W wieku 51 lat zaprosiłem na randkę kobietę, która w ankiecie podała, że ma 40 lat.

Już po pół godziny zrozumiałem, że wieczór

potoczy się zupełnie inaczej niż planowałem.

Nazywam się Vadim, mam pięćdziesiąt jeden lat

i, szczerze mówiąc, moje relacje z randkowaniem

przez internet wciąż są skomplikowane.

Wydawałoby się, że jestem dorosłym człowiekiem.

Za kierownicą czuję się pewnie, przeszedłem

przez kredyt hipoteczny, przeżyłem rozwód.

Odróżnię dobrą część zamienną od taniej podróbki na pierwszy rzut oka.

A kiedy kobieta wpisuje w ankiecie czterdzieści lat, a na zdjęciu nie wiadomo — czy rzeczywiście wygląda młodziej, czy filtry czynią cuda — tutaj zaczynam się gubić.

Po rozwodzie długo w ogóle nie myślałem o nowych relacjach.

Najpierw chciałem po prostu pożyć spokojnie po rodzinnych burzach.

Potem przyzwyczaiłem się do samotności.

A potem niespodziewanie zauważyłem, że przyzwyczaiłem się zbyt mocno: jadam kolację sam, telewizor pracuje dla jednego widza, a rozmawiać muszę sam ze sobą.

W pewnym momencie zrozumiałem: czas wracać do normalnego życia.

Do klubów i barów już mnie nie ciągnęło — wiek nie ten, żeby udawać zdobywcę parkietów.

Zresztą stawy teraz ceni się znacznie bardziej niż w młodości.

Dlatego zarejestrowałem się na portalu randkowym.

W ankiecie od razu napisałem szczerze:

„Mam 51 lat. Chciałbym poznać kobietę w wieku około czterdziestu lat. To moje preferencje, więc z góry proszę bez urazy”.

Rozumiem, brzmi to niezbyt romantycznie.

Ale postanowiłem, że lepiej powiedzieć wszystko od razu, niż później udawać zakłopotanie.

Nie chodzi o to, że kobiety w moim wieku są czymś gorsze.

Po prostu wiele z nich jest już tak zmęczonych życiem, że na pierwszej randce nieświadomie zaczynają szukać jednocześnie męża, majstra od wszystkiego, osobistego psychologa i sponsora remontu.

I pewnego razu napisała do mnie Lena.

W profilu było zaznaczone — czterdzieści lat.

Na zdjęciach przyjemna kobieta: ciemne włosy, spokojny uśmiech, żywe oczy.

Nie fotomodelka, i to mnie tylko ucieszyło.

Z modelkami mam w ogóle skomplikowane relacje — wydaje mi się, że z góry są gotowe wysuwać pretensje, nawet jeśli jeszcze nic nie zdążyłeś zrobić.

Korespondowaliśmy przez kilka dni.

Lena odpowiadała lekko i swobodnie.

Nie znikała na całą dobę po każdej wiadomości i nie urządzała przesłuchania od pierwszych minut: czy jest mieszkanie, jaki samochód, ile płacę alimentów.

Spodobało mi się to.

Pomyślałem, że w końcu spotkałem normalnego człowieka.

Zaproponowałem spotkanie w kawiarni.

Nie w pełnej przepychu restauracji z kelnerami, którzy patrzą na gości tak, jakby ci byli im winni pieniądze, a w zwykłym przytulnym miejscu w centrum miasta.

Tam i kawa jest świetna, i jedzenie całkiem ludzkie.

Jak zawsze przyjechałem wcześniej.

Nie cierpię się spóźniać — od razu czuję się jak uczeń, który zapomniał dziennika w domu.

Usiadłem przy oknie, zamówiłem butelkę wody, poprawiłem koszulę.

Nawiasem mówiąc, koszulę prasowałem samodzielnie.

Do tej pory uważam to za swoje osiągnięcie.

Prawda, jeden rękaw wyszedł tak osobliwy, że przypominał kontur jakiegoś województwa na mapie, ale pod marynarką nikt tego nie widział.

Po kilku minutach przyszła wiadomość:

„Jestem już przy kawiarni”.

Podniosłem wzrok na wejście.

Do lokalu weszła kobieta.

Najpierw uznałem, że po prostu jest podobna do Leny ze zdjęć.

Potem nieznajoma uśmiechnęła się i pewnie skierowała do mojego stolika.

Na zdjęciach była kobieta, której na oko można było dać około czterdziestu lat.

Przede mną zaś stała dama wyraźnie starsza.

Nie staruszka, oczywiście, nie warto przesadzać.

Ale i do czterdziestki było jej daleko.

Chodziło nawet nie o zmarszczki czy dłonie — po prostu wieku nie da się całkowicie ukryć.

Jest zmęczenie, którego nie usunie żaden filtr.

Podeszła do stolika i uśmiechnęła się:

— Vadim?

— Tak — odpowiedziałem. — Lena?

— Oczywiście, a któż by inny?

Spokojnie usadowiła się naprzeciwko, zdjęła płaszcz i zachowywała się tak, jakby wszystko, co się dzieje, było absolutnie naturalne.

Starałem się zachować uprzejmy wyraz twarzy.

Nigdy nie lubiłem stawiać ludzi w niezręcznej sytuacji.

Sam doskonale rozumiem, że daleko mi do przystojniaka: brzuch już nie ten, włosy wyraźnie przerzedziły się, okulary coraz częściej okazują się bardziej potrzebne, niż bym chciał.

Ale przy tym nie pisałem w ankiecie, że mam trzydzieści dziewięć lat i jestem instruktorem fitnessu.

— Nieco różnisz się od zdjęć — zauważyłem ostrożnie.

Ona tylko machnęła ręką:

— Tak, to stare zdjęcia. No i co? Wszyscy tak robią.

I właśnie to „wszyscy tak robią” jakoś od razu mnie zaniepokoiło.

Zazwyczaj właśnie tą frazą ludzie usprawiedliwiają wszystko.

Podszedł kelner.

Zamierzałem ograniczyć się do kawy, a Lena pewnie otworzyła menu i zaczęła studiować je tak, jakby przyszła nie na randkę, a świętować ważne wydarzenie.

— Chyba wezmę sałatkę z owocami morza, potem stek… A jakie czerwone wino mogą panowie polecić?

Kelner ożywił się.

Ja, szczerze mówiąc, też ożywiłem się, ale zupełnie z innego powodu.

— Zamierzasz pić wino? — uściśliłem.

— A dlaczego nie? Przecież mamy randkę.

— Jestem za kierownicą.

— No to ty nie pij. Ja wypiję za nas dwoje.

Powiedziała to lekko i swobodnie.

Prawie z uśmiechem.

Jakbym oznajmił, że nie lubię truskawek, a ona postanowiła pomóc mi poradzić sobie z tym problemem.

Zamówiłem kawę i zwykłą zupę.

Tak, zupę na randce.

Lena zdziwiona spojrzała na mnie:

— Nawet normalnie nie będziesz jadł?

— Nie mam apetytu.

W rzeczywistości byłem głodny.

Po prostu ostrożność w tamtej chwili przeważała nad chęcią jedzenia.

Podczas oczekiwania na zamówienie głównie mówiła ona.

Opowiadała o byłym mężu, którego nazywała skąpym człowiekiem, narzekała na mężczyzn z portali randkowych, oburzała się tym, że wszyscy chcą młodych piękności.

Od czasu do czasu kiwałem głową:

— Rozumiem.

Chociaż, szczerze mówiąc, nie rozumiałem wszystkiego.

I nagle powiedziała:

— Przy okazji, nie mam czterdziestu lat.

Nawet trochę się ucieszyłem.

Pomyślałem, że teraz szczerze się przyzna, przeprosi i spokojnie będziemy kontynuować rozmowę.

— A ile masz?

— Czterdzieści siedem.

Powiedziała to tak, jakby pomyliła się nie o siedem lat, a przypadkowo pomyliła kolor filiżanki.

Milczałem.

— Co tak patrzysz? — zdziwiła się. — Przecież masz pięćdziesiąt jeden lat. Już nie jesteś młodzieńcem.

— To prawda — zgodziłem się. — Ale od razu napisałem, kogo szukam. A ty podałaś zupełnie inny wiek.

— Gdybym uczciwie napisała czterdzieści siedem, nawet byś nie odpisał.

— Możliwe.

— No właśnie. Czyli zrobiłam wszystko dobrze.

Nawet uśmiechnąłem się.

Nie ze złości — po prostu logika wydała mi się dziwna.

Z serii: „znak zakazuje skrętu, ale jeśli bardzo się chce, to można”.

— Lena, ale to przecież i tak oszustwo.

Spokojnie wzruszyła ramionami:

— To nie oszustwo. To kobieca przebiegłość.

Chciałem wytłumaczyć, że przebiegłość i kłamstwo to nie to samo.

Ale w tym momencie przyniesiono jej już stek, a kelner postawił talerz z tak uroczystą miną, jakbyśmy mieli rodzinny jubileusz.

Lena jadła z przyjemnością.

Wino też wyraźnie jej smakowało.

Piłem swoją kawę i czułem się zbyt poważnym człowiekiem na cudzym święcie.

Po dwudziestu minutach całkowicie się rozluźniła.

— Jesteś dobrym mężczyzną, Vadim — powiedziała. — Spokojny, niezawodny. To od razu widać.

— Znamy się zaledwie pół godziny.

— Kobieta takie rzeczy czuje.

Prawie wyrwało mi się z języka: „A mężczyzna, najwyraźniej, płaci?”.

Ale wychowanie jednak zwyciężyło.

Kiedy przyniesiono rachunek, Lena nawet na niego nie spojrzała.

Spokojnie odchyliła się na oparcie krzesła i zaczęła malować usta.

Otworzyłem folder i zobaczyłem sumę.

Na jej tle moja zupa wyglądała jak biedny krewny na bogatym rodzinnym przyjęciu.

— Lena, proponuję, żeby każdy zapłacił za swój rachunek — powiedziałem spokojnie.

Zamarła i powoli zamknęła pomadkę.

— Co znaczy — swój?

— To, co znaczy. Ja płacę za swoje, ty — za swoje.

— Mówisz poważnie?

— Absolutnie.

— Mężczyzna zaprasza kobietę, a potem proponuje jej płacić samej?

— Mężczyzna zapraszał jedną kobietę. A na spotkanie przyszła druga. Do tego zamówiła wszystko, co chciała, nawet nie pytając mnie o zdanie.

Zaczerwieniła się, ale nie ze zakłopotania, a z irytacji.

— Czyli wszystko przez wiek?

— Nie tylko. Przez to, że znajomość zaczęła się od nieprawdy.

— Tak, wszyscy jesteście tacy sami! Wam trzeba młodych, a kobietom przychodzi kombinować.

— Kobieta do niczego nie jest zobowiązana — odpowiedziałem. — Ale i ja nie jestem zobowiązany płacić za konsekwencje cudzej „przebiegłości”.

Gwałtownie chwyciła torebkę.

— Małostkowy z ciebie człowiek, Vadim.

Wtedy nawet zrobiło mi się śmiesznie.

Przez całe życie nazywano mnie różnie, ale skąpym za odmowę płacenia za stek kobiety, która ukryła swój prawdziwy wiek, jeszcze nikt nie nazywał.

Zawołałem kelnera:

— Bądź uprzejmy, podziel rachunek.

Kelner zrobił minę człowieka, który widział już wszystko na świecie i dawno przestał się czemukolwiek dziwić.

Lena w milczeniu zapłaciła kartą.

Potem wstała i rzuciła na odchodnym:

— Tak i zostaniesz sam.

Te słowa zabolały mnie bardziej, niż się spodziewałem.

Ponieważ trafiła w czuły punkt.

Rzeczywiście byłem sam.

Szybko odeszła, nawet nie zapinając płaszcza.

Zostałem siedząc przy oknie.

Dopiłem wystygłą kawę.

Potem dojadłem zimną zupę — nie marnować przecież dobra.

Takim już jestem romantykiem.

Na ulicy już gęstniał zmrok.

Ktoś szedł za rękę, ktoś śmiał się, ktoś kłócił przez telefon.

Patrzyłem na przechodniów i myślałem: może rzeczywiście stałem się zbyt zasadniczy?

Może warto było machnąć ręką?

No skłamała kobieta, no zamówiła drogi obiad.

Zdarza się.

Ale potem znów przypomniałem sobie jej frazę:

„Znaczy, zrobiłam dobrze”.

I zrozumiałem: wcale nie chodziło o wiek.

Mam pięćdziesiąt jeden lat.

Od dawna nie gonię za ideałem.

Sam doskonale znam swoje wady: kręgosłup czasem przypomina o wieku, młodzież okresowo irytuje, a obecność trzech aparatów w telefonie do tej pory pozostaje dla mnie zagadką.

Ale chcę, żeby relacje zaczynały się uczciwie.

Niech kobieta ma czterdzieści siedem lat.

Niech pięćdziesiąt pięć.

Niech za plecami ma byłego męża, dzieci, zmarszczki i złośliwego kota, który nienawidzi mężczyzn.

Wszystko to nie jest straszne.

To życie.

Straszne jest co innego.

Kiedy znajomość zaczyna się od kłamstwa, między dwojgiem ludzi od razu pojawia się trzeci uczestnik — to właśnie kłamstwo.

I potem już nie da się zrozumieć, gdzie kończy się mała nieprawda, a zaczyna się cała reszta.