Mam czterdzieści siedem lat.
Wiek dziwny i sprzeczny: niby dorosła, doświadczona kobieta, a czasem wciąż popełniasz głupstwa, niczym dziewczynka.
Zwłaszcza kiedy bardzo chce się po prostu ludzkiego ciepła.
Nie bajkowych książąt i luksusowych kurortów.
Nie drogich prezentów i romantyzmu z filmów.
Po prostu, żeby wieczorem ktoś zapytał:
— Jadłaś dzisiaj?
I żeby nie trzeba było samej sobie odpowiadać:
— Daj spokój, Anno, oczywiście że nie.
Kiedy dopiero zaczęliśmy razem mieszkać, Siergiej był niesamowicie uważny.
Czasem nawet zbyt.
Potrafił po pracy przynieść twaróg, bo wiedział, że lubię śniadania z sernikami.
Albo wybiec w środku nocy do apteki po lekarstwa.
Pracował jako spawacz w fabryce.
Mężczyzna ze złotymi rękami i spokojnym, cichym głosem.
Po rozwodzie długo nikogo do siebie nie dopuszczałam.
Ale Siergiej jakoś zdołał wkroczyć w moje życie niezauważenie.
Bez wielkich wyznań i natarczywych starań.
Po prostu siedział wieczorami w kuchni, pił herbatę i opowiadał śmieszne historie o swoich kolegach.
Śmiałam się.
Podobało mi się, że przy nim nie trzeba było zgrywać tajemniczej kobiety.
Można było pozostać sobą.
Chodzić po domu w starym szlafroku i trzymać przy łóżku krem do pięt.
W pierwszych miesiącach nawet chwaliłam się nim przed przyjaciółkami.
— Dobry facet — mówiłam. — Pracowity. I prawie nie pije.
To właśnie to „prawie” należałoby wtedy podkreślić czerwonym flamastrem.
Ale wszyscy stajemy się mądrzy dopiero później.
Teraz mogłabym prowadzić wykłady o sygnałach ostrzegawczych w relacjach.
Prawda, dyplom musiałabym wystawić sama sobie — kosztem własnego gorzkiego doświadczenia.
Prezenty Siergiej dawał regularnie, chociaż nie było wśród nich nic drogiego.
A ja i nie czekałam na luksusy.
To krem przyniesie, to bluzkę na promocji kupi.
Pewnego razu podarował mały głośnik muzyczny, bo wiedział, jak lubię gotować przy muzyce.
A raz przyniósł komplet bielizny.
Wtedy roześmiałam się:
— Chociaż trafiłeś z rozmiarem?
— Mam wprawne oko — mrugnął.
I faktycznie trafił.
Potem zaczęły się pierwsze sygnały ostrzegawcze.
Najpierw zaczął spóźniać się do pracy.
Potem do domu.
Potem zaczął spóźniać się z obietnicami.
„Jutro koniecznie zawiozę mamę do lekarza”.
„W sobotę naprawię kran”.
„Od poniedziałku zadbam o siebie”.
Zwłaszcza zabawnie układały mu się relacje z poniedziałkami.
Każdy nowy poniedziałek pojawiał się niespodziewanie i zastawał Siergieja całkowicie nieprzygotowanym.
Z czasem go zwolnili.
Oficjalnie — za ciągłe spóźnienia.
Ale Siergiej tłumaczył wszystko inaczej.
— Szef od dawna się do mnie czepiał — mówił, siedząc przy kuchennym stole z telefonem w rękach. — Tam wszyscy się spóźniają. Po prostu zrobili ze mnie kozła ofiarnego.
Uwierzyłam.
Pewnie dlatego, że chciałam wierzyć.
W końcu zdarza się niesprawiedliwość.
Żałowałam go, gotowałam barszcz, kupowałam papierosy, chociaż sama nie znosiłam zapachu tytoniu.
Mówiłam:
— Odpocznij trochę. Potem znajdziesz nową pracę.
Tydzień odpoczynku płynnie zamienił się w dwa.
Dwa — w miesiąc.
Potem minęło jeszcze tyle samo.
Każdego ranka budził się bliżej południa, leniwie przeciągał się i mówił:
— Dzisiaj zacznę dzwonić w sprawie ofert pracy.
Po czym otwierał wiadomości.
Potem wideo.
Potem musiał się nastroić.
Zebrać myśli.
Myśli, najwyraźniej, były bardzo płochliwymi stworzeniami i rozbiegały się przy najmniejszej próbie ich złapania.
Pracuję jako recepcjonistka w klinice stomatologicznej.
Pensję mam zwyczajną, bez nadmiaru, za to stabilną.
I wracasz wieczorem do domu po zmianie, gdzie przez cały dzień uśmiechasz się do pacjentów, a wita cię człowiek na kanapie z jednym pytaniem:
— Co mamy dzisiaj do jedzenia?
Nie „jak minął dzień?”.
Nie „jesteś zmęczona?”.
Nie „może pomóc?”.
A właśnie:
— Co do jedzenia?
Cierpiałam.
Naprawdę cierpiałam.
Nigdy nie byłam z tych kobiet, które odchodzą po pierwszej kłótni.
Chociaż czasem myślę: może warto było.
Ten konflikt zaczął się od ziemniaków.
Teraz brzmi to śmiesznie.
Wtedy nie było mi do śmiechu.
Wróciłam do domu po ciężkim dniu.
W torbach zakupy.
W głowie szum.
Wchodzę do kuchni.
Siergiej leży na kanapie.
Na stole czerstwy chleb.
Popielniczka przepełniona niedopałkami, chociaż dawno umówiliśmy się, że nie palimy w domu.
— Sierioża, chociaż ziemniaki mogłeś obrać? — zapytałam.
Nawet nie obrócił głowy.
— Nie wiedziałem, że trzeba.
— Od rana leżą w kuchni. Przecież mówiłam.
— Aniu, nie zaczynaj.
To zdanie zawsze wyprowadzało mnie z równowagi.
„Nie zaczynaj”.
Jakbym nie była człowiekiem, który wrócił do domu po pracy, a aktorką z dawno wyuczonym numerem pod tytułem „Żona suszy głowę mężowi”.
— Nie zaczynam. Po prostu jestem zmęczona.
— Wszyscy są zmęczeni.
— A ty od czego jesteś zmęczony?
Powoli usiadł.
Twarz stała się taka, jakby go śmiertelnie obrażono.
— Właśnie mnie upokorzyłaś.
— Nie. Zapytałam, od czego jesteś zmęczony.
— Od twojego tonu.
Po tym wszystkim pękłam.
Wyrzuciłam z siebie wszystko.
O miesiącach bez pracy.
O kanapie.
O papierosach kupionych za moje pieniądze.
O nieskończonych obietnicach.
O tym, że nie chcę już utrzymywać dorosłego mężczyzny, który szuka pracy tak, jakby wyświadczał ogromną przysługę całej ludzkości.
Słuchał w milczeniu.
Czerwieniał.
A potem nieoczekiwanie zapytał:
— Wyrzucasz mnie?
Zamilkłam.
Ponieważ sama przestraszyłam się tego pytania.
Gdzieś głęboko w środku siedziała zagubiona kobieta, która szeptała:
„A jeśli zostaniesz sama?”.
„A jeśli nie spotkasz już innego człowieka?”.
„A jeśli on się jeszcze zmieni?”.
Ale inna część mnie była zbyt zmęczona.
I właśnie ona odpowiedziała:
— Tak. Chyba wyrzucam.
Siergiej wstał.
Spodziewałam się skandalu.
Krzyków.
Gróźb.
Trzaskania drzwiami.
Ale zamiast tego spokojnie wyciągnął duży czarny worek na śmieci.
— Skoro tak, zabiorę swoje rzeczy.
— Zabieraj.
Byłam pewna, że chodzi o jego ubrania, narzędzia czy sprzęt wędkarski.
Swoją drogą, wędki miał dwie, chociaż wędkarzem okazał się wątpliwym. Przez cały czas wybrał się nad wodę raz i wrócił z makrelą ze sklepu, pewny, że niczego nie zauważę.
Ale Siergiej nie ruszył w stronę swoich rzeczy.
Poszedł do łazienki.
Zdjął z półki krem.
— To mój prezent.
Zbiłam się z tropu.
— Jaki jeszcze krem?
— Ten. Ja ci kupowałem.
— Prawie nic w nim nie zostało.
— Nieważne.
I krem poleciał do worka.
Kolejny był głośnik.
Ten sam mały niebieski głośnik.
— Zaczekaj — powstrzymałam go. — I go też?
— Oczywiście. To mój prezent.
— Ale prezentów zazwyczaj nie zabiera się z powrotem.
Uśmiechnął się szyderczo.
— Tylko nie wyjeżdżaj mi teraz z tymi mądrymi rozmowami.
Mądrych rozmów już mi nie zostało.
Tylko zmęczenie.
Potem otworzył szafę.
Wyciągnął bluzkę.
— Ją też ja kupowałem.
— Dobrze. Zabieraj.
I właśnie wtedy nieoczekiwanie poczułam ulgę.
Nie ból.
Nie żal.
Ulgę.
Jakby Siergiej sam niszczył ostatnie złudzenia, których jeszcze się trzymałam.
Jakby mówił do mnie:
„Patrz uważnie. Nie wspominaj więcej dobrych chwil. Nie usprawiedliwiaj mnie. Nie szukaj wyjaśnień. Oto prawdziwy ja”.
A potem otworzył szufladę z bielizną.
— Co ty robisz? — zapytałam cicho.
— Szukam kompletu.
— Ty na poważnie?
— Absolutnie.
— Siergiej, oszalałeś?
— Płaciłem za to pieniądze.
— To bielizna.
— I co z tego?
Wyjął biustonosz.
Potem majtki.
Spokojnie złożył je i wrzucił do czarnego worka na śmieci, jakby to były stare niepotrzebne szmaty…
Ogarnął mnie nawet nie wstyd.
Raczej obrzydzenie.
Najpierw do niego.
Potem do samej siebie.
Siedziałam i nie mogłam zrozumieć, jak w ogóle przeżyłam dwa lata obok człowieka, który w chwili złości potrafi składać do worka kobiecą bieliznę tylko dlatego, że kiedyś zapłacił za nią pieniądze.
— Zostaw to — powiedziałam cicho.
— Nie.
— Naprawdę zamierzasz wyjść stąd z moimi majtkami w worku na śmieci?
Nawet się nie zmieszał.
— Nie z twoimi. Z moimi.
Przez sekundę stało się to śmieszne.
Nie dlatego, że sytuacja była zabawna.
Po prostu organizm, najwyraźniej, postanowił się bronić. Jeśli nie będę się śmiać — zacznę krzyczeć.
— Boże, Sierioża, masz czterdzieści pięć lat.
— A ty masz czterdzieści siedem. I do tej pory uważasz, że mężczyzna ma obowiązek cię utrzymywać.
Właśnie wtedy naprawdę mnie zadziwił.
Powoli obeszłam wzrokiem kuchnię.
Reklamówki z produktami, które właśnie przyniosłam ze sklepu.
Jego papierosy na parapecie.
Kanapę z wygniecioną poduszką, na której spędzał większość swoich dni.
I nagle zrozumiałam: on nie próbuje dotknąć mnie celowo.
On naprawdę tak myśli.
W jego własnym obrazie świata to właśnie on był głównym żywicielem i dobroczyńcą.
Utrzymywał mnie kremem za trzysta rubli.
Głośnikiem z przeceny.
Kompletem bielizny na promocji.
I był całkowicie pewien swoich racji.
— Wyjdź — powiedziałam spokojnie.
— Jeszcze nie spakowałem rzeczy.
— Wyjdź teraz.
Powoli się wyprostował.
Na twarzy pojawił się znajomy uparty wyraz.
— Nie rozkazuj mi.
Wtedy podeszłam do drzwi wejściowych.
Otworzyłam je na oścież.
I już głośniej powtórzyłam:
— Wyjdź. Natychmiast.
W końcu jednak zakończył swoje pakowanie.
Włożył do worka prezenty, ubrania i inne rzeczy, które uważał za swoje.
Potem wyszedł za drzwi.
I na koniec głośno nimi trzasnął.
W mieszkaniu zrobiło się cicho.
Ogłuszająco cicho.
I wiesz, co zrobiłam najpierw?
Nie rozpłakałam się.
Nie zaczęłam dzwonić do przyjaciółek.
Nie rzuciłam się na kanapę w histerii.
Wzięłam mopa i umyłam podłogę w przedpokoju.
Bo po jego butach na laminacie zostały brudne ślady.
I z jakiegoś powodu właśnie one drażniły mnie najbardziej.
Patrzyłam na te odciski i czułam, że nie mogę zostawić ich do rana.
Kiedy podłoga wyschła, poszłam do kuchni.
Wyjęłam z reklamówki chleb.
Potem ser.
Kilka pomidorów.
Zrobiłam sobie najkrzywszą kanapkę na świecie.
Usiadłam przy stole.
Zaczęłam jeść.
I dopiero wtedy rozpłakałam się.
Bez łkania.
Bez szlochania.
Łzy po prostu same płynęły po policzkach.
A ja żułam i myślałam:
„No cóż, Anno. Oto zakończyła się twoja wielka historia miłosna. Smacznego”.
Około godziny później telefon zawibrował.
Wiadomość była od Siergieja.
„Jutro oddam klucze”.
Patrzyłam na ekran przez kilka sekund.
Potem odpisałam krótko:
„Wrzuć do skrzynki pocztowej”.
Nic więcej.
Następnego dnia obudziłam się zupełnie rozbita.
Jakbym całą noc zamiast spać, dźwigała worki z cementem.
Na automacie doszłam do łazienki.
Spojrzałam w lustro.
Twarz opuchnięta.
Oczy czerwone.
Włosy sterczą w różne strony.
Wyciągnęłam rękę po krem.
I dopiero w tym momencie przypomniałam sobie, że krem wczoraj uroczyście wyjechał do swojego byłego właściciela.
Przez kilka sekund stałam bez ruchu.
A potem nieoczekiwanie wybuchnęłam śmiechem.
Głośno.
Do łez.
Stoję przed lustrem, podobna do stracha na wróble po huraganie, i śmieję się jak nienormalna.
Ponieważ nagle uświadomiłam sobie całą absurdalność tego, co się dzieje.
Mężczyzna w wieku czterdziestu pięciu lat wyszedł z domu, zabierając prawie pustą buteleczkę kremu.
I gdzieś teraz być może siedzi i uważa to za swoje zwycięstwo.
A ja patrzyłam na swoje odbicie i po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułam nie ból.
Wolność.




