Tamtego wieczoru w kuchni pachniało przypalonym sofritto i środkiem uspokajającym — ulubionym aromatem Tamary Pietrowny, kiedy szykowała się, by pouczać o życiu.
Witalik siedział przy stole, nerwowo tocząc po ceracie okruszek chleba.

Teściowa stała przy oknie, wyprostowana tak, jakby połknęła kij.
— Ola, usiądź — powiedział mąż, nie podnosząc wzroku.
— Musimy przemyśleć na nowo finansową konstytucję naszej rodziny.
Zakrec̨iłam wodę, wytarłam ręce o fartuch i usiadłam naprzeciwko.
Słowo „konstytucja” wyraźnie nie było z repertuaru Witalika.
On zwykle mówił „kasa” albo „hajs”.
To była Tamara Pietrowna.
— I co jest nie tak z naszą konstytucją? — zapytałam, patrząc na teściową.
— Syn pracuje do upadłego — wtrąciła Tamara Pietrowna, nie odwracając się.
— A pieniędzy w domu nie przybywa.
— My tu policzyliśmy… Ola, za dużo wydajesz na bzdury.
— Na jakie? — mój głos był spokojny, choć w skroniach zaczęło pulsować.
— Te manicure, kawa na wynos — Witalik w końcu podniósł wzrok, a w jego oczach falowała urażona mina pięciolatka.
— Ja haruję, zarabiam osiemdziesiąt tysięcy.
— Ty — sześćdziesiąt.
— A żyjemy jak biedaki.
— W skrócie: tak.
— Postanowiłem.
— Przechodzimy na rozdzielny budżet.
— Model europejski.
Przesunął w moją stronę kartkę z zeszytu.
— Czynsz po połowie.
— Jedzenie — każdy dla siebie.
— Chemia, internet — po połowie.
— Reszta — własne pieniądze.
— „Synku, wprowadź rozdzielny budżet, żona cię objada” — zacytowałam zdanie, które przypadkiem usłyszałam tydzień wcześniej, gdy wróciłam z pracy wcześniej.
— To pani pomysł, prawda, Tamaro Pietrowno?
Teściowa zacisnęła usta.
— To pomysł zdrowego rozsądku.
— Dość wysysania z faceta sił.
— Niech każdy żyje za to, co zarobił.
Spojrzałam na męża.
Promieniał.
W myślach już wydawał swoje „uwolnione” miliony na nowe opony do auta i konsole do gier.
Szczerze wierzył, że jestem czarną dziurą, do której wylatuje jego bogactwo.
— Dobrze — powiedziałam.
Witalik mrugnął.
Czekał na histerię.
— Co znaczy „dobrze”?
— Zgadzam się.
— Od jutra.
— Dzielimy lodówkę: górna półka moja, dolna twoja.
— Proszek do prania mam swój, kup sobie paczkę.
— Szampon, pasta do zębów — też.
— No i świetnie — Tamara Pietrowna uśmiechnęła się triumfalnie.
— Wreszcie chłopak będzie miał pieniądze.
Przez pierwsze trzy dni Witalik chodził nadęty jak paw.
Przyniósł do domu paczkę najtańszych parówek, blok tytoniu i zgrzewkę piwa.
— Ucz się oszczędzać, kobieto — rzucił do mnie, upychając parówki na swojej półce.
Milczałam.
Na swojej półce ułożyłam pojemniki z pieczonym indykiem, sałatką warzywną, serkiem śmietankowym i awokado.
Gotowałam teraz tylko jedną porcję.
Zajmowało mi to dokładnie dwadzieścia minut.
Awaria systemu nastąpiła w czwartek.
Siedziałam w kuchni, jadłam kolację.
Witalik wszedł, pociągnął nosem.
— Pachnie kotletami? — zapytał z nadzieją.
— Parowane kotleciki z indyka.
Otworzył lodówkę.
Na jego półce samotnie leżała zaschnięta połówka parówki i śledź w zalewie.
— Słuchaj, Ola, daj mi dwie kotleciki? Jutro kupię jedzenie, dzisiaj nie zdążyłem.
— Jeden kotlet kosztuje sto pięćdziesiąt rubli — odpowiedziałam spokojnie, nie odrywając się od telefonu.
— Zwariowałaś? — trzasnął drzwiczkami.
— Ja jestem twoim mężem czy kim?
— Jesteś partnerem w europejskim modelu budżetu.
— W sklepie dają ci jedzenie za darmo, bo jesteś mężem kasjerki?
Prychnął, zalał sobie zupkę w proszku i pokroił do niej parówki (paczkę znalazł w starych zapasach), po czym poszedł jeść do pokoju.
Słyszałam, jak głośno skarży się komuś przez telefon: „Zdziczała, zimą nie doprosisz się u niej nawet kawałka chleba”.
W drugim tygodniu skończył się papier toaletowy.
Zauważyłam to rano, wyjęłam ze swojej szafki osobistą rolkę i poszłam do pracy.
Wieczorem wróciłam — rolki w toalecie nie ma.
Witalik przywitał mnie wściekły jak pies łańcuchowy.
— Specjalnie schowałaś papier?!
— Wzięłam swój.
— Twój się skończył.
— Na liście wspólnych wydatków „papier” był w rubryce „każdy sam”.
— Zapomniałeś kupić? No bywa.
— W szufladzie są gazety.
Patrzył na mnie z taką nienawiścią, że gdyby wzrokiem dało się palić, zamieniłabym się w kupkę popiołu.
Ale milczał.
Duma nie pozwalała mu przyznać się do porażki.
Pod koniec miesiąca Witalik wyglądał jak zbity pies.
Schudł, nosił nieświeże koszule (kupił najtańszy proszek, który nie dopierał plam, a płyn do płukania uznał za „babską fanaberię”).
Dwudziestego piątego, na trzy dni przed wypłatą, rozbolał go ząb.
Chodził po mieszkaniu, trzymając się za policzek, i jęczał.
— Ola, masz coś przeciwbólowego?
— Proszek jest w apteczce.
— Saszetka — czterdzieści rubli.
— Idź do diabła z tymi rozliczeniami! — ryknął.
— Nie mam pieniędzy, rozumiesz?!
— W ogóle nie mam!
— A gdzie one są? — zdziwiłam się szczerze.
— Przecież zarabiasz osiemdziesiąt tysięcy.
— Czynsz — pięć, jedzenie jadłeś tanie…
— Powinieneś być milionerem.
— Nie twoja sprawa!
— Daj pieniądze na dentystę.
— Pożycz.
— Oddam z wypłaty.
— Pięć tysięcy.
Pokręciłam głową.
— Nie mam wolnych.
— Kupiłam karnet na basen i odłożyłam na urlop.
Wyskoczył z mieszkania, trzasnął drzwiami tak, że posypał się tynk.
Pojechał do mamy.
Wiedziałam, że Tamara Pietrowna da.
Zawsze dawała.
Owszem, potem wyjadała mózg łyżeczką, ale to już nie mój problem.
Dzień X nadszedł pierwszego dnia miesiąca.
Dzień podsumowania.
Witalik wrócił z pracy, rzucił klucze na szafkę.
Za nim weszła Tamara Pietrowna.
Widocznie przyszła sprawdzić, jak go „ogołociłam”.
— No dobra — zaczął mąż.
— Zróbmy bilans.
Wyciągnął pogniecioną kartkę.
— Wydałem… no, w skrócie wydałem wszystko.
— Ceny są kosmiczne.
— Miałaś rację, gotowanie samemu się nie opłaca.
— Wróćmy do tego, jak było.
— Oddaję ci kartę, ty prowadzisz dom.
— Poczekaj — przerwała Tamara Pietrowna.
— A raport Oli?
— Ola, ile zaoszczędziłaś na moim synu?
W milczeniu wyjęłam z torebki teczkę z koszulkami.
— Oto moje wydatki.
— Jadłam świetnie, kupiłam nowe buty, odłożyłam trzydzieści tysięcy.
Teściowa zmrużyła oczy drapieżnie.
— Trzydzieści tysięcy?
— Z pensji sześćdziesięciu?
— To znaczy, że Witalik cię utrzymywał?
— Nie.
— Utrzymywałam się sama.
— A gdzie znikały pieniądze Witalika — to jest ciekawe pytanie.
Otworzyłam drugą stronę.
Wydruk z jego aplikacji bankowej.
Hasła nie zmieniał od lat — data urodzenia mamy.
— Sprawdźmy — przesunęłam palcem po linijkach.
— Wpłata: 82 000.
— Tego samego dnia przelew: „Mamie” — 15 000.
— Trzy dni później: „Mamie na leki” — 5 000.
— Jeszcze tydzień później: „Mamie na remont daczy” — 20 000.
— Razem: w miesiąc Witalik przelał pani, Tamaro Pietrowno, czterdzieści tysięcy rubli.
Wszelkie sprzeciwy skończyły się natychmiast.
— To… — Witalik poczerwieniał aż po cebulki włosów.
— To pomoc.
— Mama mieszka sama.
— Nie mam nic przeciwko pomocy — powiedziałam spokojnie.
— Ale policzmy.
— Oddałeś mamie połowę pensji.
— Zostało czterdzieści.
— Z tego pięć poszło na mieszkanie.
— Zostało trzydzieści pięć.
— Za to żyłeś.
— Jadłeś parówki, chodziłeś pieszo, „strzelałeś” papierosy.
Przewróciłam kartkę.
— A tu wyciąg z zeszłego roku, kiedy budżet był wspólny.
— Co miesiąc znikało 30–40 tysięcy.
— Myślałam, że odkładamy na samochód.
— A sponsorowaliśmy pani działkę, Tamaro Pietrowno.
Teściowa wyprostowała się, a twarz pokryła jej się czerwonymi plamami.
— Nie waż się liczyć cudzych pieniędzy!
— Syn ma obowiązek dbać o matkę!
— A ty co, kombinowałaś?
— Po cichu wypytywałaś?
— Chciałam tylko zrozumieć, czemu mój mąż, zarabiając osiemdziesiąt tysięcy, chodzi w podartych skarpetkach.
— Okazało się, że ma dwie rodziny.
— Jedną ze mną, gdzie je i śpi.
— I drugą z panią, do której nosi wszystkie pieniądze.
— Przesadzasz — burknął Witalik.
— Pomagałem. I co z tego?
— Teraz nie będę.
— Pogódźmy się.
Zamknęłam teczkę.
Klik zamka zabrzmiał jak strzał.
— Nie będzie żadnego „godzenia się”, Witalik.
— Eksperyment się udał.
— Zrozumiałam, jak cudownie się żyje, kiedy nie trzeba utrzymywać dorosłego faceta i jego mamy.
— Wyrzucasz mnie? — osłupiał.
— To też jest moje mieszkanie!
— Nie, kochanie.
— To mieszkanie mojej babci.
— Ty jesteś tu tylko zameldowany.
— Rzeczy możesz spakować teraz albo odebrać później.
— Jutro zmienię zamki.
Spojrzał na matkę.
Tamara Pietrowna stała z zaciśniętymi ustami, ale w jej oczach była panika.
Potrzebowała syna-sponsora, a nie syna-pasożyta, który teraz przyjdzie mieszkać w jej idealnej, czystej kawalerce.
— Ola, po co tak ostro? — głos teściowej stał się aksamitny.
— Jesteście młodzi, dotrzecie się…
— Nie dotrzemy się.
— Chciała pani, żeby syn nie wydawał na mnie pieniędzy?
— Marzenie się spełniło.
— Teraz wszystkie jego pieniądze są tylko pani.
— A on sam — też jest pani bonusem.
Wstałam i otworzyłam drzwi wejściowe.
Z klatki ciągnęło wilgocią i cudzym barszczem.
— Wychodźcie.
— Oboje.
Witalik próbował coś powiedzieć, ale махnął ręką i poszedł do przedpokoju założyć buty.
Wyglądał nie jak mężczyzna, tylko jak duży, obrażony nastolatek, któremu zła wychowawczyni zabrała podwieczorek.
Gdy drzwi się zatrzasnęły, nie poczułam żalu.
Tylko ogromną, dźwięczącą ulgę.
Poszłam do kuchni, otworzyłam lodówkę, wyjęłam słoiczek kawioru, który kupiłam „na święto”, i zrobiłam sobie kanapkę.
Święto nadeszło.
Najlepsze święto w moim życiu.



