Słońce powoli chowało się za horyzontem.

Czerwcowy wieczór w Mirgorodzie okazał się wyjątkowo cichy i ciepły.

Słońce powoli chowało się za horyzontem,

malując ściany starego domu Stepana i Marii w miękkie, różowe odcienie.

W małej kuchni na kuchence bulgotał ogromny

kocioł barszczu, którego aromat rozchodził się

po całym podwórku i zapowiadał pyszną rodzinną kolację.

Maria właśnie wrzucała do garnka ostatnią szczyptę koperku, gdy drzwi wejściowe nagle otworzyły się z takim hukiem, że kobieta aż drgnęła.

— Mario, nieszczęście! Wszystko przepadło! — Stepan wpadł do kuchni blady jak ściana, ściskając w dłoniach starą blaszaną puszkę po połtawskich cukierkach.

Maria upuściła łyżkę.

Szkarłatne krople barszczu prysnęły na biały fartuch, niczym zły omen.

— Dlaczego wrzeszczysz na całe podwórko? Jakie znowu nieszczęście? Znowu króliki uciekły?

— Gorzej, Mario! Pieniądze! Nasze pieniądze na Truskawiec! — Stepan odwrócił puszkę do góry dnem.

Wypadł z niej tylko samotny liść laurowy, nie wiadomo jak tam trafiając.

— Pusto! Zupełnie pusto!

Maria powoli opadła na taboret, czując, jak serce zaczyna jej trwożnie bić.

— Nie gadaj bzdur, Stepanie. Sam przecież w niedzielę wszystko przeliczałeś. Było tam osiemdziesiąt sześć tysięcy.

Zbieraliśmy dwa lata — odkładaliśmy z każdej emerytury.

Handlowałam serem na targu, żeby choć raz w życiu pojechać do sanatorium, popić leczniczej wody, podleczyć wątrobę.

Wyrwała puszkę z rąk męża, zajrzała do środka, a nawet postukała palcami w dno, jakby miała nadzieję, że pieniądze jakimś cudem przykleiły się do ścianek.

— I tyle z naszego uzdrowiska — wycedziła przez zęby Maria.

— Za trzy dni mamy kupować bilety, a u nas zamiast pieniędzy dziura po obwarzanku.

Gdzie one są, Stepanie? Może znowu zaniosłeś je do garażu? Albo wydałeś na części do swojego „Moskwicza”?

— Mario, co ty wygadujesz?! — oburzył się Stepan. — Po niedzieli nawet nie podchodziłem do tej puszki!

Przecież stała w kredensie za świątecznym serwisem.

Sama mówiła ś — tam bezpieczniej niż w banku!

W tym momencie do kuchni zajrzała synowa Oksana.

W rękach trzymała kuchenny ręcznik, a na jej twarzy malowało się zmieszanie.

— Mamo, tato, co się stało? Słychać was już na ulicy.

— Oksano, pieniądze zniknęły! — Maria pokazała pustą puszkę. — Te na sanatorium. Ktoś je ukradł.

Oksana zamarła w progu.

Jej wzrok nerwowo błądził po pokoju.

— Jakie pieniądze? Te w puszce po cukierkach?

Maria natychmiast się wyprostowała, a jej oczy stały się kłujące.

— A skąd ty wiesz, Oksano, w której dokładnie puszce leżały pieniądze? Nikomu nie mówiłam.

— Przecież sami przy mnie mówiliście miesiąc temu — odpowiedziała zmieszana Oksana.

— Powiedziała mama do Stepana: „Włóż do tej blaszanki, co przywieźliśmy z Połtawy”. Zapamiętałam.

Ale ja jej nawet nie dotykałam! Nie potrzebuję waszych pieniędzy.

— Nie potrzebujesz? — parsknął Stepan. — To dlaczego wczoraj pożyczałaś od sąsiadki Jeleny pięćset hrywien do wypłaty? Widziałem, jak od niej wychodziłaś.

— To było dla Pawlusia! — wybuchnęła Oksana. — Trampki mu się porwały, a Andriej wciąż nie dowozi wypłaty.

Maria ponownie ciężko usiadła na taborecie i uważnie spojrzała na synową.

— Może Pawluś wziął? — ostrożnie zasugerował Stepan. — Teraz dzieci są sprytne, tylko gry w telefonie im w głowie.

— Mój syn nie jest złodziejem! — głos Oksany zadrżał. — On ma dopiero dziewięć lat. Naprawdę myślicie, że mógł ukraść takie pieniądze?

— A gdzie się podziały? — Maria z hukiem postawiła puszkę na stole.

— Wczoraj jeszcze były. Sama czułam, jaka puszka jest ciężka, gdy wycierałam kurze.

— Mario, czy ty teraz i mnie podejrzewasz? — zapytał cicho Stepan.

— Wszystkich podejrzewam! Bo pieniądze same nie znikają. Gdzie jest Andriej? Dlaczego jeszcze nie wrócił z pracy?

— Jest na budowie w Połtawie — odpowiedziała Oksana. — Będzie późno.

— Jak przyjedzie, to porozmawiamy — Maria znów chwyciła chochlę, ale ręce trzęsły jej się tak mocno, że o mało nie wywróciła garnka.

— Dwa lata zbieraliśmy. Nie kupiłam sobie nowej chustki, ty przestałeś jeździć na ryby, bo nawet robaki stały się drogie. I wszystko na marne?

W tym momencie do kuchni wpadł Pawluś.

Twarz chłopca promieniała ze szczęścia, a w rękach trzymał kolorowe pudełko.

— Babciu! Dziadku! Zobaczcie, co mam! Teraz na pewno pojedziecie do Truskawca! Pokazywali w telewizji — jest tam bardzo ładnie!

W kuchni zapadła cisza.

Wszyscy troje jednocześnie wlepili wzrok w dziecko.

— Pawlusiu — ostrożnie zaczęła Maria. — A skąd masz to pudełko? I kto ci powiedział o Truskawcu?

— Dziadek! — radośnie odpowiedział chłopiec. — Mówił, że niedługo pojedziecie pić czarodziejską wodę i znów będziecie młodzi!

Stepan zakaszlał i odwrócił wzrok. Oksana wymownie spojrzała na teściową.

— Widzicie? Dziecko po prostu cieszy się z waszego wyjazdu. A wy już zrobiliście z niego złodzieja.

Pawluś przestał się uśmiechać, wyczuwając ciężką atmosferę.

— Babciu, a co się stało? Nie pojedziecie?

Maria ciężko westchnęła i pogłaskała wnuka po głowie.

— Rozumiesz, słoneczko… ktoś wziął nasze pieniądze. Te, co leżały w puszce.

— Nie mieszaj w to dziecka — cicho powiedziała Oksana.

— Dlaczego nie? Niech wie, że prawda i tak wyjdzie na jaw! — ostro odpowiedziała Maria. — Oksano, pokaż torbę.

— Co?! — Oksana aż zapowietrzyła się z oburzenia. — Chce mnie mama przeszukać?

— Jeśli nie masz nic do ukrycia — pokaż.

Stepan stał milcząc, nie wiedząc, czyją stronę trzymać.

Z jednej strony żona, z którą przeżył czterdzieści lat, z drugiej synowa, która stała się niemal rodzoną córką.

— Mamo, to już przesada… — szepnęła Oksana, ale mimo to wysypała zawartość torby na stół: portfel, klucze, szminkę, zabawkę syna i kilka paragonów.

Pieniędzy tam nie było.

— Teraz mama zadowolona? — Oksana chwyciła rzeczy i wybiegła z kuchni, ledwo powstrzymując łzy.

Stepan podszedł do żony i położył jej rękę na ramieniu.

— Mario, opamiętaj się. To na pewno nie ona. Przecież znasz Oksanę.

— A kto w takim razie?! — Maria zakryła twarz rękami. — Może Andriej? Może znowu wpakował się w jakieś podejrzane interesy?

Wszyscy wiedzieli, że Andriej czasem próbował zarobić łatwe pieniądze, angażując się w ryzykowne przedsięwzięcia.

Ale uwierzyć, że syn mógł okraść rodziców, było strasznie.

Pawluś, który przez cały ten czas stał obok, nagle pociągnął babcię za fartuch.

— Babciu, a pieniądze to takie duże papierki?

— Tak, słoneczko.

— A gdzie ich szukaliście?

— W puszce, która stała w kredensie.

Chłopiec zastanowił się, a potem radośnie klasnął ręką w czoło.

— Aaa! Przecież ona stoi w spiżarni! Na górnej półce za dżemem!

Maria i Stepan wymienili spojrzenia i pobiegli do spiżarni.

Stepan stanął na krześle, odsunął słoiki — i nagle wyciągnął tę samą puszkę.

Otworzył pokrywkę.

W środku w równych paczkach leżały pieniądze.

— Boże… one tu są! — wydechnął Stepan.

Maria przycisnęła puszkę do piersi.

— Ale jak?!

Na progu pojawiła się Oksana.

— Pawlusiu — cicho zapytała. — Czy ty wziąłeś puszkę?

— Uhum — kiwnął głową winny chłopiec. — Myślałem, że tam są cukierki.

Otworzyłem, a tam papierki. Przestraszyłem się, że dziadek będzie krzyczał, i schowałem ją w spiżarni. A potem zapomniałem.

W kuchni zapadła cisza. Stepan nagle wybuchnął śmiechem z ulgi.

Ale Maria stała ze spuszczoną głową — było jej strasznie wstyd.

Wyszła do ogrodu, gdzie na ławce siedziała Oksana.

— Oksano… wybacz mi. Zupełnie straciłam rozum przez te pieniądze.

Przez dwa lata liczyłam każdy grosz, dlatego tak zdziczałam.

Oksana długo milczała.

— Pieniądze się znalazły — to dobrze. Ale niesmak i tak pozostał, mamo.

Maria objęła synową za ramiona.

Wiedziała, że na przebaczenie będzie musiała zapracować czynami.

Wydawałoby się, że to koniec.

Ale rano Maria postanowiła jeszcze raz przeliczyć pieniądze — i nagle krzyknęła:

— Stepanie! Tu brakuje trzech tysięcy!

Stepan zamarł.

— Jak to brakuje?

— Było osiemdziesiąt sześć. A teraz jest osiemdziesiąt trzy!

Stepan zdjął okulary i ciężko usiadł na krześle.

— Pawluś ich na pewno nie wziął… Oksana też nie…

— W takim razie zostaje Andriej — cicho powiedziała Maria.

I w tym momencie na podwórko wjechał samochód. Do domu wrócił Andriej. Zmęczony, ale zadowolony.

Maria milcząc postawiła przed nim puszkę.

— Andrieju… powiedz szczerze. Czy wziąłeś pieniądze?

Syn od razu się napiął.

— Tak… wziąłem — wykrztusił w końcu.

Stepan aż zachłysnął się powietrzem.

— Jak mogłeś?!

— No poczekajcie! — Andriej podniósł ręce.

— U Siergieja, mojego partnera z pracy, dziecko trafiło do szpitala. Pilnie potrzebne były pieniądze na leki.

Wypłatę opóźnili, nie miał ani grosza.

Wziąłem trzy tysiące i zamierzałem je dzisiaj oddać. Zobaczcie, nawet przywiozłem więcej!

Wyjął plik banknotów i położył na stole.

— Tu jest pięć tysięcy. Trzy oddaję, a dwa — dla was ekstra. Na owoce w Truskawcu.

Maria patrzyła na syna, a w jej duszy zmieszały się złość, ulga i wstyd.

— Synku… a gdybyśmy nie znaleźli pieniędzy? Gdybyśmy dalej myśleli o Oksanie?

— Opowiedziałbym o wszystkim wieczorem, mamo. Po prostu chciałem pomóc człowiekowi. Nie mogłem inaczej.

Stepan ciężko odetchnął.

— No i co za rodzinka… Jeden chowa puszkę, drugi pożycza pieniądze, a matka o mało nie oszalała.

Maria nagle uśmiechnęła się przez łzy.

— Wiesz, Stepanie… może to nawet lepiej. Pieniądze to rzecz nabyta.

Ale to, że nasz syn pomógł człowiekowi — to ważniejsze niż jakiekolwiek sanatorium.

Wieczorem cała rodzina znów siedziała przy dużym stole.

Barszcz został w końcu zjedzony, Pawlusiowi obiecano ogromne pudełko prawdziwych cukierków.

A Oksanie Maria podarowała nową chustkę — tę samą, którą od dawna potajemnie dla niej kupiła.

Stepan podniósł szklankę z kompotem.

— Za to, aby w naszym domu znikały tylko nieszczęścia. A pieniądze niech się tylko mnożą. I żebyśmy zawsze pamiętali — jesteśmy rodziną.

Maria patrzyła na bliskich i myślała o tym, jak jedna mała blaszana puszka o mało nie zniszczyła wszystkiego, co budowali przez lata.

I jak ważne jest, aby najpierw porozmawiać ze sobą, zanim wyciągnie się straszne wnioski.