Przyszłam na randkę i zobaczyłam w jego rękach torbament.

Kiedy Paweł wyjął z niej zawiniątko i je

rozwinął, zrozumiałam — pora wychodzić.

Szykowałam się na spotkanie prawie godzinę.

Zabawnie pewnie, w wieku czterdziestu pięciu

lat tak długo stać przed lustrem, zmieniać

kolczyki, używać perfum, a potem znowu

zdejmować kolczyki i wybierać inne.

Ale co zrobić — przez ostatnie dwa lata to była moja pierwsza randka.

Jak tylko przyjaciółka Lena dowiedziała się o tym, od razu przybiegła do mnie z kosmetyczką i całą lekcją pouczeń.

— Tylko nie zacznij opowiadać o swoim kocie i niekończącym się remoncie — powiedziała surowo, podając mi szminkę.

— I uśmiechaj się.

Kiedy się uśmiechasz, jesteś bardzo piękna.

Zgadzałam się, kiwałam głową, a sama studiowałam swoje odbicie i z irytacją przyglądałam się nowej zmarszczce między brwiami, której jeszcze całkiem niedawno nie było.

Poznaliśmy się przez portal randkowy.

Paweł od razu wyróżnił się na tle niekończących się wiadomości w stylu „cześć piękna jak leci”.

Pisał poprawnie, bez błędów i dziwnych podtekstów.

Na zdjęciu wyglądał schludnie: jasna koszula, krótka fryzura, spokojne spojrzenie.

W profilu było napisane: inżynier, rozwiedziony, dorosłe dzieci.

Mam czterdzieści pięć lat, on mniej więcej tyle samo — całkiem zwyczajna historia życiowa.

Pisaliśmy do siebie około dwóch tygodni i przez cały ten czas ani razu nie przysłał wątpliwych zdjęć ani nie prosił, bym pokazała się „w stroju kąpielowym”.

Już za to samo chciało się postawić mu plusa.

Potem zaproponował spotkanie.

Na randkę wybrałam małą kawiarnię przy metrze.

Nie pretensjonalną i nie za drogą, a po prostu przytulne miejsce z dobrą kawą i wspaniałymi syrnikami.

Chciałam spokojnej atmosfery bez zbędnego blichtru.

Nawet menu sprawdziłam wcześniej.

Zdecydowałam, że zamówię latte i, być może, kawałek ich słynnego sernika własnego wypieku.

Takie drobiazgi z jakiegoś powodu poprawiały nastrój.

Kiedy podeszłam, Paweł już stał przy wejściu.

Od razu go rozpoznałam.

Miał na sobie tę samą koszulę co na zdjęciu, tylko w rzeczywistości okazała się wyraźnie wygnieciona.

W ręce trzymał małą celofanową torebkę, wewnątrz której leżało coś kwadratowego.

Na sekundę pomyślałam, że to prezent.

Może książka albo bombonierka.

Ale od razu się powstrzymałam.

Jakie jeszcze prezenty na pierwszej randce?

Dorośli ludzie mimo wszystko.

Kiwnął krótko głową, szybko omiótł mnie wzrokiem — tak, jakby oceniał zakup w sklepie.

Potem kiwnął w stronę drzwi:

— No co, wchodzimy?

Głos okazał się zupełnie inny, niż sobie wyobrażałam podczas pisania.

Bardziej wysoki i w jakiś sposób suchy.

Usiadłyśmy przy stoliku przy oknie.

Podeszła do nas młodziutka kelnerka z notatnikiem.

Już sięgnęłam po menu, ale Paweł uniósł dłoń:

— Nic nie potrzebuję.

Dziewczyna zdezorientowana zamarła.

Ja też.

On poważnie?

— Może chociaż kawa? — zapytałam ostrożnie.

— Nie — uciął.

Po tym zaczął grzebać w tej samej torebce.

Wyjął zawiniątko, starannie owinięte w folię.

Rozwinął.

Wewnątrz okazała się zwykła kanapka: dwie kromki białego chleba i kawałek szynkowej między nimi.

Położył ostrożnie zawiniątko na serwetce prosto na środku stolika, rozprostował folię z taką starannością, jakby wykonywał wyuczony rytuał.

W tym momencie wewnątrz mnie coś jakby się przesunęło.

Ten obraz, który przez dwa tygodnie starannie układałam w głowie, nagle skrzywił się i popłynął, jak źle naklejona tapeta.

— Oto — Paweł postukał palcem w kanapkę — jest normalne jedzenie.

A po restauracjach chodzą tylko „talerzowe pasożytki”.

Mówił spokojnie, niemal pouczająco.

Lekko odchylił się na oparcie krzesła, uniósł podbródek i zaczął miarowo postukiwać palcami po stole.

W całym jego wyglądzie czytało się:

„Powiedziałem ważną rzecz, teraz czekam, aż się ze mną zgodzisz”.

Kelnerka cicho się wycofała, szeroko otwierając oczy.

Odprowadziłam ją wzrokiem i nawet trochę zazdrościłam — ona mogła po prostu odejść.

— Paweł — zaczęłam ostrożnie, starając się zachować spokój — ale przecież umawialiśmy się właśnie w kawiarni.

— Nie — poprawił.

— Umawialiśmy się na spotkanie.

A kawiarnia to już twoja inicjatywa.

Nie jestem zobowiązany płacić za cudze fanaberie.

Nagle poczułam się nieswojo.

Nawet nie moralnie, a fizycznie.

Jakby przestrzeń wokół zmniejszyła się: ściany się przybliżyły, powietrze stało się cięższe, a sufit opadł niżej.

Pod palcami czułam obrus i z jakiegoś powodu wydawało się, że jest wilgotny, choć w rzeczywistości był zupełnie suchy.

Chciałam natychmiast wstać i odejść, ale nogi jakby stały się z ołowiu.

— W ogóle to ja nie prosiłam o opłacenie mojego zamówienia — powiedziałam spokojnie.

— Zamierzałam rozliczyć się sama.

Machnął niedbale ręką, jakby odganiał natrętnego owada.

— Wszyscy najpierw tak mówią.

A potem okazuje się, że portfel został w domu.

Znam ja te sztuczki.

I właśnie w tym momencie coś we mnie ostatecznie się przestawiło.

Jeszcze minutę temu próbowałam go zrozumieć, znaleźć usprawiedliwienie, dobrać właściwe słowa.

A teraz wewnątrz zrobiło się cicho i pusto, jakby z pokoju wyniesiono wszystkie meble.

Przeniosłam wzrok na jego kanapkę.

Szynkowa po brzegach już lekko podeschła i się zawinęła.

Kromki chleba były pokrojone krzywo.

Na folii zostały tłuste ślady od palców.

Zdjęłam torbę z oparcia krzesła i spokojnie wstałam.

— Smacznego — powiedziałam.

Jego twarz natychmiast się zmieniła.

Wargi nerwowo drgnęły, brwi zeszły się na nasadzie nosa, nozdrza się rozszerzyły.

Gwałtownie pochylił się do przodu, a krzesło żałośnie zaskrzypiało.

— Ty dokąd się zbierasz? — głos stał się szorstki.

— Tak po prostu odejdziesz?

Już wkładałam płaszcz.

Ręce nie od razu trafiały w rękawy, ale świadomie się nie śpieszyłam.

Pośpiech oznaczałby, że jego słowa mnie dotknęły.

— Tak i wiedziałem! — rzucał mi w ślad.

— Wszyscy tacy sami!

Jedne „talerzowe pasożytki”!

Tylko by coś dostać!

Ludzie wokół zaczęli się obracać.

Młoda para przy barze, kobieta z laptopem przy ścianie, kelnerka z tacą — wszyscy patrzyli w naszą stronę.

Chciałam zniknąć, zapaść się pod ziemię, ale szłam dalej.

Plecy proste, podbródek uniesiony, krok za krokiem do drzwi.

— Jeszcze przypomnisz sobie moje słowa! — krzyknął na odchodne.

— Normalnych mężczyzn teraz ze świecą nie znajdziesz, a wy wszystko kręcicie nosem!

Drzwi zamknęły się za moimi plecami i jego głos natychmiast się urwał.

Na ulicy mżył deszcz.

Stałam pod daszkiem kawiarni z rozpiętym płaszczem i nie mogłam poradzić sobie z guzikami.

Palce drżały i wyślizgiwały się.

W gardle stała dziwna sucha grudka, przypominająca pogniecioną folię z tej samej kanapki.

Powoli doszłam do metra, usiadłam na ławeczce przy wejściu i wyjęłam telefon.

Lena zdążyła napisać już cztery wiadomości:

„No jak tam przebiega?”

„Przystojny?”

„Co zamówiliście?”

„Gdzie pójdziecie po kawiarni?”

Kilka razy zaczynałam odpowiedź, kasowałam ją i znów pisałam.

W efekcie napisałam tylko jedno słowo:

„Kanapka”.

Prawie od razu przyszedł odpowiedź:

„W sensie?”

Wpisałam:

„On przyniósł na randkę kanapkę w torebce. Biały chleb i szynkową. I oświadczył, że do kawiarni chodzą tylko 'talerzowe pasożytki’”.

Przez minutę Lena nic nie pisała.

Widziałam, jak pojawia się i znika ikonka pisania tekstu.

W końcu przyszła wiadomość:

„Siedź na miejscu. Jadę. Będziemy pić wino i śmiać się”.

Oparłam się o oparcie ławeczki i popatrzyłam na szare niebo.

Krople deszczu skośnie przelatywały obok latarni.

I dopiero wtedy zrozumiałam, że cały ten czas trzymałam ramiona napięte, jakbym oczekiwała ciosu.

Stopniowo wewnątrz zaczęło odpuszczać.

Obok przeszła dziewczyna z papierowym kubkiem kawy.

Odprowadziłam ją wzrokiem.

Zwykła kawa na wynos.

I z jakiegoś powodu nikt nie nazywał jej „talerzowym pasożytkiem”.

A potem niespodziewanie wybuchłam śmiechem.

Cicho, niemal bezgłośnie.

Przez dwa lata bałam się wracać na randki.

Martwiłam się, że odzwyczaiłam się podobać mężczyznom, że powiem coś nie tak, że nowa zmarszczka zepsuje pierwsze wrażenie.

A okazało się, że bać się należało zupełnie czegoś innego.

Kanapki z szynkową, zawiniętej w folię.

Lena przybiegła po pół godziny.

Przemoczona, bez parasola, z dużą torbą ze sklepu, wewnątrz której coś wesoło brzęczało.

— No wszystko, opowiadaj! — zażądała, padając obok.

— Szczegółowo. Potrzebuję wszystkich detali.

Zaczęłam opowiadać.

Najpierw u Leny okrągły się oczy.

Potem drżały wargi.

Potem przykryła usta dłonią i patrzyła na mnie znad palców.

— „Talerzowe pasożytki” — powtórzyła i prawie się udławiła ze śmiechu.

— Nie, no ty tylko sobie wyobraź!

Śmialiśmy się prosto na mokrej ławeczce, nie zwracając uwagi na zdziwione spojrzenia przechodniów.

Lena wyjęła plastikowe kubeczki.

Jak się okazało, w jej torbie, jak zawsze, było wszystko potrzebne, włącznie z korkociągiem.

— Za ciebie — powiedziała, podnosząc kubeczek.

— Za to, że odeszłaś. Wielu by zostało tylko z uprzejmości. Siedzieliby i patrzyli, jak on je swoją kanapkę.

Wyobraziłam sobie ten obraz — Paweł naprzeciwko, skoncentrowanie żujący szynkową, a okruszki spadają na serwetkę — i znowu wybuchnęłam śmiechem do łez.

Do domu wróciłam już późno.

Umyłam się, przebrałam i ułożyłam w kuchni.

Kot od razu wskoczył mi na kolana i pchnął czołem w dłoń.

Mechanicznie głaskałam go i rozważałam, czy usunąć konto z portalu randkowego.

Może od razu jutro.

A może poczekać do poniedziałku.

W tym momencie na telefonie mignęła nowa wiadomość.

Od Pawła.

Pierwszym pragnieniem było nawet nie otwierać jej.

Ale ciekawość zwyciężyła.

„Szkoda, że tak. Jestem normalnym facetem. Po prostu nie lubię, kiedy próbują mnie wycyckać. Oddzwoń, spokojnie pogadamy”.

Spojrzałam na ekran.

Potem na kota, który zadowolony mrużył oczy na moich kolanach.

I bez najmniejszych wątpliwości nacisnęłam:

„Zablokuj”.

Po tym spokojnie wstawiłam czajnik.

I uznałam, że na dziś z mnie wystarczy.