— Chcesz mi teraz całkiem serio powiedzieć, że to jest „normalne”? — Nastia trzymała w ręce pęk kluczy i potrząsała nimi tuż przed twarzą Olega. — Stoję na własnym ganku jak obca i nie mogę wejść do własnego domu!
Oleg uchylił drzwi na łańcuchu, wyjrzał, jakby przyłapano go na klatce z cudzymi siatkami.

— Ciszej no… sąsiedzi przecież…
— Sąsiedzi? — Nastia parsknęła, a śmiech zabrzmiał sucho. — Powiedzmy sobie szczerze: to ty czy twoja matka uznaliście, że mogę tu wchodzić tylko „według rozkładu”?
Z głębi domu dało się słyszeć:
— Kto tam znowu wrzeszczy?
Galina Nikołajewna.
Jej głos był jak łyżka po emalii: niezbyt głośny, ale działający na nerwy.
Nastia zrobiła krok bliżej i oparła dłoń o framugę.
— Oleg, zdejmij łańcuch.
Już.
— Nastia, no poczekaj…
— Nie będę „czekać”.
Targałam te torby z rynku przez tę breję ze śniegu i soli, ręce mi odpadają, a wy tu co sobie urządziliście?
Oleg zdjął łańcuch i cofnął się.
Nastia weszła, postawiła torby na podłodze — głucho huknęło, jak kropka.
Galina Nikołajewna wyszła z kuchni w swoim niezmiennym fartuchu, jakby nie mieszkała tu od trzech miesięcy, tylko była gospodynią od zawsze.
— O, przyszłaś.
Dzięki Bogu.
Już myśleliśmy, że znowu gdzieś do nocy.
— Gdzieś? — Nastia odwróciła się do niej. — Nie jestem żadną nastolatką, żebyście mnie „oczekiwali”.
I to nie jest pani mieszkanie.
Ani nawet Olega.
To dom mojego ojca.
Galina Nikołajewna zrobiła taką minę, jakby słuchała kaprysu.
— Dom to dom.
Tylko że dom to nie papier, Nastiu.
Dom to porządek.
— Porządek? — Nastia uniosła klucze. — A to co w takim razie?
Dekoracja?
Dlaczego moje klucze nie pasują?
Oleg chrząknął.
— My… wymieniliśmy wkładkę.
— My — powtórzyła Nastia. — Posłuchaj, jak to pięknie brzmi.
„My wymieniliśmy”.
A to „my” to kto?
Ty i mama?
Galina Nikołajewna westchnęła demonstracyjnie, jakby Nastia utrudniała jej życie.
— Nie rób dramatu.
Zamek był stary, klikał, zacinał się.
Na dworze szybko robi się ciemno, luty, sama wiesz.
To nie jest żaden kurort.
— Aha — Nastia skinęła głową. — I ratunek przed lutowym mrokiem to zamknąć właścicielkę domu na ganku?
Oleg spróbował się uśmiechnąć.
— No przecież przyszłaś, otworzyliśmy…
— Otworzyliście? — Nastia patrzyła na niego jak na obcego. — Dziesięć minut dłubałam przy zamku, palce miałam jak lód, torby na śniegu, a wy siedzieliście w środku.
Nic was nie ruszyło?
Odwrócił wzrok.
— Po prostu… nie chciałem awantury.
— A co wyszło? — Nastia powiedziała to tak spokojnie, że sama przestraszyła się własnego głosu. — Wyszło na to, że mnie po prostu nie chcieliście.
Galina Nikołajewna podeszła bliżej i stanęła Nasti na drodze do pokoju.
— Zróbmy tak.
Ty się uspokój, rozbierz się.
Masz siną twarz.
Herbata stoi na kuchence.
— Nie chcę herbaty.
Chcę zrozumieć, dlaczego pani tu rządzi.
I dlaczego ty, Oleg, milczysz.
Oleg podniósł ręce, jakby się poddawał.
— Nie milczę.
Po prostu… mama się martwi, jest jej ciężko, sama wiesz.
— Jej ciężko? — Nastia odwróciła się do Galiny Nikołajewnej. — Pani ciężko?
A mnie łatwo?
Pracuję, płacę rachunki, naprawiam tu wszystko, co się rozpada, a jeszcze mam znosić, że przestawia pani meble i uczy mnie, jak żyć?
Galina Nikołajewna zacisnęła usta.
— Znowu o meblach.
Ile można?
Chciałam tylko, żeby nie było tego… gratowiska.
— Gratowiska? — Nastia gwałtownie weszła do salonu i wskazała ręką na stary ojcowski kredens. — To pani nazywa gratowiskiem?
— Jest ciężki, wielki.
Zajmuje tyle miejsca!
I w ogóle… jest ponury.
— Ponury? — Nastia uśmiechnęła się krzywo. — On nie jest ponury.
On jest prawdziwy.
W przeciwieństwie do pani tanich perfum, przez które cały dom pachnie teraz jak marszrutka w godzinach szczytu.
Oleg drgnął:
— Nastia, no po co…
— Po co prawda? — odwróciła się do niego. — Ty mi lepiej powiedz: uprzedziliście mnie o zamku?
Czy uznaliście, że to będzie niespodzianka?
Oleg milczał.
To milczenie było gorsze od każdej odpowiedzi.
Galina Nikołajewna się wtrąciła:
— Powiedziałam Olegowi.
Jest dorosłym człowiekiem.
On też jest tu gospodarzem.
— Gospodarzem? — Nastia powoli spojrzała na męża. — Ty jesteś gospodarzem?
Oleg przełknął ślinę.
— Jesteśmy rodziną…
— Rodzina nie robi niczego za plecami — ucięła Nastia. — Rodzina nie wymienia zamków, żeby „wychowywać”.
Galina Nikołajewna rozłożyła ręce.
— Boże, co za słowa!
Nikt cię nie wychowuje.
Po prostu ty… ty zawsze jesteś jak jeż.
Człowiek po ludzku, a ty kłujesz.
— Po ludzku? — Nastia podeszła do szafy przy wejściu i otworzyła ją. — Płaszcz wisi nie tak.
Półka jest pusta.
Gdzie jest moja teczka z dokumentami?
Ta niebieska, w koszulce?
Oleg się spiął.
— Jaka teczka?
— Nie udawaj.
Zostawiłam ją tutaj.
Były tam papiery domu, ubezpieczenie, rachunki… gdzie są?
Galina Nikołajewna odpowiedziała spokojnie:
— Schowałam.
Nie lubię bałaganu.
— Gdzie pani schowała?
— Do górnej szuflady kredensu.
— Do kredensu? — Nastia złośliwie się uśmiechnęła. — Do tego samego „grata”?
Szarpnęła szufladę.
Pusto.
Druga — pusto.
Trzecia też.
Nastia zamarła na sekundę, a potem gwałtownie się odwróciła.
— Gdzie.
Są.
Moje.
Dokumenty.
Oleg zrobił krok w jej stronę.
— Nastia, proszę, nie zaczynaj.
— Ja już zaczęłam, Oleg.
W chwili, kiedy wymieniliście zamek.
Gdzie są dokumenty?
Galina Nikołajewna odwróciła wzrok ku wejściu do kuchni i to wystarczyło.
— Zaniosła je pani gdzieś — powiedziała cicho Nastia. — Zaniosła je pani, tak?
— Wzięłam do zrobienia kopii — powiedziała szybko teściowa. — Czemu tak na mnie patrzysz?
Trzeba było to wszystko wyjaśnić…
— Co wyjaśnić? — Nastia podniosła głos. — Moje dziedzictwo wyjaśnić?
Kim pani w ogóle jest?
Oleg ostro:
— Mama po prostu chciała pomóc!
— Pomóc? — Nastia odwróciła się do niego. — Pomóc to znaczy zapytać.
A nie taszczyć moje papiery i wymieniać zamki.
Galina Nikołajewna zrobiła krok naprzód, a jej głos stwardniał:
— Posłuchaj, Nastiu.
Ty żyjesz tak, jakbyś była sama.
Dla ciebie wszystko jest „moje”.
Zagoniłaś męża w kąt, nie może słowa powiedzieć.
— On nie stoi w kącie.
On po prostu wybrał milczenie, żeby wszystkim było wygodnie.
— A tobie wygodnie? — Galina Nikołajewna zmrużyła oczy. — Wygodnie ci upokarzać go przy mnie?
— Mnie wygodnie być we własnym domu — ucięła Nastia. — A pani zamienia mi to miejsce w obce.
Oleg złapał się za głowę.
— Boże… czego wy wszyscy ode mnie chcecie?
Nastia wskazała go palcem.
— Chcę, żebyś powiedział: „Mamo, nie wtrącaj się”.
I żeby dokumenty wróciły na miejsce.
I żeby zamek był taki jak wcześniej.
Dzisiaj.
— Dzisiaj nie mogę… — wyrwało się Olegowi.
Nastia zatrzymała się.
— Dlaczego nie możesz?
Oleg się zawahał, a to zawahanie było jak przyznanie się.
— Bo… fachowiec przyjdzie jutro.
— Fachowiec? — Nastia odwróciła się do Galiny Nikołajewnej. — Jaki fachowiec?
— Od okien — odpowiedziała szybko teściowa. — Chcieliśmy je ocieplić.
— W lutym? — Nastia uśmiechnęła się szyderczo. — Ocieplić?
Czy może coś jeszcze „ocieplić”?
Oleg zacisnął usta.
— Nastia, nie doszukuj się.
— Doszukuję się? — Nastia gwałtownie poszła do kuchni, otworzyła szufladę przy stole, gdzie zwykle leżały dokumenty opłat. — A to?
Gdzie są rachunki?
Galina Nikołajewna zbyt spokojnie powiedziała:
— Schowałam je do osobnej teczki.
— I gdzie jest ta teczka?
— U mnie.
Nastia powoli się odwróciła.
— Wzięła pani rachunki… i moje dokumenty… i wymieniła zamek… — mówiła już bez krzyku, jakby w środku wszystko ścinał lód. — Co pani robi?
Wypycha mnie pani z mojego życia?
Oleg ostro:
— Nikt cię z niego nie wypycha!
— To powiedz: po co? — Nastia patrzyła mu prosto w oczy. — Po co wam moje papiery?
Milczał.
Galina Nikołajewna westchnęła jak nauczycielka.
— Bo ty nie myślisz.
Dom jest stary.
Dach przecieka.
Płot krzywy.
Nie ma pieniędzy.
Znaleźliśmy rozwiązanie.
— Znowu „my” — Nastia uśmiechnęła się krzywo. — Jakie rozwiązanie?
Oleg w końcu wykrztusił:
— Kredyt.
— Kredyt? — Nastia nie od razu zrozumiała. — Na co?
Galina Nikołajewna zaczęła mówić szybko, jakby od dawna to ćwiczyła:
— Na remont.
Na normalne życie.
Olegowi ciężko znaleźć porządną pracę, sama widzisz, teraz wszystko jest… no sama wiesz.
A pod zastaw domu można wziąć.
To rozsądne!
Jeszcze sama byś nam potem podziękowała.
— Pod zastaw mojego domu? — Nastia uniosła brwi. — I po to nosiliście moje dokumenty?
— Nic strasznego — machnęła ręką teściowa. — Potrzebne były tylko kopie.
— Nie kopie — powiedziała cicho Nastia. — Nie kłam.
Nie wymienilibyście zamka dla samych kopii.
Oleg wybuchł:
— Dość!
Ty zawsze doszukujesz się podstępu!
— Podstępu? — Nastia zrobiła krok bliżej. — To odpowiedz mi uczciwie: podpisałeś już coś?
Oleg pobladł.
Nie odpowiedział — i to była odpowiedź.
Nastia skinęła sama do siebie, jakby wreszcie wszystko ułożyło się w całość.
— Rozumiem.
Podniosła torby, ruszyła do wyjścia, narzucając po drodze kurtkę.
Oleg rzucił się:
— Dokąd idziesz?
— Do prawnika.
I jeśli się okaże, że wsadziliście mój dom w cokolwiek beze mnie — oboje wylecicie stąd tak szybko, że śnieg nie zdąży się roztopić.
Galina Nikołajewna podniosła głos:
— Ty zupełnie oszalałaś?
To jest rodzina!
Nastia zatrzymała się w progu i odwróciła.
— Rodzina to nie „podpiszmy za nią, potem się przyzwyczai”.
Rodzina to nie sytuacja, kiedy zamykają mnie z zewnątrz.
Wrócę — i rozmowa będzie już inna.
Wyszła na ulicę.
Lutowe powietrze uderzyło ją w twarz — wilgotne, zimne, pachnące mokrym asfaltem.
Nastia szła na przystanek i myślała tylko o jednym: jak mogła tyle znosić.
Telefon zawibrował.
Oleg.
— Nastia, no nie trzeba…
— Trzeba, Oleg. — Mówiła równo. — Prześlij mi zdjęcie tego, co podpisałeś.
Teraz.
— Nie mogę.
— To sama się dowiem.
I wiedz: jeśli tam będzie mój podpis — urządzę wam takie życie, że długo będziecie je pamiętać.
— Grozisz mi?
— Ostrzegam.
Godzinę później siedziała w małym gabinecie prawnika — pachniało kawą z automatu i starym papierem.
Mężczyzna w okularach przeglądał wydruki, patrzył na Nastię tak, jakby widział setki takich historii.
— Sytuacja jest nieprzyjemna — powiedział. — Ale do rozwiązania.
Jest pani właścicielką.
Jeśli podpis został podrobiony — to już zupełnie inna sprawa.
— Chcę, żeby się wyprowadzili — powiedziała Nastia. — I żeby więcej do mnie nie podchodzili.
— To możliwe przez sąd.
Ale trzeba zebrać fakty.
Wymiana zamka, utrudnianie dostępu, dokumenty.
Są świadkowie?
— Sąsiadka widziała, jak przychodził fachowiec.
I nagrałam filmik, jak klucz nie pasuje.
— Świetnie.
W takim razie składamy zawiadomienie i przygotowujemy pozew.
Nastia kiwała głową, słuchała, a w środku miała tylko jedno: nie oddam.
Telefon znów zawibrował.
Wiadomość od Olega: „W domu porozmawiamy normalnie”.
Nastia uśmiechnęła się krzywo.
— Normalnie już nie będzie — powiedziała na głos, a prawnik podniósł wzrok.
— Słucham?
— Nic.
Niech pan pisze — Nastia wzięła wdech. — Wszystko.
Do ostatniej litery.
A kiedy wieczorem podeszła do domu, śnieg sypał drobno pod latarnią, a w oknie paliło się światło, już wiedziała: teraz zacznie się druga runda — i nikt już nie będzie miękki.
— Otwieraj. — Nastia zapukała do drzwi nawet nie pięścią, tylko krawędzią dłoni, krótko, bez prośby. — Oleg, otwieraj, zanim wezwę dzielnicowego.
Z wnętrza dobiegły kroki.
Oleg otworzył — bez łańcucha, ale z twarzą człowieka, który już wcześniej przegrał.
— Czemu ty tak…
— Czemu ja tak? — Nastia weszła do środka i od razu zobaczyła na stole w kuchni teczkę. Swoją. Niebieską. — O, cuda.
Dokumenty nagle wróciły do domu.
Galina Nikołajewna siedziała przy stole, składając ręce jak na wywiadówce.
— Wszystko odłożyliśmy.
Nie ma co robić histerii.
— To nie histeria — Nastia usiadła naprzeciwko, położyła teczkę przed sobą. — To rozmowa.
Długa.
I bez waszego „oj, nie denerwuj się”.
Oleg usiadł bokiem, jak zwykle, żeby w razie czego móc obrócić się i do matki, i do Nasti.
Nastia spojrzała na to i nawet się uśmiechnęła.
— Śmiesznie się urządziłeś.
Jak na huśtawce.
— Nie zaczynaj — powiedział cicho.
— Nie, właśnie że zaczynam. — Nastia otworzyła teczkę. — Mam tu wszystko.
I chcę zobaczyć to, co podpisałeś.
Galina Nikołajewna natychmiast:
— Nic takiego nie podpisywał, uspokój się.
Nastia podniosła wzrok:
— Znowu pani kłamie czy już tak z przyzwyczajenia?
— Nie waż się tak do mnie mówić!
— Będę mówić tak, jak sobie zasłużyliście — powiedziała spokojnie Nastia. — Oleg.
Papiery.
Oleg wyciągnął z kieszeni złożoną kartkę.
Położył na stole, nie patrząc.
Nastia rozłożyła ją.
Przeleciała wzrokiem.
I wtedy w środku nic w niej nawet nie „zawrzało” — wszystko stanęło dęba, jak sierść u podwórkowego kota.
— Co to jest? — wskazała palcem. — „Zgoda małżonki”?
Ty poważnie?
Oleg pobladł.
— To… formalność.
— Formalność to jest zaznaczyć kratkę.
A tu jest moje imię i podpis podobny do mojego.
Tylko że ja tego nie podpisywałam.
Galina Nikołajewna ostro:
— Dość już!
Sama wiecznie wciskasz papiery byle gdzie, a potem nie pamiętasz!
— Pamiętam każdy swój podpis — Nastia spojrzała jej prosto w oczy. — I widzę, że to nie moja ręka.
Czyja to jest?
Pani?
Oleg zerwał się:
— Mama nie ma z tym nic wspólnego!
— To kto ma? — Nastia uniosła kartkę. — Ty?
To ty to zrobiłeś?
Znów usiadł, jakby nogi się pod nim ugięły.
— Ja… ja myślałem… — wydusił. — Zrobilibyśmy remont.
Ty byś się uspokoiła.
— Ja bym się „uspokoiła”? — Nastia uśmiechnęła się krzywo. — Uznałeś, że uspokoisz mnie oszustwem?
— Nie oszustwem — wtrąciła się teściowa. — Chcieliśmy jak najlepiej!
— To wasze „jak najlepiej” przez całe życie wszystko mi psuje — Nastia pochyliła się do przodu. — Rozumiecie, że to już nie jest rodzinna kłótnia?
To jest… coś zupełnie innego.
To już podchodzi pod paragraf.
Galina Nikołajewna uderzyła dłonią w stół.
— Nie strasz słowami!
Co, na mojego syna doniesienie napiszesz?
— Jeśli będzie trzeba — napiszę — odpowiedziała cicho Nastia. — Bo to już nie jest „syn”, kiedy fałszuje podpis żony.
Oleg wybuchł:
— Ja niczego nie fałszowałem!
— To kto? — Nastia nie ustąpiła. — Kto trzymał długopis?
Milczenie.
Ciężkie.
Słychać w nim było kaloryfer, który syczał od powietrza w rurach.
Galina Nikołajewna nagle odezwała się łagodniej — zbyt łagodnie, i właśnie od tego robiło się niedobrze.
— Nastiu, no po co… Mieszkamy razem.
No pokłóciliśmy się.
No zamek.
No karteczka.
Przecież wszystko można załatwić po ludzku.
— Po ludzku było, zanim wleźliście w moje dokumenty — Nastia wstała. — Daję wam ostatnią szansę: teraz pakujecie rzeczy i się wyprowadzacie.
Oboje.
Oleg podniósł głowę.
— Wyrzucasz nas?
— Odzyskuję swój dom — odpowiedziała Nastia. — I jeśli chcesz zostać, jutro idziesz ze mną do notariusza, piszesz oświadczenie, że nie masz żadnych roszczeń i niczego nie rościsz sobie do tego domu.
I osobno — że podpis pod tą kartką nie jest mój.
— A jeśli nie? — Galina Nikołajewna zmrużyła oczy.
— To sąd.
I policja też — powiedziała równo Nastia. — Już byłam u prawnika.
I wszystko mi wyjaśnił.
Oleg zerwał się, podszedł bliżej:
— Już pobiegłaś się poskarżyć?
— Pobiegłam się bronić.
Poczuj różnicę.
— Ty po prostu… — zaciął się, — ty po prostu zrobiłaś się zła.
— Stałam się trzeźwa — Nastia spojrzała mu w oczy. — Przez długi czas byłam miękka.
Teraz za to płacę.
Galina Nikołajewna ostro:
— Beze mnie sobie nie poradzisz!
Dom się rozleci!
Sama nie pociągniesz!
— Wolę ciągnąć sama, niż mieszkać z ludźmi, którzy zamykają mnie z zewnątrz — Nastia odwróciła się i poszła do przedpokoju. — Macie dwa tygodnie.
Oleg ruszył za nią.
— Nastia, no poczekaj…
— Nie dotykaj mnie — powiedziała. — I nie próbuj rozmawiać „od serca”.
Serc tu już dawno nie ma, Oleg.
Jest tylko kalkulacja i strach.
Dwa dni później w domu znowu wymieniono zamek — tym razem zrobiła to Nastia.
Przy fachowcu, przy sąsiadce Larisie Pietrownie, żeby było komu to potwierdzić.
Galina Nikołajewna krążyła wkoło, komentowała:
— Ojej, teatr…
Nastia nie reagowała.
Powiedziała tylko do fachowca:
— Proszę wpisać na rachunku datę i to, że zdjęto starą wkładkę.
Oleg stał z boku, ręce w kieszeniach, jakby go tu przywieźli.
Wieczorem znowu próbował:
— No to może chociaż porozmawiajmy normalnie.
Przecież nie jestem twoim wrogiem.
— Wróg to nie ten z nożem — Nastia siedziała w kuchni i przebierała rachunki. — Wróg to ten, kto się uśmiecha i robi wszystko za twoimi plecami.
Powiedz, Oleg, wy naprawdę myśleliście, że niczego się nie dowiem?
— Myślałem, że ty… no…
— Że to przełknę?
Jak zawsze?
Milczał.
— Wiesz, co jest w tym wszystkim najbardziej obrzydliwe? — Nastia podniosła wzrok. — Nie to, że twoja matka się wtrąca.
Ona taka jest.
Ma to we krwi.
Tylko to, że ty… ty się zgodziłeś.
Ty mnie wydałeś.
Oleg ostro:
— Ja cię nie wydałem!
— Wymieniłeś zamek.
— To mama…
— Podpisałeś papiery.
— To…
— I milczałeś, kiedy ona nazywała kredens mojego ojca „gratami”.
Oleg zacisnął usta.
— A co ma do tego kredens…
— Wszystko — powiedziała cicho Nastia. — To był mój dom.
Moje powietrze.
Moja pamięć.
A wy uznaliście, że można wszystko przepisać od nowa.
Tydzień później przyszło wezwanie: Nastia złożyła pozew o usunięcie przeszkód w korzystaniu z mieszkania i o eksmisję.
Do tego osobne zawiadomienie o sprawdzenie podpisu.
Oleg trzymał kartkę, jakby parzyła.
— Naprawdę poszłaś do końca — powiedział.
— Tak — odpowiedziała Nastia. — Bo wy poszlibyście do końca za mnie.
Tylko nie tam, dokąd mi trzeba.
W sądzie wszystko było jak w kiepskim serialu: wąski korytarz, obce twarze, suche ściany.
Oleg siedział zgarbiony.
Galina Nikołajewna trzymała się dumnie, ale palce jej drgały.
Sędzia zapytał:
— Powódka, jakie są pani żądania?
Nastia wstała.
— Jestem właścicielką.
Wymieniono mi zamki bez mojej zgody.
Wyniesiono dokumenty.
Przedstawiono papier z moim „podpisem”, którego nie złożyłam.
Wnoszę o usunięcie przeszkód, eksmisję pozwanych i zobowiązanie do zwrotu dostępu oraz kluczy.
Galina Nikołajewna zerwała się:
— To niewdzięczność!
Myśmy jej remont chcieli zrobić!
Sędzia sucho:
— Pozwana, proszę usiąść.
Zamek wymieniano?
Oleg cicho:
— Wymieniano.
— Za zgodą właścicielki?
— Nie.
— Dokumenty były zabierane?
Galina Nikołajewna:
— Brałam kopie…
— Za pozwoleniem?
— No… ona by nie dała.
Na sali ktoś parsknął, ale sędzia nawet nie podniósł głowy.
— A więc przyznaje pani, że działała bez zgody właścicielki — powiedział sędzia. — W kwestii podpisu będzie osobne postępowanie sprawdzające.
W niniejszej sprawie sąd orzeka…
Nastia słuchała słów o „zobowiązaniu”, „zaprzestaniu”, „opróżnieniu lokalu w terminie”, a w środku miała tylko jedno: dość.
Na korytarzu Oleg ją dogonił.
— Nastia, czy naprawdę nie dało się inaczej?
Zatrzymała się.
— Dało.
Tego dnia, kiedy mogłeś powiedzieć matce: „Stop”.
— Bałem się.
— To żyj z tym strachem — powiedziała cicho Nastia. — Tylko nie w moim domu.
Galina Nikołajewna podeszła, twarz jej się wykrzywiła.
— Jeszcze przybiegniesz.
Sama sobie nie poradzisz.
Nastia spojrzała na nią uważnie, bez złości.
— Już wyniosłam z tego domu to, co było najcięższe — waszą „rodzinność”.
Reszta to tylko praca i czas.
Dwa tygodnie później ładowali torby.
Luty wciąż trzymał: szary śnieg, lodowate kałuże, ręce marzły nawet w rękawiczkach.
Oleg kręcił się między pudłami, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie znajdował słów.
Zanim zamknął bagażnik, podszedł do Nasti.
— Ja… szczerze mówiąc… nie myślałem, że tak to wyjdzie.
— A ja myślałam — odpowiedziała Nastia. — Tylko długo nie chciałam się do tego przed sobą przyznać.
Galina Nikołajewna rzuciła na odchodne:
— No to żyj.
W ciszy.
Nastia skinęła głową.
— W ciszy łatwiej usłyszeć siebie.
A ja siebie dawno nie słyszałam.
Samochód wyjechał z podwórza, koła szurały po mokrym śniegu.
Nastia stała na ganku i nie czuła triumfu.
Tylko zmęczenie — i dziwną, niemal wstydliwą ulgę.
Weszła do domu.
Zatrzymała się przy kredensie.
Przesunęła dłonią po drewnie — jakby sprawdzała, czy nadal jest na miejscu.
— No i co, tato — powiedziała cicho w pustkę. — Nie pozwoliłam.
W kuchni kliknął włącznik.
Światło rozlało się równo.
W domu nie było już obcego zapachu, obcych rozporządzeń i obcego „my”.
Nastia wyjęła z kieszeni nowe klucze i położyła je na stole — jak kropkę, którą wreszcie postawiono tam, gdzie trzeba.



