— Nie będzie pani miała nic przeciwko, jeśli trochę popłaczę?
Nie zdążyłam nawet odpowiedzieć.

Łzy już spływały po jej policzkach — cicho, bez histerii.
Ocierała oczy rogiem wełnianej chusty z długimi frędzlami, ściskając ją tak, jakby próbowała wraz z wełną wycisnąć z siebie cały skumulowany ból.
Pociąg płynnie ruszył.
W przedziale zapachniało zupką błyskawiczną, a za oknem powoli przepływał peron.
Jechałam do córki.
W torbie miałam kiszone ogórki w słoiku, placek z kapustą i ogromne pragnienie, by spędzić podróż w spokoju.
Wyznania obcych ludzi z pewnością nie mieściły się w moich planach.
Ale kobieta już mówiła, przeskakując z myśli na myśl i ciągle pytając:
— Rozumie pani?
I z jakiegoś powodu niemożliwe było, by jej odmówić.
Miała na imię Rita.
Szczupła, zadbana, nawet w domowych kapciach wyglądała na zebraną.
Jasnobrązowe włosy miała schowane pod chustą, a podczas rozmowy lekko przechylała głowę na bok, jakby uważnie przysłuchiwała się niewidzialnemu rozmówcy.
Pracowała jako weterynarz w gospodarstwie gdzieś pod Penzą.
Rozmowa szybko zeszła na jej męża.
— Mąż od razu przejmuje kontrolę nad moją pensją — opowiadała Rita, poprawiając pled na kolanach.
— Nie to, żeby siłą zabierał, rozumie pani?
— Po prostu mamy jedną kartę, a o wszystkim decyduje on.
— W pracy mogę zamówić paszę dla krów, ale zwykłych rajstop dla siebie nie mam prawa kupić bez jego zgody.
Słuchałam, mieszając cukier w szklance, i myślałam: historia stara jak świat.
Mąż zarządza finansami, żona oszczędza na sobie i cieszy się z każdego grosza.
Podobne opowieści słyszałam setki razy.
Nic nowego.
Rita już się rozgadała.
Opowiadała, jak mąż sprawdza paragony po zakupach, jak kiedyś zrobił awanturę o krem do rąk.
— Powiedział: „Po co ci ten krem? Ręce ci odpadają?” — wspominała z goryczą.
Kiwałam głową, dolewałam jej herbaty z termosu i myślałam, że krem to jeszcze drobnostka.
Gdyby tak spróbowała kupić zimowe buty bez pozwolenia…
A wtedy Rita powiedziała mimochodem:
— On też uwielbia wędkować.
— W każdy weekend jeździ na Surę, na zbiornik Surski.
— Mówi, że ma tam swoje „zaklepane” miejsce i że bez wędkarstwa po prostu się udusi.
Łyżeczka zadzwoniła o szklankę.
Powoli odłożyłam ją na stół i po raz pierwszy uważnie spojrzałam na swoją rozmówczynię.
Sura.
Zbiornik.
Zaklepane miejsce.
Przypadek, oczywiście.
Pół regionu łowi ryby na Surze.
Ciężko westchnęłam i sięgnęłam do torby po zupkę.
— A poza tym — Rita podniosła zaczerwienione oczy — ma silną alergię na koty.
— Kiedyś zaproponowałam, żeby wziąć kotka, a on od razu: „Chcesz, żebym przedwcześnie zszedł z tego świata? Przecież gardło mi puchnie!”
Nawet nie wyjęłam zupki.
Powoli schowałam ręce pod koc.
Palce nagle stały się zimne i nieposłuszne, jak po silnym mrozie.
Wędkarstwo na Surze.
Alergia na koty.
I to zdanie…
„Chcesz, żebym przedwcześnie umarł?”
Słyszałam je tyle razy, że mogłabym wypowiedzieć je z zamkniętymi oczami.
— Czy pani mąż — zapytałam ostrożnie — przypadkiem nie powtarza: „Wszystko to robię dla nas”?
Rita drgnęła.
— Skąd pani wie?
— Wszyscy mężczyźni są tacy sami — odpowiedziałam cicho i odwróciłam się do okna.
Za szybą migały rzadkie światła stacji, a w odbiciu zobaczyłam swoją twarz — kobietę z zaciśniętymi ustami i wyostrzonymi kośćmi policzkowymi.
Obcą, postarzałą, szarą, jak to życie, z którego wyrwałam się kilka lat temu.
Rita mówiła dalej.
Nalała mi jeszcze herbaty, sobie też, i już spokojniej opowiadała o tym, co długo w sobie nosiła.
Pociąg się kołysał.
Za oknem przemykały pola, czasem pojawiały się samotne latarnie przy przejazdach.
— Najpierw odciął mnie od przyjaciółek — westchnęła.
— Mówił, że mi zazdroszczą i celowo nastawiają przeciwko niemu.
— Miałam Swietkę, przyjaźniłyśmy się od pierwszej klasy.
— I wiesz, w końcu sama przestałam do niej dzwonić.
— Nie zabraniał mi — sama zdecydowałam, że jest moim wrogiem.
— Do dziś nie rozumiem, jak on to osiągnął.
A ja rozumiałam.
Znałam ten mechanizm aż za dobrze.
Bo sama kiedyś przeszłam przez to samo.
Najpierw wszystko zaczyna się niewinnie, przy kolacji:
— A po co ta Galia ciągle do ciebie wydzwania?
— Nie wydaje ci się, że za bardzo wtrąca się w nasze życie?
Potem rozmowy stają się bardziej natarczywe:
— Po spotkaniach z nią zawsze wracasz zdenerwowana.
— Przecież widzę.
A potem zaczyna się ciężka uraza, ciągnąca się przez cały wieczór:
— Wybieraj: albo ja, albo twoje przyjaciółki.
Wybrałam jego.
Wtedy szczerze wydawało mi się, że tak wygląda prawdziwa miłość, że dla męża można zrezygnować ze wszystkiego.
Nawet z Gulii — mojej Gulii, z którą przyjaźniłyśmy się jeszcze od czasów technikum.
Ona przez cały ten czas czekała na mnie.
A potem, kiedy w końcu odważyłam się odejść, to właśnie ona przyjechała do mojego maleńkiego wynajmowanego pokoju i siedziała obok do późnej nocy.
Płakałyśmy we dwie i jadłyśmy zimne gotowane mięso rękami, bo w pokoju zwyczajnie nie było widelców.
— A on ciągle powtarza — Rita ściszyła głos niemal do szeptu — że jego pierwsza żona była szalona.
— Spakowała rzeczy do torby i odeszła.
— Po prostu wzięła i wyszła, bez wyjaśnień.
— Mówi: „Tyle dla niej zrobiłem, a okazała się niewdzięczna”.
Zaparło mi dech w piersiach.
Nawet się nie poruszyłam.
Po prostu zastygłam, jak człowiek, który nieoczekiwanie usłyszał w cudzej rozmowie własne imię.
Bo tą „szaloną” żoną byłam ja.
Tą, która spakowała rzeczy, byłam ja.
Tą niewdzięczną — też byłam ja.
Stepan opowiadał o mnie.
Swojej nowej żonie.
Tym samym tonem i tymi samymi słowami, którymi wcześniej opowiadał mi o swojej matce, sąsiadach i w ogóle o całym świecie, który, jak mu się wydawało, był mu coś winien.
— Nie jest szalona — powiedziałam cicho.
— Po prostu była zmęczona.
Rita spojrzała na mnie zdziwiona i lekko przechyliła głowę.
— Skąd pani to wie?
— Zna pani ją?
Milczałam.
Piłam herbatę małymi łykami, parzyłam się i nadal milczałam.
Z dolnej półki naprzeciwko obserwowała nas starsza kobieta o imieniu Natalia.
Wsiadła na poprzedniej stacji i do tej pory nie wypowiedziała ani słowa.
Po prostu leżała, podłożywszy rękę pod głowę, i słuchała naszej rozmowy.
Rita wyjęła telefon.
— Chce pani zobaczyć?
— To mój mąż.
Na zdjęciu był Stepan.
Postarzały, z krótkimi siwymi włosami zamiast kiedyś ciemnych, w koszuli, którą kiedyś kupiłam mu na targu.
I wciąż to samo spojrzenie — miękkie, dobre, prawie czułe.
Właśnie tym spojrzeniem potrafił zjednać sobie każdego człowieka.
Spokojnie postawiłam szklankę na stoliku.
Ku mojemu zdziwieniu ręce mi nie drżały.
Byłam pewna, że zacznę się denerwować, ale nic takiego się nie stało.
Wszystko już dawno się wydarzyło.
Nie było się czego bać.
Zbyt dobrze wiedziałam, jak skończy się ta historia, bo sama kiedyś ją przeżyłam.
— To pani mąż? — zapytałam cicho.
— Tak, Stepan — uśmiechnęła się Rita tym szczególnym uśmiechem, którym uśmiecha się do człowieka, którego jeszcze nie zdążyło się ostatecznie odkochać.
— Jest dobry.
— Po prostu ma trudny charakter.
Potem Rita przyznała, że tydzień temu mąż popchnął ją tak mocno, że spadła z krzesła.
A potem jeszcze stwierdził, że to jej wina — doprowadziła go.
Pokazała mi siniaka na ramieniu.
Żółtawo-zielony, już prawie schodzący.
W nocy, podczas gdy Stepan spał, spakowała rzeczy i wyjechała do matki.
Ale nawet teraz nie była pewna, czy nie wróci.
Bo on dzwoni, płacze, prosi o wybaczenie i obiecuje, że to już nigdy się nie powtórzy.
Oczywiście, nie powtórzy się.
Do następnego razu.
Słuchałam jej i myślałam o tym, że Stepan nigdy mnie nie bił.
Pozbawiał mnie pewności siebie, upokarzał, stopniowo izolował od wszystkich bliskich, ale rąk nie wyciągał.
Ricie poszczęściło się mniej.
A następną kobietę, jeśli się pojawi, prawdopodobnie uderzy wcześniej i mocniej.
Bo granice za każdym razem się przesuwają, a człowiek przyzwyczajony do władzy zawsze potrzebuje więcej.
Wiedziałam to nie z książek ani programów telewizyjnych.
Wiedziałam to z własnego życia.
I z historii kobiet z fabryki, które przychodziły na zmianę w długich rękawach nawet w letnie upały.
Natalia na dolnej półce wsparła się na łokciu.
— Moja droga — powiedziała łagodnie do Rity — uciekaj od niego.
— Całe życie milczałam przy moim mężu.
— A teraz zostałam sama.
— I jedyne, czego żałuję, to że znosiłam to zbyt długo.
Rita spojrzała najpierw na Natalię, potem na mnie.
Wzięłam głęboki oddech i powoli wypuściłam powietrze.
— Rita — powiedziałam — to ja jestem tą „szaloną” pierwszą żoną.
Rita zdumiona wpatrywała się we mnie, jakby próbowała zrozumieć, czy nie żartuję.
W przedziale panowała cisza.
Słychać było tylko stukot kół i czyjeś senne chrapanie z sąsiedniego przedziału.
— Co? — szepnęła.
— Stepan to mój były mąż.
— Żyłam z nim, dopóki córka nie poszła do szkoły średniej.
— Zabierał moją pensję.
— Odizolował mnie od przyjaciółek.
— Mówił mi dokładnie te same słowa, co tobie.
— „Czy nie rozumiesz, że robię to wszystko dla nas?”
— Słowo w słowo.
Rita pokręciła głową.
— Nie… Nie, to niemożliwe.
— Pewnie przypadek.
— Rita, po mnie miał jeszcze jedną kobietę.
— Między mną a tobą — jeszcze jedną.
— Odeszła bardzo szybko, nie wytrzymała z nim nawet jednej zimy.
— Opowiedzieli mi o tym wspólni znajomi.
— Wszystkim swoim kobietom powtarza jedno i to samo: że poprzednia była nienormalna, że on jest ofiarą okoliczności i że wszystko robi „dla rodziny”.
— Ma to już dawno wypracowane.
— Proszę — Rita przycisnęła chustę do twarzy.
— Wystarczy.
— Nie chcę już tego słyszeć.
— Możesz wrócić — westchnęłam ciężko — ale za pół roku znowu coś zrobi.
— Jeszcze boleśniej.
— Jeszcze straszniej.
— Nie chcę cię straszyć, ale ten człowiek jest zdolny do wielu rzeczy.
— I pewnego dnia może nadejść moment, kiedy niczego już nie da się naprawić.
— Dokładnie! — poparła mnie Natalia.
Rita zerwała chustę z głowy, zgniotła ją i schowała twarz w poduszce.
Natalia w milczeniu podała jej butelkę wody.
A ja siedziałam, oparta o ściankę, i nagle zrozumiałam, że po raz pierwszy od całego wieczoru przestałam ciężko wzdychać.
Oddychałam spokojnie.
Głęboko.
Tak oddycha się po ciężkiej pracy, kiedy wszystko jest już zakończone i można wreszcie wyprostować plecy.
Kiedy za oknami pojawiły się światła przedmieść stolicy, Rita już nie płakała.
Siedziała, obejmując kolana, powoli piła wodę i milczała.
Na mnie już nie patrzyła.
Natalia wysiadła jeszcze w nocy, krótko kiwając nam obu na pożegnanie.
Do samej stolicy z Ritą nie zamieniłyśmy już ani słowa.
Na peronie wzięła swoją torbę w kratę, poprawiła wełnianą chustę z frędzlami i zniknęła w tłumie.
Stałam ze słoikiem ogórków i siatką, w której był placek, i długo patrzyłam za nią, aż w końcu zniknęła mi z oczu.
Córka odebrała mnie na dworcu, mocno przytuliła i zaprowadziła do metra.
Uśmiechałam się, opowiadałam o podróży i pociągu.
O Ricie nie powiedziałam ani słowa.
Po wizycie u córki wróciłam do Penzy — do swojej fabryki i znanego hałasu maszyn do szycia.
Czasami wracała do mnie twarz Rity.
Zamknięta.
Jak drzwi, które ktoś zatrzasnął od wewnątrz.
Szczerze mówiąc, często o niej myślę.
Ciekawe, jak potoczył się jej los?
Czy udało jej się ostatecznie odejść od Stepana, czy jednak wróciła?
Czasami wyrzucam sobie tę rozmowę.
Wydaje mi się, że być może powiedziałam za dużo.



