychmiast prześlizgnął się po pustym wieszaku w przedpokoju.

— Gdzie jest Ilija? — zapytał.

— Na obiekcie, — automatycznie odpowiedziała Anna.

Usiedli pić herbatę.

Rozmowa najpierw toczyła się zwyczajnie: praca, droga, ceny, przedszkole.

Ale napięcie stopniowo gęstniało.

Mikołaj Jegorowicz kilka razy próbował dodzwonić się do syna. Bezskutecznie.

Potem przyszła krótka wiadomość: „W pracy. Później”.

Maria Stiepanowna w drodze do łazienki zauważyła brak męskich rzeczy.

Mikołaj Jegorowicz wrócił z balkonu zbyt zamyślony.

Oni już wszystko rozumieli.

Czekali tylko, kto pierwszy powie to na głos.

Rozmowa zaczęła się niespodziewanie.

— Aneczko, — Maria Stiepanowna uśmiechnęła się, — Zinaida Fiodorowna opowiedziała nam coś ciekawego.

Jej córka mieszka w Soczi i podobno widziała Iliję z jakąś kobietą koło przychodni.

Mówią, że ta kobieta jest w ciąży.

Nawet się zaśmiała:

— Pomyśleliśmy — może szykujecie nam niespodziankę?

Może będzie jeszcze jeden wnuk?

Anna zamarła.

— To nie ja, — cicho powiedziała.

Uśmiech teściowej powoli zgasł.

— Jak to nie ty?

— Nie jestem w ciąży. I tej kobiety nie znam.

W kuchni zapadła ciężka cisza.

Maria Stiepanowna spojrzała bezradnie na męża.

— Ilija powiedział, że to właścicielka domu, w którym robi remont.

Że poczuła się źle, a on zawiózł ją do szpitala…

Mikołaj Jegorowicz uważnie spojrzał na Annę.

— Jego rzeczy nie ma w domu. Czy on tu w ogóle mieszka?

Anna spuściła wzrok.

— Nie. Od trzech tygodni.

— I milczałaś? — jęknęła teściowa.

— Powiedział, że sam wam wszystko wyjaśni.

Mikołaj Jegorowicz gwałtownie uderzył dłonią w stół:

— A może sama go do tego doprowadziłaś? Chłop tak po prostu z domu nie odchodzi!

— Kola, poczekaj… — próbowała zatrzymać go żona.

Ale on już się nakręcił:

— Może ciosałaś mu kołki na głowie? Byłaś zazdrosna? Urządzałaś awantury?

Anna powoli postawiła filiżankę na stole.

— Jeśli chcecie znać prawdę — dobrze. Opowiem.

I opowiedziała wszystko.

Jak Ilija coraz częściej znikał w Soczi.

Jak zaczął ukrywać telefon.

Jak irytował się na każde pytanie.

Jak pewnego dnia wyszedł i nawet nie próbował się wytłumaczyć.

— O tej drugiej kobiecie nie wiedziałam, — skończyła Anna.

— Tylko domyślałam się, że ktoś jest.

Mikołaj Jegorowicz słuchał mroczny.

— Nie wierzę, — powiedział w końcu. — Ilija taki nie jest.

— Niczego nie ukrywam, — spokojnie odpowiedziała Anna.

— Może ty sama w domu tak go dręczyłaś, że uciekł?

— Mikołaju Jegorowiczu, ja go nie wyganiałam.

Maria Stiepanowna nie wyglądała już na pewną siebie.

Siedziała blada i zagubiona.

— Boże… Dlaczego on nam nic nie powiedział?..

— Bo to on to zrobił, a nie ja, — cicho odpowiedziała Anna.

Wtedy Mikołaj Jegorowicz ponownie wybrał numer syna i włączył tryb głośnomówiący.

Przy piątym sygnale Ilija odebrał:

— Tato, jestem zajęty.

— Siedzimy u Ani, — powoli wymówił Mikołaj Jegorowicz.

— Nie ma cię w domu od trzech tygodni. Gdzie jesteś?

— Przecież mówiłem — na obiekcie.

— Jaki obiekt? Powiedzieli nam, że widzieli cię z ciężarną kobietą.

W słuchawce zapadła pauza.

I nagle gdzieś obok usłyszano kobiecy głos:

— Ilija, idziesz już?

Mikołaj Jegorowicz powoli zamknął oczy.

— Kto to jest?

— Tato, wszystko źle zrozumieliście…

— Pytam cię — kto to jest?!

— Nie wtrącajcie się w moje życie! — wybuchnął Ilija.

Cisza po jego krzyku stała się niemal dzwoniąca.

Anna siedziała nieruchomo.

Wszystko, czego się bała, potwierdziło się ostatecznie.

Mikołaj Jegorowicz zaczął mówić cicho, ale tak twardo, że Maria Stiepanowna zapłakała.

— A więc tak. Nie tak cię wychowałem.

Masz syna, który rośnie.

Pięcioletnie dziecko każdego dnia pyta, kiedy tata przyjdzie do domu.

A tata siedzi u obcej baby i chowa się przed rodziną.

— Tato…

— Chcieliśmy pomóc wam z mieszkaniem. Odłożyliśmy dwa miliony.

Ale po tym, co zrobiłeś, ani kopiejki nie zobaczysz.

Pieniądze pójdą dla Miszy.

A ty żyj jak chcesz.

— Tato, poczekaj…

— Rozmowa skończona.

Rozłączył się.

Maria Stiepanowna cicho płakała.

— Aneczko, wybacz nam… Jeszcze na ciebie naskoczyliśmy…

— Nie wiedzieliście, — spokojnie odpowiedziała Anna.

Mikołaj Jegorowicz podszedł do okna i długo stał milcząc.

— My w wasze relacje wtrącać się nie będziemy, — powiedział w końcu.

— Ale wnuka nie zostawimy.

I syna usprawiedliwiać też nie będziemy.

Przed wyjściem Maria Stiepanowna mocno objęła Annę.

— Jeśli będziesz potrzebować pomocy — dzwoń. W każdej chwili.

Gdy drzwi się za nimi zamknęły, w mieszkaniu znów zapadła cisza.

Anna spojrzała na zegarek — pora było odbierać Miszę z przedszkola.

Po drodze myślała tylko o jednym: co powie synowi.

Nie teraz. Później. Gdy znajdzie odpowiednie słowa.

U bram przedszkola Misza radośnie podbiegł do niej:

— Mamo! Babcia przyjechała? Przywiozła pierożki?

— Przywiozła, synku.

— A tata dzisiaj przyjdzie?

Anna przykucnęła przed nim i poprawiła kołnierzyk jego kurtki.

— Na razie nie, Misza. Ale w domu czekają na nas pierożki.

Chłopiec skinął głową, wziął ją za rękę i powoli poszli do domu.

Anna myślała o tym, że najstraszniejsze to nie samo odejście Ilii.

Ale to, jak długo wszystkich okłamywał: ją, rodziców, samego siebie.

I pewnego dnia będzie musiała o tym opowiedzieć Miszy.

Ale nie dzisiaj.

Dzisiaj — po prostu do domu.