— To dla mamy, nie ruszaj! — mąż schował przysmaki do lodówki i zabronił mi oraz dzieciom ich dotykać.

— Natychmiast odłóż to na miejsce! To nie dla ciebie!

Ostra reprymenda męża sprawiła, że wzdrygnęłam się. Pięcioletni Wania z zaskoczenia upuścił opakowanie drogiej kiełbasy wędzonej. Głucho uderzyła o linoleum. Dobrze, że opakowanie nie pękło.

Witia natychmiast podskoczył do syna, podniósł kiełbasę, otrzepał ją o szorty i pośpiesznie schował z powrotem do lodówki. Co więcej, położył ją na najwyższej półce, gdzie dziecko z pewnością nie mogłoby dosięgnąć.

— Witia, czemu tak reagujesz? — zapytałam, mieszając zupę na kuchence. Po kuchni rozchodził się aromat smażonej cebuli. — Dziecko po prostu chciało kanapkę.

— Nic się nie stanie, wytrzyma — rzucił niezadowolony mąż, zamykając drzwiczki starej lodówki, którą kiedyś kupiliśmy na kredyt. — Niech je kaszę gryczaną. W garnku jeszcze jest. To zdrowe.

— Kasza już jest pusta. Kotlety skończyły się wczoraj.

— To ugotuj jajko! — odpowiedział zirytowany i odwrócił się do mnie. — Jesteś w ogóle matką czy nie? Ta kiełbasa jest kupiona dla mamy. I drogi ser też. I czerwona ryba. Jutro ma jubileusz — sześćdziesiąt lat. Specjalnie kupiłem dobre produkty, żeby przygotować godny stół. A wy tylko zobaczycie coś smacznego — od razu wszystko zjadacie.

Wyłączyłam gaz i podeszłam do stołu. Na ceracie widniały stare plamy od herbaty. Wania siedział na taborecie i pociągał nosem, pocierając piąstką swędzące oko.

— Mamusiu, jestem głodny — powiedział cicho.

— Już, słoneczko.

Przesunęłam ręką po jego włosach, pachnących dziecięcym szamponem, wyjęłam chleb i odkroiłam kawałek. Masła zostało bardzo niewiele, więc posmarowałam go cienką warstwą. Do wypłaty jeszcze tydzień. Na wierzch położyłam plasterek najtańszej kiełbasy mortadeli, kupionej w promocji.

Wania od razu zaczął jeść, odgryzając duże kęsy z takim apetytem, jakby dawno nic nie jadł.

Witia patrzył na to z irytacją.

— Widzisz? Je przecież. A mówiłaś, że głodny. Całkowicie rozpuściłaś dzieci.

— Rozpuściłam? — zapytałam, czując, jak w środku wzbiera ciężka złość. — Żyjemy już miesiąc na makaronie i kaszach. Alina ma zniszczone zimowe buty, chodzi w adidasach na mrozie. A ty kupujesz drogi ser i rybę dla swojej matki.

— Mama to świętość! — stwierdził z patosem. — Ona nas wychowała, całe życie poświęciła rodzinie! A ty tylko narzekasz. Pieniędzy nie ma, pieniędzy nie ma… Trzeba lepiej pracować.

— I tak pracuję. na dwóch etatach. A wieczorami jeszcze myję klatki schodowe, żeby jakoś wiązać koniec z końcem. Podczas gdy ty leżysz na kanapie.

— No i się zaczęło… — skrzywił się. — Podłogi myje. Bohaterka.

Machnąwszy ręką, Witia poszedł do pokoju. Po chwili stamtąd dobiegł dźwięk telewizora. Kolejne wiadomości i rozmowy o polityce.

Usiadłam na taborecie i spojrzałam na lodówkę. Na najwyższej półce leżał cały majątek: czerwona ryba, kawior, polędwica, drogie sery. Za taką kwotę moglibyśmy żywić się całą rodziną przez niejeden tydzień.

Wszystko to zostało kupione za jego premię, o której wolał milczeć. Przypadkiem zobaczyłam powiadomienie bankowe w jego telefonie, kiedy był pod prysznicem.

„Wpłata wynagrodzenia: 75 000 hrywien”.

Mnie opowiedział zupełnie inną historię. Utrzymywał, że otrzymał tylko trzydzieści tysięcy, a resztę rzekomo potrącono z powodu kar i jakichś potrąceń.

Teraz stało się jasne, gdzie zniknęły pieniądze.

Po prostu postanowił wydać je na jubileusz swojej matki — Tamary Pietrowny.

Kobiety, która przez wszystkie te lata ani razu nie złożyła wnukom życzeń urodzinowych. Kobiety, która nazywała mnie biedulką i ciągle podkreślała, że jej syn mógł znaleźć sobie lepszą żonę. Kobiety, która posiadała przestronne mieszkanie w centrum miasta, wynajmowała kolejne mieszkanie, ale nigdy nie pomagała nam nawet drobnym datkiem.

Wieczór minął w ciszy. Witia siedział przed telewizorem, ja odrabiałam lekcje z Aliną, a Wania budował coś z klocków na dywanie.

Rano mąż wstał wcześniej od wszystkich, założył odświętną koszulę i zaczął się szykować.

— Pojadę do mamy pomóc z przygotowaniami. Wy przyjedźcie na drugą. I ubierz dzieci porządnie, bo wyglądają ciągle jak sieroty.

Zabrał torby z przysmakami, trzasnął drzwiami i wyszedł.

Zostałam z dziećmi.

W lodówce praktycznie nic nie było: garnek zupy, pół kostki masła i resztki taniej kiełbasy.

Z pokoju wyszła Alina. Ma już czternaście lat. Spojrzała na mnie spode łba.

— Mamo, moje ostatnie rajstopy się podarły. Mogę pójść w dżinsach?

— Oczywiście, że możesz.

— A będziemy jeść?

— Będziemy. Chcesz jeść?

— Nie. U babci zjem. Tata mówił, że tam będzie wystawny stół. Ryba, kawior… Tak dawno nie jadłam czerwonej ryby.

Z bólem ścisnęło mi się serce.

Dziecko marzyło o kawałku ryby.

A jej ojciec wywoził tę rybę matce, której lekarze dawno zabraniali połowy takich produktów.

Zebraliśmy się i pojechaliśmy.

Miałam na sobie jedyną przyzwoitą sukienkę, kupioną wiele lat temu. Zrobiła się już trochę ciasna, ale na nową nie było pieniędzy.

Drzwi otworzyła Tamara Pietrowna.

W aksamitnym szlafroku, z bujną fryzurą i zapachem drogich perfum.

— O, wreszcie przyjechaliście. Wchodźcie. Tylko ciszej, boli mnie głowa.

W pokoju stał pięknie nakryty stół. Biały obrus, kryształowe kieliszki, świąteczna zastawa.

Ale dania na stole okazały się dość skromne: gotowane ziemniaki, zwykły śledź z cebulą, sałatka jarzynowa, winegret i pieczony kurczak.

Zdezorientowana rozglądnęłam się.

— A gdzie cała reszta?

— Co dokładnie? — zapytała zdziwiona teściowa.

— Ryba. Kawior. Polędwica. Drogie sery. Witia przecież przywiózł.

Witia siedział obok matki i nagle wyraźnie się zdenerwował.

— Aaa, to… — machnęła niedbale ręką Tamara Pietrowna. — To mój prezent. Schowałam wszystko do lodówki. Po co stawiać na stół? Wy i tak nie docenicie. Dzieci rozniosą, pobrudzą. A mi starczy na długo. Będę rano robić kanapki do kawy.

Zadzwoniło mi w uszach.

Obok siedziała Alina, która tak marzyła o spróbowaniu tej ryby. Widziałam, jak mocno zacisnęła widelec.

— To znaczy, że nawet tego nie spróbujemy? — zapytałam powoli. — Witia wydał pieniądze rodziny, podczas gdy dzieci dojadały tanią kiełbasę. I wszystko to tylko po to, żeby pani schowała produkty przed własnymi wnukami?

— Nadia, milcz! — zerwał się Witia. — To moja premia! Moje pieniądze!

— Twoje? Mamy kredyt hipoteczny. Długi za media. Córka nie ma butów zimowych. A ty kupujesz matce przysmaki za dziesiątki tysięcy?

— Nie waż się liczyć, kto co je! — krzyknęła teściowa. — Zawsze wiedziałam, jaka jesteś! Przyszłaś do gotowego domu i jeszcze masz pretensje!

— Do gotowego domu? — nerwowo zaśmiałam się. — Pracuję bez dni wolnych. Myję podłogi, żeby kupić waszym wnukom owoce. A wy chowacie przed nimi jedzenie.

— Nic im się nie stanie! Zjedzą ziemniaki!

W tym momencie Alina wstała od stołu.

— Nie chcę ziemniaków. Chcę do domu.

Wania zaczął płakać.

— Zbieramy się — powiedziałam do dzieci. — Wychodzimy.

— Usiądź na miejscu! — krzyknął Witia. — Nie rób mi wstydu!

— Nie robię ci wstydu. Po prostu nie chcę już uczestniczyć w tym upokorzeniu.

Wyszliśmy do przedpokoju.

Witia wybiegł za nami.

— Jeśli teraz wyjdziesz, to do domu nie wrócisz! Wymienię zamki!

— Mieszkanie jest zarejestrowane na mnie. I kredyt hipoteczny też płacę ja. Więc zamki będę wymieniać właśnie ja.

Ubraliśmy się i skierowaliśmy do wyjścia.

Teściowa krzyczała za nami o niewdzięczności i bezsumienności.

— Jeszcze będziesz żałować! Komu jesteś potrzebna z dwójką dzieci? — rzucił Witia na odchodne.

— Swoim dzieciom jestem potrzebna. Sobie jestem potrzebna. A mężczyźnie, który odbiera kawałek jedzenia własnym dzieciom dla kaprysów matki — nie.

Na zewnątrz było mroźno i wietrznie.

— Mamo, a czy my naprawdę nigdy nie spróbujemy tej ryby? — zapytała cicho Alina.

Wyjęłam telefon, otworzyłam aplikację bankową i sprawdziłam dostępny limit kredytowy.

Zostało pięć tysięcy hrywien.

— Spróbujemy. Jeszcze dziś. Kupimy rybę, tort i wszystko, co tylko zechcemy.

— A tata?

— A tata niech je ziemniaki. Razem ze swoją mamą.

Tego wieczoru urządziliśmy prawdziwe święto w naszej małej kuchni. Kupiłam pstrąga, dobre wędliny, ulubiony ser Aliny i duży tort. Śmialiśmy się, oglądaliśmy komedię i pierwszy raz od długiego czasu czuliśmy się szczęśliwi.

Witia nie przyszedł.

Nawet nie zadzwonił.

W nocy przyszło powiadomienie z banku.

„Odrzucenie transakcji. Niewystarczające środki”.

Próbował zapłacić za taksówkę moją kartą i nie wiedział, że zablokowałam ją od razu po wyjściu od teściowej.

Następnego dnia złożyłam dokumenty rozwodowe.

Tydzień później Witia pojawił się na progu ze zwiędłym bukietem i paczką kaszy gryczanej w rękach. Prosił o wybaczenie, zapewniał, że matka nastawiła go przeciwko rodzinie, mówił, że wszystko zrozumiał.

Ale przed oczami miałam twarze dzieci przy świątecznym stole, gdzie zamiast obiecanych przysmaków leżały same ziemniaki.

— Nie, Witia. Wracaj do mamy. Tam na ciebie czekają. I ryba też.

Po tych słowach zamknęłam drzwi.

Na wszystkie zamki.