— Mama powiedziała, że w naszym domu jest bałagan! — oznajmił Igor, przesuwając palcem po półce.

— Wstyd jej przyjeżdżać do tak zaniedbanego mieszkania.

— Ty w ogóle jesteś przy zdrowych zmysłach, Lena? — głos teściowej w telefonie był tak rześki, jakby nie dzwoniła o wpół do ósmej rano w sobotę, tylko otwierała posiedzenie rządu.

— Makaron z serem… To co to u was jest, akademik?

Lena leżała twarzą w poduszce i przez pierwsze sekundy próbowała zrozumieć, kto wtargnął do jej snu bez pukania.

Na ekranie świeciło: Tamara Arkadiewna.

— Halo… — powiedziała chrapliwie Lena.

— Tamaro Arkadiewno, pali się u nas?

— Prawie. — teściowa cmoknęła językiem.

— Wczoraj piłam herbatę z Igorem.

— Syn wpadł, posiedzieliśmy sobie.

— I opowiedział… — pauza była teatralna, z westchnieniem.

— …że na kolację był makaron.

— Z serem.

— I tyle.

Lena powoli usiadła.

Obok, pod kołdrą, spał Igor — cicho, beztrosko, jak człowiek, którego o siódmej rano nie budzi się rodzinnymi sprawami o światowej randze.

— Tak, był.

— Przyszłam późno, — Lena ziewnęła.

— Dwa spotkania, korek na obwodnicy, potem księgowość suszyła mi głowę…

— Zrobiłam coś na szybko.

— Na szybko to się samochód parkuje. — ucięła Tamara Arkadiewna.

— Kolacja to rytuał.

— Mężczyzna powinien wracać do domu, gdzie czeka na niego normalne jedzenie: zupa, drugie danie, sałatka.

— Tamaro Arkadiewno, my nie jesteśmy stołówką w sanatorium, — Lena potarła oczy.

— Oboje pracujemy.

— Właśnie! — teściowa jakby się ucieszyła.

— Oboje.

— Ale żona to żona.

— Nie „oboje”.

Lena zamknęła oczy.

W głowie miała tylko jedno pragnienie: położyć się z powrotem i udawać, że w ogóle nie jest mężatką.

— I co jeszcze? — spytała cicho, bo wiedziała, że „jeszcze” na pewno będzie.

— Jeszcze — łóżko. — teściowa wypowiedziała to słowo tak, jakby chodziło o świętą relikwię.

— Igor powiedział, że nie prasujesz prześcieradeł.

Lena otworzyła oczy.

— Prześcieradła… prasować?

— Tak. — ton był jak u wychowawczyni klasy.

— To elementarny szacunek dla domu.

— U mnie wszystko zawsze jest wyprasowane.

— Równiutkie.

— Schludne.

— A u was — zdjęłaś z suszarki i naciągnęłaś.

— To jest jak… — przez chwilę się zastanowiła.

— …jak mieszkanie w magazynie.

— Tamaro Arkadiewno, pracuję do siódmej, czasem do ósmej, — Lena poczuła, jak irytacja podnosi się z żołądka do gardła.

— Nie mam czasu urządzać pokazowej parady z prześcieradeł.

— To znaczy, że źle organizujesz sobie czas. — teściowa powiedziała to łagodnie, jak o beznadziejnej uczennicy.

— Ja też pracowałam.

— I ze wszystkim zdążałam.

— Pani pracowała do czwartej, — Lena nie wytrzymała.

— I żyła w innym rytmie.

— Teraz ludzie przeżywają w korkach.

— Nie dramatyzuj. — ucięła Tamara Arkadiewna.

— Nie jesteś sama.

— Masz męża.

— A mąż powinien być nakarmiony, a nie… — znowu pauza, żeby celniej trafić.

— …serem dojadanym z garnka.

Lena spojrzała na męża pod kołdrą.

— Igor się nie skarżył, — powiedziała.

— Bo jest dobrze wychowany. — teściowa od razu podniosła głos.

— Ale matka wszystko widzi.

— Igorowi jest ciężko.

— Potrzebuje porządku, a nie tego wszystkiego.

— „Tego wszystkiego”, czyli mnie? — Lena mówiła już bez cienia senności, całkowicie trzeźwo i ze złością.

— Nie bierz tego do siebie. — prychnęła teściowa.

— Mówię o domu.

— I jeszcze jedno.

— On powiedział, że wysyłasz go do sklepu.

— Tak.

— I co z tego?

— Kobieta powinna zajmować się zakupami.

— Mężczyzna powinien zarabiać, utrzymywać rodzinę.

— A ty wysyłasz go po mleko jak… jak chłopca.

— Tamaro Arkadiewno, mleko to nie diamenty.

— On wpada po nie po drodze.

— To normalne.

— Normalne jest wtedy, kiedy kobieta wszystko trzyma w swoich rękach.

— A nie robi z rodziny jakiegoś… związku równych sobie.

Lena przygryzła wargę, żeby nie powiedzieć za dużo.

Chociaż miała już ochotę powiedzieć wszystko.

— Dobrze, — powiedziała lodowato.

— Usłyszałam panią.

— I nie obrażaj się. — Tamara Arkadiewna od razu złagodniała.

— Ja przecież chcę jak najlepiej.

— Życzę ci dobra.

— Dobra życzy mi budzik, kiedy nie dzwoni, — mruknęła Lena, ale teściowa już tego nie słyszała.

— Jeszcze porozmawiam z Igorem. — zakończyła Tamara Arkadiewna.

— Musicie zaprowadzić porządek.

— To wszystko.

— Do usłyszenia.

Telefon się rozłączył.

Lena przez sekundę siedziała, patrząc w pustkę.

Potem odwróciła się do Igora i szturchnęła go palcem w ramię.

— Budź się.

— Twoja mama urządziła poranną odprawę bojową.

Igor uchylił jedno oko.

— Mmm… znowu?

— „Znowu” — tak spokojnie to mówisz? — Lena podniosła telefon.

— Nie spodobał jej się makaron.

— Prześcieradła.

— I to, że kupujesz mleko.

Igor usiadł, przeciągnął się, podrapał po głowie.

— No… dla mamy ważne jest, żeby wszystko było… po ludzku.

— Po ludzku, to znaczy jak? — Lena zmrużyła oczy.

— Że mam stać w kuchni w fartuchu i się uśmiechać, podczas gdy ty patrzysz w telefon?

— Przesadzasz.

— Ja przesadzam? — Lena krzywo się uśmiechnęła.

— Igor, ona dzwoni o siódmej trzydzieści rano i rozmawia o moich prześcieradłach.

— To nawet nie jest przesada, to diagnoza… oj. — Lena od razu się zatrzymała.

— Dobra.

— To po prostu… taki gatunek.

Igor sennie wstał.

— Lena, bez nerwów.

— Ona jest po prostu… starej daty.

— A ty jesteś jakiej daty? — Lena patrzyła, jak idzie do łazienki.

— Też zdajesz jakieś egzaminy?

Z korytarza Igor mruknął:

— Pogadamy później.

Lena została sama i poczuła, jak irytacja rozpełza się po mieszkaniu, osiada na kuchennych krzesłach i na świeżo umytym zlewie.

W poniedziałek było prawie normalnie.

We wtorek — prawie.

W środę Lena złapała się na tym, że gotuje kolację nie dlatego, że chce jeść, ale dlatego, że spodziewa się kontroli.

A w czwartek wieczorem Igor wszedł do domu z miną człowieka, który przyniósł nie pensję, tylko wyrok.

Lena stała przy kuchence, podgrzewając wczorajszy ryż z warzywami.

W przedpokoju kliknął zamek.

— Cześć, — powiedziała.

— Mhm, — odpowiedział Igor i przeszedł obok.

— Jesteś głodny?

— Zobaczymy.

Lena postawiła talerze na stole.

— Siadaj.

Igor spróbował, skrzywił się.

— Zimne.

— Zaraz podgrzeję, — powiedziała spokojnie Lena, choć w środku już zaczynało się gotować.

— Nie trzeba. — Igor odsunął talerz.

— Lena, słuchaj.

— Wczoraj rozmawiałem z mamą.

Lena znieruchomiała.

— Gratuluję.

— O czym?

— O moich prześcieradłach?

— Inspirują was?

— Nie ironizuj, — Igor od razu się spiął.

— Rozmawialiśmy o domu.

— O tym, że ty… no… jakby… nie bardzo.

Lena usiadła naprzeciwko, złożyła ręce.

— „Nie bardzo” — to zaraz będzie lista?

— To będzie rozmowa, — Igor wypowiedział to „rozmowa” z powagą człowieka, któremu dano prawo do mównicy.

— Popatrz.

— Mama ma rację: na półce jest kurz.

— Dzisiaj zauważyłem.

— Na której półce? — Lena mrugnęła.

— Na tej z książkami.

— W salonie.

— Przejechałem palcem — był szary.

— Igor, jesteś dorosłym mężczyzną.

— Przejechałeś palcem po półce i przyszedłeś do mnie jak z dowodem rzeczowym? — Lena się uśmiechnęła, ale był to niebezpieczny uśmiech.

— Chcę, żeby w domu było czysto.

— Normalnie.

— Jak u ludzi.

— U ludzi, czyli u twojej mamy? — Lena pochyliła się.

— Tam, gdzie wszystko jest idealne i nikt nie żyje, tylko demonstracyjna wersja rodziny?

— Nie przekręcaj. — Igor podniósł głos.

— Mówię, że poświęcasz za mało uwagi domowi.

— Pracuję, — powiedziała cicho Lena.

— Ja nie „poświęcam za mało”, tylko robię wszystko, co mogę.

— Można robić więcej.

— Mama dawała radę.

— Twoja mama dawała radę, bo twój tata, wybacz, siedział jak pomnik i uważał to za normę.

— Chcesz zostać pomnikiem?

— Chcę wracać do domu i żeby było przytulnie, — powiedział uparcie Igor.

— Żeby nie było wrażenia… że mieszkam w jakimś tymczasowym mieszkaniu.

Lena poczuła, jak coś w niej kliknęło: no i jest.

Poszło.

— I co proponujesz? — spytała spokojnie, chociaż głos zrobił się metaliczny.

— Proponuję, żebyś przemyślała priorytety, — Igor spojrzał na nią tak, jak patrzy się na pracownika przed zwolnieniem.

— Mniej zostawania po godzinach.

— Więcej domu.

— Normalne jedzenie.

— I tak — pościel jednak trzeba doprowadzać… do porządku.

— „Doprowadzać do porządku” — to znaczy prasować prześcieradła? — Lena wpatrywała się w niego.

— Igor, ty teraz mówisz poważnie?

— Tak.

— To jest troska. — Igor mówił pewnie, jakby nauczył się tekstu.

— Mama mówi, że troska to detale.

— A troska z twojej strony to jakie detale? — Lena pochyliła się do przodu.

— Wyniosłeś dziś śmieci?

— Jestem zmęczony.

— A ja według ciebie jestem w kurorcie? — Lena uśmiechnęła się krzywo.

— Wracam do domu i zaczyna się mój drugi dzień pracy: kuchenka, pranie, sprzątanie.

— I teraz jeszcze egzamin z prześcieradeł?

Igor uderzył dłonią w stół.

— Lena, ty wszystko zamieniasz w konflikt!

— Nie, Igor. — Lena spokojnie wstała.

— To ty zamieniasz mój dom w filię wychowawczego kółka twojej mamy.

— Nie waż się tak mówić o mojej mamie!

— A ty nie waż się mówić do mnie jej słowami.

Zamilkli.

Cisza była taka, jakby mieszkanie się przysłuchiwało.

W piątek Lena szykowała się do kawiarni z przyjaciółkami — umówiły się już miesiąc wcześniej.

Powiedziała o tym Igorowi rano.

Wieczorem, kiedy już stała w przedpokoju w płaszczu, Igor wyszedł z pokoju i stanął w drzwiach.

— Dokąd idziesz?

— Mówiłam przecież.

— Do dziewczyn.

— Odwołaj.

Lena nie od razu zrozumiała, że powiedział to poważnie.

— Co?

— Odwołaj spotkanie. — Igor nawet nie mrugnął.

— Wieczór jest dla rodziny.

— Ty sobie żartujesz? — Lena krótko się roześmiała.

— Co to za komedia?

— To nie komedia, — Igor zrobił krok bliżej.

— Nie chcę, żebyś się gdzieś włóczyła.

— W domu jest pełno roboty.

— W domu jest pełno — to rób, — Lena naciągnęła szalik.

— Ja wychodzę.

Igor położył rękę na framudze.

— Nie.

Lena uniosła brwi.

— „Nie” — ty to powiedziałeś do mnie?

— Do mnie?

— W moim mieszkaniu?

— Lena, nie zaczynaj. — Igor mówił już twardo.

— Mama ma rację: za bardzo się rozpuściłaś.

— Za dużo wolności.

— Słuchaj, — Lena spojrzała na niego uważnie, — ty właśnie naprawdę wypowiadasz zdanie „za dużo wolności”?

— Tak. — Igor nie ustąpił.

— Jestem mężczyzną.

— Odpowiadam za rodzinę.

— Odpowiadasz za rodzinę, stojąc w drzwiach jak ochroniarz w centrum handlowym? — Lena prawie się uśmiechnęła.

— Igor, ty rozumiesz, jak to wygląda?

— Nie obchodzi mnie, jak to wygląda. — Igor złapał ją za rękaw.

— Zostajesz.

Lena gwałtownie wyrwała rękę.

— Zabierz ręce.

— Nigdzie nie pójdziesz, — powtórzył Igor, a jego głos zrobił się obcy.

Lena wyciągnęła telefon.

— Lena… — Igor zrobił krok.

— Tylko nie rób cyrku.

— Cyrk już urządziliście. — Lena wybrała numer przyjaciółki.

— Halo, Swieta, wychodzę.

— Tak, będę.

— Tak, spóźnię się dziesięć minut.

— Nie, nie odwołuję.

Schowała telefon do kieszeni i spojrzała na męża.

— Daj mi przejść.

— Nie.

Lena bez słowa ominęła go i sięgnęła do drzwi.

Igor znowu ją chwycił.

— Powiedziałem — do domu!

Lena odwróciła się.

— Jeszcze raz mnie dotkniesz — i porozmawiamy inaczej.

— Inaczej jak? — Igor uśmiechnął się krzywo.

— Poskarżysz się swojej mamie?

— Nie. — Lena pochyliła się bliżej.

— Po prostu zrobię tak, żebyś nie miał ochoty być bohaterem powieści swojej mamy.

Igor na sekundę się zmieszał.

To wystarczyło: Lena szeroko otworzyła drzwi i wyszła.

W kawiarni siedziała, słuchała przyjaciółek i kiwała głową, ale w środku wszystko w niej kipiało.

— Jesteś jakaś drewniana, — powiedziała Swieta.

— Co się stało?

— W moim domu nagle otworzyła się szkoła „jak żyć prawidłowo”, — Lena próbowała się uśmiechnąć.

— Z filią i podręcznikiem.

— O, teściowa? — Swieta ze zrozumieniem uniosła brwi.

— Nie tylko teściowa.

— Tam teraz jest duet.

— Igor mówi jej głosem.

— Wyobrażasz sobie?

— Dziś próbowano mnie fizycznie nie wypuścić z domu.

— Poważnie? — Swieta pochyliła się.

— Lena, to już… nie jest śmieszne.

— Śmiesznie będzie, jak wrócę do domu, a on zażąda raportu o kurzu. — Lena uśmiechnęła się krzywo.

— Chociaż… już żądał.

Przyjaciółki spojrzały po sobie.

Ktoś powiedział cicho:

— To źle.

Lena skinęła głową.

— Wiem.

W sobotę rano, o dziesiątej zero pięć, zadzwonił dzwonek do drzwi.

Lena była jeszcze w szlafroku, z mokrymi włosami, i stała w kuchni, rozważając myśl: „może dziś po prostu nic nie robić”.

Otworzyła.

Na progu stała Tamara Arkadiewna, świeża jak reklama, z torbą z supermarketu i wyrazem twarzy „przyszłam ratować sytuację”.

— Dzień dobry, dzieci! — powiedziała głośno.

— Postanowiłam wpaść.

— Igoruś jest w domu?

Igor wyskoczył z pokoju natychmiast, jakby czekał na sygnał.

— Mamo! — ucieszył się.

— Wejdź.

Lena stała w milczeniu, wpuszczając ją do środka.

— No to… — Tamara Arkadiewna rozejrzała się.

— A czemu u was… — zmrużyła oczy, — …na podłodze w korytarzu są smugi?

— Myłaś?

Lena powoli wzięła oddech.

— Myłam.

— W środę.

— W środę? — teściowa szeroko otworzyła oczy.

— A dziś jest sobota.

— Ty to rozumiesz?

— Ja rozumiem, że dziś jest sobota, — Lena skinęła głową.

— A pani rozumie, że nie jest inspektorem nadzoru mieszkaniowego?

Igor chrząknął.

— Lena…

— Nie, Igor, poczekaj. — Lena odwróciła się do niego.

— Dalej.

— Niech mama powie, jak jest prawidłowo.

— Ja sobie będę notować.

Tamara Arkadiewna usiadła na kanapie jak gospodyni.

— Powiem. — uśmiechnęła się.

— Zawsze mówiłam: żona powinna być gospodynią.

— Dom powinien lśnić.

— Mężczyzna powinien wracać do czystego, przytulnego miejsca.

— A u was… — machnęła ręką, — …jakieś „jakoś to będzie”.

— U nas mieszkają ludzie, — powiedziała Lena.

— Nie muzeum.

— Właśnie! — teściowa wskazała palcem w powietrze.

— Właśnie w tym jest wasz problem: u was wszystko jest „ludzie”.

— A rodzina to system.

— Igoruś, tłumaczyłeś jej to?

Igor stanął obok matki, i Lena nagle poczuła, że oni są jedną drużyną, a ona — obca.

— Próbowałem, — powiedział Igor.

— Ale Lena wszystko odbiera jak atak.

— Uważa, że ja… no… czepiam się.

— „Czepiasz się”? — Lena spojrzała na niego.

— Wczoraj wygłosiłeś mi wykład o kurzu.

— Bo mi to przeszkadza! — Igor podniósł głos.

— Chcę normalnego domu!

— Normalny dom to taki, w którym mąż myje naczynia, jeśli coś mu przeszkadza, — spokojnie powiedziała Lena.

— Albo chociaż nie wzywa mamy jako posiłków.

Tamara Arkadiewna rozłożyła ręce.

— Ach, więc tak!

— Nazywasz mnie „posiłkami”?

— A jak inaczej? — Lena uśmiechnęła się z przekąsem.

— Nie przyszła pani pić herbaty.

— Przyszła pani tłumaczyć mi, jaka jestem niewłaściwa.

— Bo naprawdę jesteś niewłaściwa! — teściowa gwałtownie wstała.

— Nie rozumiesz swojej roli!

— Mojej roli? — Lena poczuła, jak robi się jej gorąco w piersi.

— A jaka niby jest moja rola?

— Dyżurna od kuchni?

— Całodobowa sprzątaczka?

— Lena, dość! — Igor zrobił krok ku niej.

— Zachowujesz się…

— Jak? — Lena odwróciła się do niego.

— Jak człowiek, którego zagania się do kąta?

— Powinnaś szanować męża! — krzyknęła Tamara Arkadiewna.

— Powinnaś być posłuszna!

Lena roześmiała się — głośno, krótko, ostro.

— Posłuszna? — spojrzała na Igora.

— Ty też tak uważasz?

Igor milczał o sekundę za długo.

— Uważam, — powiedział w końcu, — że jesteś zbyt samowolna.

— I jeśli tak trudno ci być żoną, to… może rzeczywiście nie jest nam po drodze.

Lena kiwnęła głową.

Bardzo spokojnie.

Tak spokojnie, że sama się sobie zdziwiła.

— Świetnie, — powiedziała.

— To bez teatru.

— Pakuj rzeczy.

Igor zamrugał.

— Co?

— Rzeczy, Igor. — Lena weszła do pokoju i otworzyła szafę.

— Sam powiedziałeś: „nie jest nam po drodze”.

— Świetnie.

— Nie marnuj mojego czasu.

Tamara Arkadiewna aż westchnęła z oburzenia:

— Nie możesz wyrzucić męża!

Lena odwróciła się do niej.

— Mogę.

— Mieszkanie jest moje.

— Na papierze.

— Igor jest tu zameldowany, ale właścicielką jestem ja.

— Więc… — Lena rozłożyła ręce.

— Oboje teraz pakujecie się i wychodzicie.

Igor zbladł.

— Lena, ty zwariowałaś?

— Nie. — Lena spojrzała mu prosto w oczy.

— Po prostu przestałam być wygodna.

— Jak ty śmiesz… — teściowa zrobiła krok naprzód.

— Śmiem, — przerwała jej Lena, a jej głos stwardniał.

— Bo to jest moje życie, mój dom i moje zasady.

— I najśmieszniejsze jest to, że mogliście po prostu normalnie żyć.

— Ale wam zachciało się urządzać cyrk z prześcieradłami i kurzem.

Igor próbował chwycić ją za rękę.

— Lena, bez skrajności…

— Nie dotykaj mnie, — powiedziała cicho Lena.

— Lena…

— Nie dotykaj. — cofnęła się o krok.

— Zaraz wezwę dzielnicowego.

— Nie dlatego, że się boję.

— Tylko dlatego, że mam już dość.

Igor nerwowo się uśmiechnął.

— Nie odważysz się.

Lena w milczeniu poszła do drzwi.

Otworzyła je.

Zapukała do sąsiadki.

Sąsiadka, kobieta około sześćdziesiątki, w domowych spodniach i z wyrazem wiecznej czujności, wychyliła się:

— Lenoczko?

— Co się stało?

— Czy mogłaby mi pani pożyczyć telefon?

— Mój… — Lena spojrzała na swój komórkowy i nagle pomyślała, że nawet nie chce go wyciągać.

— …nie chcę teraz używać swojego.

Sąsiadka bez słowa podała słuchawkę.

Lena wybrała numer i spokojnie, wyraźnie powiedziała: konflikt rodzinny, właścicielka prosi osoby obce o opuszczenie mieszkania, potrzebna jest interwencja i odnotowanie zdarzenia.

Wróciła do mieszkania.

Igor siedział na kanapie jak uczeń przyłapany na ściąganiu.

Tamara Arkadiewna szeptała mu coś złośliwego i szybkiego.

— Przyjadą, — powiedziała Lena.

— Macie czas, żeby spokojnie spakować rzeczy.

— Albo urządzimy przedstawienie przy świadkach.

— Lena, — Igor podniósł wzrok, — przecież rozumiesz, że to… przesada?

— Przesada to wtedy, kiedy rano ktoś do mnie dzwoni i omawia moje prześcieradła, — odpowiedziała Lena.

— A to jest logika.

Tamara Arkadiewna spróbowała się uśmiechnąć:

— Lenoczko, no po co tak?

— My przecież… chciałyśmy pomóc.

— Wychować…

Lena spojrzała na nią tak, że teściowa zamilkła.

— Wychowywać będzie pani Igora u siebie w domu, — powiedziała Lena.

— Na pełny etat.

— Codziennie.

— Z przyjemnością.

Igor wstał i poszedł do sypialni.

Zaczął pakować rzeczy do torby — głośno, demonstracyjnie, jakby chciał pokazać: „patrzcie, jaki jestem obrażony”.

— Pożałujesz tego, — rzucił z pokoju.

— Igor, — krzyknęła w odpowiedzi Lena, — ty nawet śmieci nie wynosisz.

— Czym ty mnie straszysz?

Tamara Arkadiewna poczerwieniała:

— Jak ty się odzywasz!

— Tak, jak mi wygodnie, — odpowiedziała spokojnie Lena.

Po dwudziestu minutach przyszedł dzielnicowy z partnerem.

Wszystko było nudne, oficjalne i bez romantyzmu: paszporty, dokumenty mieszkania, krótkie pytania.

— Obywatelu, właścicielka prosi pana o opuszczenie lokalu, — powiedział dzielnicowy do Igora.

— Ma pan taki obowiązek.

— Ale ja jestem mężem! — próbował się oburzać Igor.

— Mąż to status.

— Własność to dokumenty, — dzielnicowy spojrzał na niego zmęczonym wzrokiem.

— Proszę pakować rzeczy.

Tamara Arkadiewna próbowała się kłócić, potem próbowała płakać, a potem wywierać moralną presję.

Dzielnicowy słuchał z twarzą człowieka, który widział już wszystkie rodzinne spektakle tego kraju.

W końcu Igor wyszedł do przedpokoju z torbą.

Tamara Arkadiewna — za nim, z reklamówką, która do końca pozostała nierozpakowana.

Przy drzwiach Igor się zatrzymał.

— Lena… no przecież rozumiesz… można było inaczej.

— Można było, — zgodziła się Lena.

— Gdybyś pozostał mężem, a nie głośnikiem swojej mamy.

Igor zacisnął usta.

— Dobra.

Drzwi się zamknęły.

W mieszkaniu nagle zrobiło się cicho.

Naprawdę.

Bez obcych głosów, bez pouczeń, bez „mama powiedziała”.

Lena poszła do kuchni, spojrzała na stół — talerze, niedojedzony ryż, czajnik.

Wzięła kubek, nalała wody, wypiła duszkiem.

Potem wyciągnęła telefon, otworzyła aplikację z dostawą i zamówiła to, co Igor zawsze nazywał „głupotą” i „nie rodzinnym jedzeniem”: proste, smaczne, bez pretensji.

Kiedy kurier wyszedł, Lena usiadła na kanapie, włączyła serial i po raz pierwszy od dawna poczuła nawet nie zwycięstwo — ale ulgę.

Taką ulgę, że chciało się śmiać.

Telefon zawibrował: wiadomość od Igora.

„Lena, porozmawiajmy. Poniosło mnie. Może da się to wszystko naprawić.”

Lena spojrzała na ekran, uśmiechnęła się z przekąsem i powiedziała na głos do pustego pokoju:

— Igor, ty nawet nie umiesz się kłócić bez udziału swojej matki.

Zablokowała numer, odłożyła telefon obok i wzięła jedzenie.

— No to co, — powiedziała do siebie, — kto tu teraz jest „za bardzo wolny”?

I po raz pierwszy zabrzmiało to nie jak zarzut, ale jak komplement.