Dzień wcześniej na moje konto nieoczekiwanie wpłynęła spora suma pieniędzy.

Początkowo pomyślałam, że to jakaś

niespodzianka od męża, ale on w tym czasie

spokojnie leżał na kanapie i oglądał telewizję.

Jego reakcja mnie zaniepokoiła, a później

całkowicie oszołomiła — okazało się, że

pieniądze wcale nie pochodziły od niego.

A potem otrzymałam wiadomość, po której wszystko stało się jasne.

Najpierw przyszło dziwne powiadomienie.

Otwieram — na konto wpłynęła niemała suma z nieznanej karty.

Oczywiście od razu pojawiły się pytania: kto jest nadawcą i po co?

Tym bardziej że było to w przeddzień 8 marca.

Siergiej, mój mąż, w tym czasie beztrosko przeglądał wiadomości, wyciągnięty na kanapie.

Rano czekała go delegacja.

— Siergiej? — pokazałam mu telefon. — Patrz, jakiś dziwny przelew.

Nie wiesz, od kogo to?

Zauważyłam, jak lekko się zdenerwował.

Zaczął szybko przewijać strony na tablecie, nawet nie czytając.

Potem jednak wyciągnął rękę:
— Daj, zobaczę.

Podałam telefon.

Spojrzał na ekran, zmarszczył brwi jeszcze mocniej, stał się ponury.

Dla pozoru sprawdził numer karty i oddał mi telefon.

— Nie — potrząsnął głową. — Nie mam pojęcia.

Pewnie oszuści.

— W takim razie nie wydam ani grosza — odpowiedziałam. — Jutro zadzwonię do banku i dowiem się, skąd te pieniądze.

— Czekaj! — wyraźnie się napiął, usiadł obok i objął mnie za ramiona. — Po co się teraz denerwować?

Jesteś zmęczona po pracy, odpocznij.

Jutro się tym zajmiemy.

W ostatnim czasie między nami i tak wyczuwało się chłód — i w dzień, i w nocy.

Dlatego jego nagła troska wydała mi się podejrzana.

Właśnie od tego momentu zaczęły rodzić się wątpliwości.

Ale postanowiłam odłożyć niepokojące myśli do rana.

A rano wszystko stało się jeszcze dziwniejsze.

Siergiej nagle z niezwykłym entuzjazmem oznajmił, że kupił mi bilet na wycieczkę — krótki wypad po rodzinnych stronach na weekend, rzekomo z okazji święta.

Uczciwie powiedziałam, że nie chcę jechać, a poza tym miałam inne plany.

Natychmiast zaczął mnie wyrzucać.

— A ty dlaczego się nie zbierasz?

Przecież przed południem masz pociąg — zapytałam.

— Musiałem zmienić bilety — odpowiedział, po czym nastąpił jakiś niewyraźny potok wymówek.

Odmówiłam wyjazdu.

Wbił wzrok w telefon i prawie przez godzinę nie wypuszczał go z rąk.

Po wyrazie twarzy widać było — jest zły i aktywnie z kimś pisze.

Oczywiście trwała jakaś napięta rozmowa.

Nie pytałam — jeśli uzna za stosowne, sam powie.

Wszystko nieco ucichło, dopóki nie przyszło powiadomienie na Facebooku o nowej wiadomości.

Od niejakiej Olgi.

Przytaczam dosłownie:

„Cześć, Marina, pisze do ciebie ukochana kobieta Siergieja!

Jestem zmęczona całą tą sytuacją i chcę powiedzieć wprost — pieniądze wysłałam ja.

Myślałam, że domyślisz się, o co chodzi, ale okazałaś się nie tak bystra, jak oczekiwałam.

Sądząc po opowieściach Siergieja, nie jesteś dobrym człowiekiem.

Dlatego powiem bez ogródek.

Zamierzałam przyjechać sama, bo jego delegację odwołano.

Widocznie odmówiłaś wyjazdu na wypoczynek.

Za kilka godzin będę u was i zamiast odpoczynku wybierzesz się w pieszą wędrówkę z naszego życia”.

W całej tej historii pocieszyło mnie tylko jedno: mieszkanie było zapisane na mnie, a samochód — na mojego ojca.

Więc to nieporozumienie pod nazwą „małżeństwo”, trwające trzy lata, dobiegło swojego logicznego zakończenia.

Złapałam się na myśli: ileż to razy jeździł na „delegacje”?

Spróbowałam obliczyć — nie mniej niż dziesięć tylko w ciągu ostatniego roku.

I dopiero wtedy ostatecznie zrozumiałam, jak naiwna byłam.