Wiktoria Fiodorowna znowu pouczała syna:
— Przecież mówiłam ci, Misza, żeń się z Olą!
Jej rodzinę znamy, wychowanie ma doskonałe.
A ty kogo przyprowadziłeś?
Jakaś chuda blondynka, a na dodatek, wygląda na to, że lekkomyślna!
Ile pieniędzy już na nią wydałeś, a ona nie potrafi ci nawet dziecka urodzić.
No jak można być tak naiwnym?
Żona musi być zdrowa — to jest prawda.
A twoja Wiera z niczym się nie wyrabia: w domu kurz, a przecież ty tego nie znosisz!
I gotować, jak widać, też nie potrafi.
Też mi gospodyni!
Michaił tylko spokojnie się uśmiechnął:
— Mamo, moja żona ma na imię Wiera, a nie tak, jak ją nazywasz.
I tak przy okazji, wcale nie mam żadnej alergii na kurz.
W domu mamy czysto, sprzątamy.
A jej złe samopoczucie jest tymczasowe, wszystko na pewno się ułoży.
Matka zawsze nadmiernie opiekuńczy traktowała syna.
Z mężem życie jej się nie ułożyło, więc całą nieprzelaną miłość oddała Michaiłowi.
Czasami jej troska przekraczała granice, ale Michaił i tak kochał i matkę, i żonę.
— Wszystko jest dla mnie jasne, Misza.
To znaczy, że nie zostawiłeś mi wyboru!
Żyjcie jak chcecie, tylko potem mi się nie żal.
Jeszcze wspomnisz moje słowa, ale wtedy będzie za późno.
Ta Wiera jeszcze ci pokaże, jak to jest.
Będziecie mnie prosić, żebym wróciła — nie wrócę! — oświadczyła Wiktoria Fiodorowna, spakowała rzeczy i wezwała taksówkę.
Do samego końca miała nadzieję, że syn ją zatrzyma, ale Michaił poszedł do pokoju żony.
„Nic nie szkodzi, życie samo wszystko poukłada”, myślała.
Niech pożyje trochę bez matczynej troski, wtedy zrozumie, kto miał rację.
Wiktorii Fiodorownej zostało małe, przytulne mieszkanie w centrum miasta, które odziedziczyła po rodzicach.
Tutaj się urodziła, wychowała i mieszkała do wyjścia za mąż.
Przez wiele lat lokum było wynajmowane, ale najemcy niedawno się wyprowadzili — i to okazało się bardzo w porę.
W spiżarni przechowywane były jej rzeczy, a meble po rodzicach wciąż tam stały — solidne, drewniane, zabytkowe.
Rozpakowawszy walizki, starłszy kurz i wstawiwszy czajnik, w pierwszej kolejności zadzwoniła do przyjaciółki Margarity:
— Rita, wszystko jest straszne!
Wyrzucili mnie.
Misza zamienił mnie na tę dziewczynę!
A przecież ja dla niego wszystko robiłam.
Myślisz, że on się opamięta?
Wróci?
Tak bardzo na to liczę… To przecież dla jego własnego dobra.
Bóg nie daje im nawet dziecka — czy to nie jest znak?
To znaczy, że ten związek jest niewłaściwy.
Ale syna nie porzucę.
Jest moim jedynym.
Tylko z tą Wierą nie chcę mieć już nic wspólnego.
Jednak złość stopniowo mijała.
Już po tygodniu Wiktoria Fiodorowna znowu gotowała dla syna: gotowała zupy, robiła puree, kotlety na parze.
Czekając, aż młodzi będą w pracy, przyjeżdżała do nich do domu, układała pojemniki w lodówce i dzwoniła do Michaiła:
— Miszeńka, dbaj o siebie.
Przecież ja całe życie dla ciebie żyłam.
W słoiczkach jest puree, barszcz i parowe kotleciki.
Nie dyskutuj, na parę dni wystarczy.
A Wiera niech je, co chce!
Stopniowo przyzwyczaiła się do życia w swoim mieszkaniu.
Przeglądała stare albumy, wspominała dzieciństwo i młodość.
I coraz częściej płakała z samotności.
Pewnego dnia, wracając od syna z pustymi torbami, usiadła na ławce przy klatce schodowej obok starszego mężczyzny.
Ten uśmiechnął się przyjaźnie:
— Witaj, Wika.
Widzę cię tu już nie po raz pierwszy.
Wróciłaś do mieszkania rodziców?
Zmrużyła oczy, poprawiła okulary i nagle wykrzyknęła ze zdziwieniem:
— Igor?
Czy to naprawdę ty?
Myślałam, że wszyscy już dawno się stąd wyprowadzili.
Mieszkasz tutaj?
A rodzina?
Przecież chyba się ożeniłeś, jeśli dobrze pamiętam.
Igor ciężko westchnął:
— Było tak.
Ożeniłem się z kobietą z dzieckiem, ale po kilku latach wróciła do byłego męża.
Córka do ojca, żona do męża, a ja zostałem sam.
Od tamtej pory tak żyję.
Ale ciebie pamiętam przez te wszystkie lata.
Byłaś przecież moim niespełnionym marzeniem.
Wiktoria Fiodorowna tylko spojrzała na niego ze zdziwieniem i w milczeniu poszła do domu.
Innego dnia, jak zwykle, przywiozła Michaiłowi bulion, warzywa na parze i kotlety z kurczaka.
Cicho otworzyła drzwi, zdjęła buty, żeby nie nabrudzić, włożyła pojemniki do lodówki.
Rozejrzała się — w domu było czysto i schludnie.
I nagle usłyszała dziwny dźwięk z sypialni.
Na początku pomyślała, że młodzi sprawili sobie kota.
Ale dźwięk się powtórzył.
Wiktoria Fiodorowna ostrożnie weszła do pokoju i zamarła.
Wiera leżała na podłodze obok łóżka.
Pogotowie przyjechało szybko.
Dziewczynę zabrano do szpitala.
Wiktoria Fiodorowna również bardzo się zdenerwowała, a lekarze powiedzieli jej:
— Mamo, proszę się nie martwić.
Z pani córką wszystko będzie dobrze, zdążyliśmy na czas.
Położymy ją na podtrzymanie ciąży.
Proszę dbać o siebie, niedługo zostanie pani babcią.
Czy dziecko może obejść się bez babci?
Wiera była blada, prawie szara, ale jednak wyszeptała:
— Dziękuję wam… Dziękuję za wszystko…
Kiedy przyjechał Michaił, był cały nieswój z przejęcia:
— Mamo, jakie to szczęście, że byłaś w pobliżu!
Wiera tyle razy prosiła mnie, żebym pojechał do ciebie, mówiła: „Ona jest przecież sama, to twoja mama”.
A ja nie wiedziałem, jak postąpić.
A ty przyjechałaś i ją uratowałaś…
Wiktoria Fiodorowna słuchała syna jak przez mgłę.
I nagle zrozumiała: za co właściwie miała urazę do tej dziewczyny?
Przecież Michaił jest przy niej szczęśliwy.
A to jest najważniejsze.
I dziecko będzie.
Niespodziewanie nawet dla samej siebie powiedziała:
— Nie miałam racji, synku.
Po prostu nie chciałam się tobą z nikim dzielić.
Przecież oprócz ciebie nie mam nikogo.
Wybacz mi.
I Wierę też poproszę o wybaczenie.
Ona walczy o swoje macierzyństwo, znosi moje zarzuty, kocha mojego syna.
Nosi mojego wnuka lub wnuczkę, a ja jeszcze śmiałam mówić o niej źle…
Później urodziła im się dziewczynka — Sofijka.
Jasnowłosa, delikatna, cała mama.
Teraz od Wiktorii Fiodorownej tylko słychać:
— Wiera, córeczko, idź odpocznij, ja sama położę Sofijkę.
I zupkę ci ugotowałam, i herbatkę według starego przepisu — na pokarm.
Nie dyskutuj!
Wiera nie dyskutowała.
Była mądrą kobietą.
Chciała, żeby mąż miał matkę, a Sofijka — kochającą babcię.
A Wiktoria Fiodorowna miała też swój mały sekret.
Zaczęła spotykać się z Igorem Iwanowiczem.
Jeżeli dawna, niesiona przez lata miłość w końcu poruszyła jej serce.
Niedawno nawet się jej oświadczył.
Dzieciom jeszcze nic nie powiedziała — trochę się wstydziła.
Życie jakby zaczęło się na nowo.
I okazało się, że czasami nielubiana synowa z czasem staje się prawdziwą, rodzoną córką.
I niech wszyscy będą szczęśliwi: Wiera, Michaił, mała Sofijka, babcia Wiktoria… i, być może, przyszły dziadek Igor.




