Cienka strużka spływała obok krzaków pomidorów, wsiąkając w pulchną, ciemną ziemię.
Wieczorne słońce miękko oświetlało jej zmęczone, spracowane ręce, gdy nagle ciszę wiejskiego wieczoru przeciął dźwięk samochodu podjeżdżającego pod furtkę.
— Mamo, tylko nie zaczynaj scen, dobrze? — Marina postawiła ciężką skórzaną torbę prosto na grządce z rzodkiewką i zdjęła okulary przeciwsłoneczne.
— My z Wiktorem wszystko postanowiliśmy. Teraz działka będzie wspólna. Rodzinna rezydencja, że tak powiem.
Anna Dmitrievna powoli wyprostowała się, a woda z konewki wciąż lała się na jej kalosze.
— Wspólna? — powtórzyła, starając się opanować nagłe drżenie palców.
— A jak inaczej? — rzeczowo rozejrzała się po działce Marina, jakby oceniała cudzą własność.
— Siedzisz tu sama od rana do wieczora, harujesz, plecy zginasz.
— A my mamy dzieci, one potrzebują świeżego powietrza.
— My też musimy gdzieś odpoczywać od miasta.
— Nie będziemy przecież całe lato siedzieć w mieszkaniu, kiedy tu jest tyle miejsca.
Wiktor, zięć, tymczasem wszedł już na podwórko.
Nie przywitał się i nie zapytał o pozwolenie — szedł tak, jakby przed chwilą nabył tę ziemię i teraz sprawdzał jej stan.
— Grill postawimy tam, pod starą jabłonią — rzucił przez ramię.
— Prawdę mówiąc, jabłoń trzeba będzie wyciąć — daje zbędny cień.
— I szopę trzeba zburzyć, psuje cały widok, staroć.
Anna Dmitrievna postawiła konewkę na ziemi — metal głucho uderzył o kamień.
— Szopy nie wolno ruszać.
— Tam są narzędzia Mikołaja, tam są moje sieci, całe gospodarstwo.
— Anno Dmitrievna, przecież jest pani dorosłą osobą — pobłażliwie uśmiechnął się Wiktor.
— Tam jest sam grat: słoiki, wiadra, deski.
— Zrobimy porządne zadaszenie, nowoczesną strefę grillową.
— Żeby nie było wstydu gości zapraszać.
— W szopie są drabina, kosy, motyki i słoiki z przetworami, które zimą z przyjemnością jecie — głos kobiety stał się twardy.
— Widzisz, Witia — zwróciła się Marina do męża.
— Mówiłam ci. U mamy wszystko jest „potrzebne”. Nawet to, co kurzy się latami.
Z samochodu wybiegły wnuki.
Artiom od razu pobiegł do huśtawki, którą Anna Dmitrievna sama malowała zeszłej wiosny.
A mała Zofijka podbiegła do babci i objęła ją.
— Babciu, teraz będziemy u ciebie mieszkać! — radośnie powiedziała.
— Mama powiedziała, że to nasze lato. I nasz dom.
Anna Dmitrievna pogłaskała dziewczynkę po głowie, ale jej wzrok był przykuty do córki.
— Nasz dom, powiadasz?..
— Oczywiście. Kupiliśmy nawet basen, duży — na pół podwórka — Marina wyjęła pudełko z bagażnika.
— I jeszcze jedno: grządki trzeba zmniejszyć.
— Dzieci muszą mieć gdzie biegać.
— Masz tutaj wszystko jak w kołchozowym ogrodzie. Po co tyle tego?
— A rzodkiewka, na której postawiłaś torbę, sama się odsunie? — cicho spytała matka.
Marina spojrzała w dół, podniosła torbę i niezadowolona skrzywiła się.
— Mamo, no o co ty się czepiasz o każdy szczegół? Posadzę ci nową.
— Ja już ją posadziłam. Własnymi rękami.
— To znaczy, że będzie dwa razy więcej — zaśmiał się Wiktor — lekko, pobłażliwie, jakby słowa gospodyni nic nie znaczyły.
Anna Dmitrievna milczała. Przez wzgląd na wnuki.
Powtarzała sobie: „Dla dzieci… nie zaczynaj kłótni… oni nie na długo”.
Ale rzeczy, które wypakowywali z samochodu, najwyraźniej nie były przewidziane na parę dni: walizki, krzesła, pudełka, worki z węglem, pompa, leżaki i długi zwój.
— A to co? — zapytała.
— Hamak — odpowiedział Wiktor. — Powiesimy między jabłonią a śliwą.
— Tam rośnie mój czosnek. Odmianowy.
— Przeniesiemy go.
— Czosnku się nie przesadza. Albo rośnie, albo ginie.
— To znaczy, że zjemy go wcześniej — machnął ręką.
Marina już rządziła w domu:
— Mamo, gdzie masz duży pokój? My tam będziemy spać, dzieci obok.
— Tobie będzie lepiej w małym, przy schowku.
Anna Dmitrievna zatrzymała się w drzwiach.
— Jest mi wygodnie tam, gdzie mieszkam od dwudziestu pięciu lat.
— Mamo, no przecież jesteśmy z dziećmi, trzeba to zrozumieć!
— A ja, to znaczy, bez dzieci — to mogę mieszkać w schowku?
— Nie przekręcaj! — ze złością powiedziała Marina.
— Nie, córko. Ty nie pytasz. Ty decydujesz za mnie.
Wiktor spoważniał:
— Nie przyjechaliśmy się kłócić.
— Po prostu trzeba wszystko zrobić nowocześnie.
— Przecież pani rozumie — wcześniej czy później trzeba będzie się tym zająć.
Konewka znów głucho uderzyła o ziemię. Zapadła cisza.
— Myślenie o przyszłości jest słuszne — cicho powiedziała kobieta.
— Tylko nie kosztem kogoś, kto jeszcze żyje.
Przy obiedzie Marina próbowała złagodzić atmosferę: częstowała, pytała o zdrowie.
Anna Dmitrievna nawet na chwilę się rozluźniła. Może rzeczywiście przesadza?..
Ale Wiktor odsunął talerz i spokojnie zapytał:
— A gdzie masz dokumenty na dom i ziemię?
Łyżka wypadła z rąk Zofijki. Anna Dmitrievna poczuła chłód.
— Witia chce po prostu sprawdzić, czy wszystko jest w porządku — pośpieszyła z wyjaśnieniem Marina.
— Teraz przecież różne rzeczy się dzieją.
— Wszystko jest uregulowane — odpowiedziała matka.
— Musimy znać status — dodał Wiktor.
— Planujemy inwestycje.
— Komu „nam”? — zapytała.
— Rodzinie! — ostro odpowiedziała Marina.
— Po prostu pokaż dokumenty.
— Po co wam to teraz?
— Przecież nie zamierzamy sprzedać wszystkiego za twoimi plecami! — wybuchnęła córka… i nagle zamilkła.
Anna Dmitrievna uważnie na nią spojrzała.
— A więc taka myśl jednak była?..
Dalsza rozmowa tylko zaostrzyła sytuację.
Słowa wypowiedziane w emocjach odsłoniły to, co kryło się za „troską” — chęć rozporządzania cudzym domem jak własnym.
Anna Dmitrievna po raz pierwszy jasno zobaczyła: nie chodzi już o pomoc, nie o rodzinę, ale o kontrolę i zysk.
Później, gdy napięcie tylko wzrosło, wyjęła dokumenty i spokojnie oświadczyła, że zamierza sporządzić testament.
Ale nie tak, jak spodziewali się Marina i Wiktor.
Dom i działkę zamierza zapisać wnukom — pod warunkiem, że nikt nie będzie mógł nimi dysponować do ich pełnoletności.
To był ostatni punkt.
Skandal wybuchł z nową siłą: wyrzuty, oskarżenia, trzaskanie drzwiami.
Krewni, którzy przyjechali bez zaproszenia, pośpiesznie odjechali.
Marina nie odwróciła się, a mała Zofijka tylko długo machała babci z okna samochodu.
Gdy wszystko ucichło, na podwórku został tylko Artiom.
Cicho zapytał:
— Babciu, czy ty naprawdę zostawisz wszystko nam?
Anna Dmitrievna zmęczona westchnęła, zbierając papiery.
— Może zostawię.
— A może sprzedam i wyjadę tam, gdzie dawno chciałam.
— Dom to nie nagroda. To odpowiedzialność.
— Najpierw uczy się go szanować.
Następnego dnia zamknęła furtkę, jakby ostatecznie wyznaczyła granicę swojego świata — nie głośno, nie demonstracyjnie, a po prostu pewnie.
I po raz pierwszy od dłuższego czasu poczuła, że pozostaje panią swojego życia.




