Kupuję, co chcę!
Czy może tak bardzo was wścieka, że nic nie kupuję waszemu syneczkowi?!

— Pięć tysięcy dwieście rubli?
Za co?
Za to, żeby cię po prostu ostrzygli i wysmarowali jakąś mazią? — głos Olgi Dmitrijewny nie brzmiał pytająco, lecz twierdząco i oskarżycielsko, z tą szczególną intonacją, od której każdemu normalnemu człowiekowi zaciskają się szczęki.
Elena zamarła w progu.
W lewej dłoni wciąż ściskała telefon, którego ekran powoli gasł po ciężkiej rozmowie z klientem, a prawą ręką odruchowo chwyciła framugę.
Obraz, który ukazał się jej oczom, był do mdłości codzienny i przez to jeszcze bardziej odrażający.
Jej teściowa, Olga Dmitrijewna, siedziała na kanapie w salonie, wygodnie rozparta na poduszkach.
Na kolanach miała rozpiętą torbę Eleny — drogą, skórzaną, kupioną za premię w zeszłym miesiącu.
A w dłoniach obwieszonych tandetnymi pierścionkami drżał biały prostokąt paragonu.
— Co pani robi? — zapytała cicho Elena, czując, jak gdzieś w okolicy splotu słonecznego zaczyna rozpalać się w niej zimna, ciężka kula wściekłości.
— Po co pani grzebała w mojej torbie?
Olga Dmitrijewna nawet nie drgnęła.
Powoli, z ostentacyjną pogardą, wygładziła paragon na kolanie, jakby to nie był dowód jej bezczelności, lecz ważny dokument państwowy.
— Szukałam validolu, — skłamała, nawet nie próbując nadać głosowi wiarygodności.
— Zakłuło mnie serce.
A znalazłam to.
Pięć tysięcy, Lena!
Paszce zimowa kurtka się rozwaliła, suwak się rozchodzi, chodzi w jesiennej, marznie, a ty puszczasz pieniądze z dymem.
Macie przecież kredyt hipoteczny.
Czyżbyś zapomniała?
Teściowa podniosła wzrok.
Nie było w nim ani grama skruchy, tylko czujny, kłujący błysk.
Czuła się całkowicie w swoim prawie.
Dla niej portfel synowej był czymś w rodzaju publicznej szafki, której zawartość podlega ścisłej inwentaryzacji.
Elena weszła do pokoju.
Telefon z głuchym stukiem spadł na fotel.
Widziała, jak palce teściowej przerzucają zawartość jej portfela, który tamta zdążyła już wyciągnąć z wnętrza torby.
Różowe banknoty, karty bankowe — wszystko to Olga Dmitrijewna przekładała z miejsca na miejsce, oceniając, przeliczając.
— Proszę odłożyć to na miejsce, — powiedziała Elena, podchodząc bliżej.
Jej głos stał się twardy, pozbawiony wszelkich emocji.
— Natychmiast.
— Patrzcie ją, — prychnęła teściowa, zwracając się do niewidzialnego widza, i demonstracyjnie wyciągnęła banknot pięciotysięczny, sprawdzając go pod światło.
— Rozkazuje.
Lepiej byś tak gospodarstwem rządziła.
W lodówce pustki, syn dusi się sklepowymi pielmieniami, a paniusia — salon piękności.
Ty w ogóle rozumiesz, że to połowa zaliczki Paszy?
To był cios poniżej pasa, stary i wyćwiczony.
Porównywanie jej wydatków z mitycznymi zarobkami Pawła było ulubionym tematem Olgi Dmitrijewny.
Tyle że matematyka w tym domu działała zupełnie inaczej, i teściowa doskonale o tym wiedziała, ale nadal grała w swoją grę.
— Zaliczki Paszy nie starczyłoby nawet na opłacenie rachunków za to mieszkanie, — wycedziła Elena, wyciągając rękę po portfel.
— Proszę oddać.
Olga Dmitrijewna gwałtownie cofnęła rękę, przyciskając cudzy portfel do swojego potężnego biustu opiętego dzianinowym swetrem.
— Nie oddam! — zapiszczała niespodziewanie cienkim głosem.
— Nie oddam, żebyś znowu nie przepuściła tego na swoje głupoty!
Odłożę te pieniądze Paszy, na buty.
Nie ma w czym chodzić, a ona tu opływa w luksusy!
Ty zupełnie straciłaś sumienie, dziewucho!
My do ciebie z całego serca, przyjęliśmy cię jak swoją, a ty masz nas za nic!
Elena patrzyła na tę kobietę i nie wierzyła własnym oczom.
Dorosła baba, matka jej męża, siedzi w jej mieszkaniu, na jej kanapie i jawnie ją okrada, zasłaniając się troską o syneczka.
To był surrealizm.
Absurd.
— Olgo Dmitrijewno, — Elena zrobiła jeszcze krok, pochylając się nad teściową.
— To nie są pani pieniądze.
To nie są pieniądze Paszy.
To są moje pieniądze.
Ja je zarobiłam.
Ja haruję po dwanaście godzin dziennie nie po to, żeby pani teraz robiła mi rewizję.
— Rodzina to wspólny kocioł! — odparła teściowa, wygodniej przechwytując lakierowaną skórę portfela.
— I nieważne, kto ile zarobił.
Ważne, kto jak wydaje.
A ty jesteś rozrzutna.
Egoistka.
Myślisz tylko o sobie, farbowana kokieto.
Cierpliwość pękła.
Nie z brzękiem, nie z trzaskiem, po prostu zniknęła, zostawiając po sobie czystą, nieskalaną złość.
Elena szarpnęła torbę do siebie.
Olga Dmitrijewna wczepiła się w rączki z martwym uściskiem buldoga.
— Nie ważcie się mówić mi, jak mam wydawać swoją pensję!
Kupuję, co chcę!
Czy może tak bardzo was wścieka, że nic nie kupuję waszemu syneczkowi?!
Wasz syneczek grosza do domu nie przynosi, ja was oboje utrzymuję!
Niech pani odłoży mój portfel na miejsce, złodziejko!
Olga Dmitrijewna spurpurowiała, nozdrza jej się rozdęły.
— Jak ci język nie uschnie?!
Pasza pracuje!
Pasza się stara!
A ty go upokarzasz!
— Stara się?! — Elena szarpnęła torbę mocniej.
Skóra zaskrzypiała żałośnie.
— Od trzech miesięcy siedzi na gołej podstawie, która starcza mu tylko na benzynę i papierosy!
Ja płacę hipotekę!
Ja kupuję jedzenie!
Ja opłacam pani internet, żeby mogła pani siedzieć i oglądać swoje seriale!
Niech pani odłoży, powiedziałam, mój portfel na miejsce, złodziejko! — krzyczała synowa, przyłapawszy teściową na rewizji swojej torby.
Słowo „złodziejka” smagnęło Olgę Dmitrijewnę gorzej niż policzek.
Zakrzusiła się z oburzenia, ale uścisku nie poluzowała.
Przeciwnie, chwyciła pasek torby obiema rękami, zapierając się nogami o podłogę.
— Ach ty szmato! — syknęła, pryskając śliną.
— Ja jestem matką!
Ja ratuję pieniądze syna!
A ty mnie złodziejką nazywasz?!
Ja ci…
Szarpały biedną torbę w dwie strony jak dwa dzikie zwierzęta dzielące zdobycz.
Elena czuła, jak napinają się mięśnie, jak trzeszczy droga galanteria.
Miała gdzieś torbę.
Musiała wyrwać swoje życie z tych lepkich, chciwych rąk.
— Proszę puścić! — wydyszała, wkładając w szarpnięcie wszystkie siły.
Rozległ się ostry, nieprzyjemny dźwięk rwącej się skóry.
Jedna z rączek nie wytrzymała i oderwała się z trzaskiem.
Elena siłą rozpędu cofnęła się do tyłu, ledwie utrzymując równowagę, a Olga Dmitrijewna, zwycięsko ściskając w dłoniach portfel, który wypadł z rozchylonego wnętrza torby, z triumfującą miną opadła z powrotem na kanapę.
— No i proszę! — ryknęła teściowa, chowając portfel za plecy.
— I nie dostaniesz go, dopóki nie nauczysz się szanować starszych i liczyć pieniędzy!
Wszystko powiem Paszy!
Niech zrobi porządek z tą histeryczką!
Elena stała pośrodku pokoju z rozerwaną torbą w rękach.
Jej pierś ciężko się unosiła.
W głowie nie było już myśli o przyzwoitości, o wieku, o statusie „matki męża”.
Przed nią siedział wróg.
Bezceremonialny, pewny swojej bezkarności wróg, który wtargnął do jej domu i uznał, że ma prawo rozporządzać jej zasobami.
Rzuciła zniszczoną torbę na podłogę.
— Doskonale, — powiedziała lodowatym tonem, od którego nawet po plecach Olgi Dmitrijewny przebiegł dreszcz.
— Powie pani Paszy?
Świetnie.
Ale najpierw odda mi pani pieniądze.
I wyniesie się stąd.
Elena podeszła do kanapy, nie zamierzając już prowadzić żadnych negocjacji.
Czas dyplomacji skończył się w chwili, gdy cudze palce dotknęły jej pensji.
— Oddać.
Natychmiast. — Elena zrobiła krok naprzód, ostatecznie odrzucając resztki wychowania.
Chwyciła teściową za łokieć.
Materiał taniego swetra był nieprzyjemnie szorstki i śliski w dotyku.
Olga Dmitrijewna, nieprzygotowana na fizyczny kontakt, zapiszczała, jakby oblano ją wrzątkiem, i próbowała się wyrwać, ale Elena trzymała mocno.
W tej chwili obudziło się w niej coś pierwotnego — pragnienie obrony swojego terytorium, swoich zasobów, swojego życia przed tym bezczelnym wtargnięciem.
— Puść!
Rękę mi złamiesz, wariatko! — zawyła Olga Dmitrijewna, próbując kopnąć synową nogą w domowym kapciu.
— Pasza!
Pasza!
Zabijają mnie!
— Dosyć tego teatru! — ryknęła Elena.
Szarpnęła teściową ku sobie, zmuszając ją do podniesienia się z nagrzanego miejsca.
Olga Dmitrijewna, ciężka i niezdarna, siłą rozpędu poleciała do przodu i obie, splątane w groteskowym, szpetnym tańcu, wypadły z salonu do wąskiego korytarza.
Portfel, zaciśnięty w spoconej dłoni teściowej, wyślizgnął się i z głuchym plaśnięciem upadł na panele.
Rozchylił się, a jego zawartość — karty, banknoty, drobne — rozleciała się wachlarzem po podłodze, migocząc w świetle matowej żarówki przedpokoju.
— Wynocha stąd! — Elena ciężko oddychała, a jej twarz pokryła się czerwonymi plamami.
— Zabierajcie swoje rzeczy i zmiatajcie!
Mam po dziurki w nosie tych waszych rewizji!
— Ty mnie wyganiasz?!
Mnie?!
Matkę twojego męża?! — Olga Dmitrijewna chwyciła się wolną ręką wieszaka, omal nie przewracając na siebie płaszcza.
— To ty jesteś złodziejką!
Podkradasz rodzinie pieniądze!
Pięć tysięcy!
Pięć tysięcy na włosy, kiedy u nas…
Nie zdążyła dokończyć.
W zamku drzwi wejściowych sucho szczęknął klucz.
Dwa obroty.
Znajomy, ciężki dźwięk, który kiedyś budził w Elenie radość, a teraz już tylko głuche rozdrażnienie.
Drzwi otworzyły się, wpuszczając do dusznej, przesiąkniętej nienawiścią atmosfery mieszkania zapach klatki schodowej i tytoniu.
W progu stał Paweł.
Zmęczony, z poszarzałą twarzą, w rozpiętej kurtce, tej samej, na którą podobno brakowało pieniędzy.
Zamarł, trzymając rękę na klamce, a jego wzrok powoli przesunął się od rozsypanych na podłodze pieniędzy do żony, która wciąż trzymała jego matkę za łokieć.
Scena była bardziej wymowna niż jakiekolwiek słowa.
Olga Dmitrijewna przemieniła się natychmiast.
W jednej chwili z rozwścieczonej furii stała się cierpiącą męczennicą.
Kolana się pod nią ugięły, teatralnie chwyciła się wolną ręką za lewą stronę piersi i wydała z siebie jęk godny Oscara.
— Paszeńka…
Synku… — zawodziła, osuwając się po ścianie, a jednocześnie zdążyła jeszcze nadepnąć na banknot pięciotysięczny, żeby nie odfrunął.
— Ty popatrz…
Popatrz, co się dzieje!
Przyszłam tylko odwiedzić, a ona…
Ona się na mnie rzuciła!
Uderzyła mnie!
— Co tu się dzieje? — głos Pawła był niski, chrapliwy od zmęczenia, ale już dźwięczały w nim metaliczne nuty narastającej agresji.
Nie patrzył na żonę.
Patrzył na matkę, która odgrywała zawał serca.
— Ona chowa pieniądze, Pasza! — zaterkotała Olga Dmitrijewna, wytykając palcem Elenę.
— Ty garbisz się w pracy, białego świata nie widzisz, a ona po salonach chodzi!
Pięć tysięcy dwieście rubli!
Powiedziałam jej tylko słowo, po matczynemu, żeby grosz oszczędzała, a ona jak z łańcucha się zerwała!
Torby narwała, rękę mi wykręcała!
Wygania mnie!
Mówi, że jestem nikim!
Paweł powoli przeniósł wzrok na Elenę.
W jego oczach nie było pytania.
Był wyrok.
Nawet nie próbował się zorientować, nie zapytał, dlaczego pieniądze walają się po podłodze, dlaczego jego matka w ogóle grzebała w rzeczach żony.
Widział tylko jedno: jego „święta” mama została skrzywdzona.
— Uderzyłaś moją matkę? — zapytał cicho, ale ten ton przeraził Elenę bardziej niż krzyk.
— Nie biłam jej, — odpowiedziała twardo Elena, puszczając rękę teściowej i cofając się o krok.
Czuła, jak drżą jej palce, ale zmusiła się, by wyprostować plecy.
— Twoja matka wlazła do mojej torby.
Ukradła mój portfel.
Uważa, że ma prawo kontrolować moje wydatki.
Ja tylko próbowałam odzyskać swoje.
— Swoje? — Paweł przekroczył próg, nie zdejmując butów.
Brud z jego podeszew został na czystej podłodze, tuż obok rozsypanych monet.
— W tej rodzinie nie ma „twojego”, Lena.
Jest nasze.
I jeśli matka mówi, że wydajesz za dużo, to znaczy, że wydajesz za dużo.
— Pasza, serce… — jęknęła Olga Dmitrijewna, przewracając oczami.
— Ojej, jak kłuje…
Doprowadzi mnie do zawału…
Ona to specjalnie, Pasza!
Chce nas poróżnić!
Powiedziała, że groszy do domu nie przynosisz, że jesteś alfonsem!
To była ostatnia kropla.
Twarz Pawła wykrzywiła się.
Urażona męska duma, pomnożona przez zmęczenie i skargi matki, eksplodowała natychmiast.
Odwrócił się gwałtownie i z całej siły uderzył pięścią w ścianę.
Huk był ogłuszający.
Ze ściany osypał się tynk, odsłaniając szary beton.
Wisząca obok skrzynka na klucze spadła z gwoździa i z brzękiem uderzyła o podłogę.
— Ty już całkiem strach straciłaś?! — wrzasnął tak, że Elenie aż zatkało uszy.
Jego twarz nabiegła krwią, żyły na szyi nabrzmiały.
— Jak ty z matką rozmawiasz?!
Kogo ty nazwałaś alfonsem?!
Ja pracuję jak przeklęty!
Ja rodzinę utrzymuję!
— Ty utrzymujesz? — Elena uśmiechnęła się, a ten uśmiech był ostrzejszy niż brzytwa.
— Od trzech miesięcy przynosisz do domu dwadzieścia tysięcy, Pasza.
To nawet na jedzenie nie wystarcza.
— Zamknij się! — Paweł znowu zamachnął się, ale uderzył nie żonę, tylko powietrze, jakby odganiał od siebie prawdę.
— Zamknij się, szmato!
Mieszkasz w moim domu!
Jesz mój chleb!
I śmiesz wypominać mi pieniądze?!
Oddaj matce wszystko, co tam masz!
Jak jej trzeba na lekarstwa albo na buty — oddasz!
— Pasza, ona tam tysiące chowa! — dolała oliwy do ognia Olga Dmitrijewna, cudownie ozdrowiała z ataku serca i podniosła się na nogi.
— Zabierz jej, synku!
Nie daj jej puścić nas z torbami!
Ty jesteś chłop w domu!
Paweł zrobił krok ku żonie, zawisając nad nią całym swoim ciężarem.
Pachniało od niego nieświeżym potem i tanimi papierosami.
— Słyszałaś, co matka powiedziała? — warknął jej prosto w twarz, pryskając śliną.
— Pozbieraj pieniądze.
I oddaj jej.
Tytułem rekompensaty za krzywdę moralną.
I przeproś.
Szybko.
Elena patrzyła na niego i czuła, jak coś w niej umiera.
Nie miłość — miłości już dawno tam nie było.
Umierała litość.
Umierało przyzwyczajenie.
Umierała ostatnia nadzieja, że stoi przed nią normalny człowiek.
Widziała przed sobą nie męża, lecz złośliwego, zakompleksionego nieudacznika, który próbuje dowartościować się jej kosztem, podjudzany przez swoją chciwą matkę.
— Mówisz poważnie? — zapytała bardzo cicho.
— Chcesz, żebym oddała jej swoje pieniądze?
W twoim mieszkaniu?
— Tak! — ryknął Paweł.
— W moim mieszkaniu obowiązują moje zasady!
Nie podoba się — wynoś się na cztery strony świata!
Ale pieniądze oddaj!
— Dobrze, — skinęła głową Elena.
— Jak sobie życzysz, „gospodarzu”.
— Dobrze, — powtórzyła Elena.
— Jak sobie życzysz.
Powoli się schyliła.
Paweł zwycięsko chrząknął, krzyżując ręce na piersi, a Olga Dmitrijewna chciwie pochyliła się do przodu, oczekując, że synowa zacznie teraz uniżenie zbierać banknoty i podawać je jej.
Ale Elena podniosła z podłogi tylko swój wypchany drobnymi i kartami portfel.
Spokojnie, z budzącą lęk metodycznością, otrzepała go z kurzu, zatrzasnęła zamek i wsunęła do kieszeni dżinsów.
W przedpokoju zapadła taka cisza, że słychać było, jak buczy stary licznik w skrzynce.
— Ty co, ogłuchłaś? — Paweł zrobił krok ku niej, a jego twarz znowu zaczęła nabierać złowrogiej czerwieni.
— Powiedziałem — oddaj matce pieniądze!
Mieszkasz w moim domu, więc żyjesz według moich zasad!
Elena podniosła na niego wzrok.
Nie było już w nim ani strachu, ani urazy, ani tego ciepła, z jakim kiedyś patrzyła na tego mężczyznę.
Spojrzenie było puste i przejrzyste jak lód na zimowej rzece.
— W twoim domu? — powtórzyła.
Jej głos brzmiał równo, bez jednej piskliwej nuty, i właśnie ten spokój zaniepokoił Pawła.
— Pasza, masz zaniki pamięci?
Czy może tak często kłamałeś matce, że sam uwierzyłeś we własne bajki?
— Nie waż się tak do mnie mówić! — ryknął, ale w głosie zabrzmiała niepewność.
— To nasze mieszkanie!
Jestem tu zameldowany!
— Meldunek nie czyni cię właścicielem, — Elena mówiła tak, jakby tłumaczyła tabliczkę mnożenia upośledzonemu dziecku.
— Odświeżmy twoją pamięć.
Hipotekę wzięłam ja.
Pół roku przed naszym ślubem.
Wpłata własna — dwa miliony — to były pieniądze ze sprzedaży działki po babci.
Miesięczna rata — czterdzieści pięć tysięcy — schodzi z mojej karty.
Co miesiąc.
Od trzech lat z rzędu.
Olga Dmitrijewna, wyczuwając, że coś idzie nie tak, zaczęła wiercić się w miejscu, poprawiając przekręcony sweter.
— No i co z tego? — wtrąciła się, próbując sprowadzić awanturę z powrotem na dobrze znane tory bazarowej kłótni.
— Jesteście rodziną!
U męża i żony wszystko jest wspólne!
Pasza też się dokłada!
On remont robił!
Tapety kleił!
Elena przeniosła ciężkie spojrzenie na teściową.
Tamta aż cofnęła się, opierając plecami o wieszak.
— Tapety kleił? — Elena uśmiechnęła się, a ten uśmiech był straszniejszy niż grymas.
— Olgo Dmitrijewno, te tapety kosztowały trzy tysiące za rolkę.
Ja je kupiłam.
A pani syn je zniszczył, bo ręce mu nie z tej strony rosną.
Trzeba było wynająć ekipę i zrobić wszystko od nowa.
Za moje pieniądze.
— Wypominasz?! — zapiszczał Paweł, czując, jak ziemia usuwa mu się spod nóg.
Jego męskie ego, nadęte matczynymi pochwałami, pękało w szwach pod naporem faktów.
— Ja na jedzenie daję!
Ja rachunki płacę!
— Dajesz dziesięć tysięcy miesięcznie, Pasza, — Elena podeszła do niego tak blisko, że niemal się stykali.
Był od niej wyższy o głowę, ale teraz wydawało się, że to ona patrzy na niego z góry.
— Dziesięć tysięcy.
To wystarcza dokładnie na zatankowanie twojego starego samochodu, którym wożysz swój tyłek do biura, i na kupienie ci papierosów.
Jesz mięso, które ja kupuję.
Pijesz kawę, którą ja kupuję.
Myjesz się szamponem, który kosztuje więcej niż twój dzienny zarobek.
Nawet gaci nie potrafisz sobie sam kupić — czekasz, aż ja przyniosę.
Paweł otworzył usta, żeby coś odpowiedzieć, ale słowa ugrzęzły mu w gardle.
Był przyzwyczajony uważać się za głowę rodziny, żywiciela, zmęczonego bohatera.
A teraz zdzierano z niego tę skórę żywcem, odsłaniając żałosną, nagą prawdę.
— Ty nie jesteś facetem, Pasza, — dobiła go Elena.
— Ty jesteś utrzymankiem.
Alfonsem z piwnym brzuchem i ambicjami oligarchy.
A pani matka… — odwróciła się do Olgi Dmitrijewny, która już nie łapała się za serce, tylko mrużyła złośliwie paciorkowate oczka.
— A pani jest zwykłym pasożytem.
Przychodzi pani tutaj, żre moje jedzenie, pije moją herbatę i jeszcze śmie grzebać w moich rzeczach?
— Ach ty niewdzięczna kreaturo! — Olga Dmitrijewna aż trzęsła się ze wściekłości.
Maska ofiary spadła ostatecznie.
— Ja syna wychowałam!
Ja po nocach nie spałam!
A ty mu kawałek chleba wypominasz?!
Komu ty będziesz potrzebna, stara panna, jak on cię rzuci?!
— Rzuci? — Elena roześmiała się.
Śmiech był suchy i krótki.
— Pani nie zrozumiała.
To nie on mnie rzuca.
To ja wynoszę śmieci.
Minęła oszołomionego męża i poszła do kuchni.
Paweł drgnął, jakby chciał ruszyć za nią, zaciskając pięści, gotów uderzyć, by zatkać ten strumień prawdy, lecz coś go powstrzymało.
Być może zrozumienie, że jakikolwiek fizyczny atak w tej chwili byłby końcem nie tylko małżeństwa, ale i jego wygodnego życia.
Elena wróciła po chwili.
W rękach trzymała duży czarny worek na śmieci — ten sam, mocny, na gruz.
— Co ty robisz? — zapytał tępo Paweł, patrząc na worek.
— To, co powinnam była zrobić trzy lata temu, — odpowiedziała.
Podeszła do wieszaka, na którym wisiała kurtka Pawła — ta sama, rzekomo podziurawiona — oraz płaszcz Olgi Dmitrijewny.
Jednym gwałtownym ruchem zerwała kurtkę z haczyka.
— Ej!
Odłóż to! — wrzasnął Paweł, rzucając się ku niej.
Ale Elena była szybsza.
Rzuciła kurtkę na podłogę i zaczęła z wściekłością upychać ją do worka.
Zamek zaskrzypiał o plastik.
Zaraz potem poleciały tam czapka, szalik i buty, których Paweł nawet nie zdjął po wejściu, a które teraz walały się przy progu.
— Ty chyba oszalałaś?! — Olga Dmitrijewna wczepiła się w swój płaszcz, przyciskając go do siebie jak dziecko.
— Pasza, zrób coś!
Ona jest nieobliczalna!
Dzwoń po psychiatryk!
— Zaraz zadzwonię po policję, — wycedziła Elena, nie prostując się.
— I zgłoszę kradzież z włamaniem.
Wspólnie popełnioną.
Wy oboje jesteście tutaj nikim.
Pasza nawet tymczasowego meldunku nie ma już od pół roku, nie przedłużyłam mu go.
A pani, mamusiu, jest tu tylko gościem, który zasiedział się o wiele za długo.
Paweł zamarł.
Wzmianka o policji i o braku meldunku podziałała na niego jak kubeł lodowatej wody.
Nagle z krystaliczną jasnością uświadomił sobie swoją sytuację.
Bez tego mieszkania, bez pieniędzy Eleny, bez jej milczącej zgody na dźwiganie ciężaru codzienności był nikim.
Nagim królem w kartonowej koronie.
— Lena, poczekaj, — jego ton zmienił się natychmiast.
Agresję zastąpiła żałosna, podlizująca się nuta.
— No po co się tak nakręciłaś?
No przecież tylko się poniosło.
Mama chciała dobrze…
Pogadajmy normalnie.
Po co ruszać rzeczy?
— Normalnie? — Elena wyprostowała się, trzymając w rękach na wpół pusty worek.
— Normalnie było, kiedy milczałam.
Kiedy znosiłam twoje humory i rewizje twojej matki.
A teraz — koniec.
Sklepik zamknięty.
Finansowanie projektu „syneczek mamusi” zostało wstrzymane.
Kopnęła jego trampki w stronę drzwi.
— Resztę zbieraj sobie sam.
Masz pięć minut.
Jak nie zdążysz — wszystko poleci przez okno.
I twoja konsola, i laptop, i kolekcja kufli do piwa.
— Nie odważysz się, — wysyczała Olga Dmitrijewna, patrząc na synową z nienawiścią, od której skwaśniałoby mleko.
— To wspólnie nabyte mienie!
— Paragon za konsolę jest na moje nazwisko, — odparła Elena.
— Laptop to prezent od mojej firmy dla mnie na urodziny.
A kufle…
zabierajcie.
Nawet się nimi zadławcie.
W pokoju zawisła ciężka, gęsta atmosfera całkowitego rozpadu.
Paweł przenosił wzrok z żony na matkę, gorączkowo próbując znaleźć wyjście, jakąś furtkę, znajomy przycisk manipulacji, który można nacisnąć.
Ale pilot przestał działać.
Przed nim stał obcy człowiek, który nie chciał już bawić się w rodzinę.
— Pięć minut, Pasza, — powtórzyła Elena, patrząc na zegarek.
— Czas start.
— Blefujesz, — wypluł Paweł, krzywiąc usta w pogardliwym uśmiechu.
Wciąż nie wierzył.
W jego świecie, gdzie mama zawsze miała rację, a żona była wygodną funkcją, takie bunty tłumiło się jednym wrzaskiem.
— Nigdzie mnie nie wyrzucisz.
To też moje mieszkanie, ja tu mieszkam, jestem tu zameldowany…
no, byłem.
Nieważne.
Zaraz się uspokoisz, pozbierasz moje rzeczy i pójdziesz przepraszać matkę.
Elena nie odpowiedziała.
W milczeniu zawiązała supeł na czarnym worku, w którym leżała zmięta jego „drogocenna” kurtka i buty.
Plastik zaszeleścił nieprzyjemnie, a ten dźwięk w ciszy przedpokoju wydał się ogłuszający.
— Ty co, głucha jesteś? — Paweł zrobił krok ku niej, unosząc rękę, by wyrwać worek.
— Stawiaj to!
Elena gwałtownie uskoczyła.
W jej ruchach nie było już tej miękkości, jaka cechuje kochającą kobietę.
To były ruchy osaczonego zwierzęcia, które zdecydowało, że nie ma już dokąd uciekać, więc trzeba atakować.
Rozwarła na oścież drzwi wejściowe.
Chłodne powietrze z klatki schodowej wpadło do nagrzanego mieszkania, niosąc ze sobą zapach wilgoci i cudzych smażonych ziemniaków.
— Czas minął, — powiedziała głucho.
I z rozmachem wyrzuciła worek na betonową podłogę klatki schodowej.
Przeleciał kilka metrów i z miękkim stukiem uderzył w drzwi sąsiadów.
— Ty jesteś chora! — zapiszczała Olga Dmitrijewna, wciskając się w ścianę.
— Pasza, ona wyrzuciła rzeczy!
Przecież tam były dokumenty w wewnętrznej kieszeni!
— Ach ty suko… — warknął Paweł.
Rzucił się na klatkę po worek, ale zatrzymał się w progu, rozdarty między chęcią ratowania kurtki a koniecznością „ustawienia baby do pionu”.
Ta sekunda wahania okazała się decydująca.
Elena, korzystając z jego dezorientacji, chwyciła z szafki torebkę teściowej — tę samą, z urwaną rączką, od której zaczął się ten cały koszmar.
— A to — na pamiątkę, — powiedziała Elena.
Zamachnęła się i wyrzuciła torebkę za workiem.
Skórzany worek zatoczył łuk i pacnął prosto do brudnej kałuży roztopionego śniegu naniesionego z cudzych butów.
— Moja torebka! — zawyła Olga Dmitrijewna, zapominając o korzonkach, sercu i wieku.
Rzuciła się do wyjścia jak jastrząb, rozpychając syna łokciami.
— Tam jest legitymacja emeryta!
Tam są klucze!
Idioto, zniszczyłaś mi skórę!
Gdy tylko teściowa wyskoczyła na klatkę, Elena zrobiła coś, czego nikt się po niej nie spodziewał.
Oparła obie ręce o plecy męża, który wciąż stał w drzwiach, patrząc na porozrzucane rzeczy, i z całej siły go pchnęła.
Paweł, nie spodziewając się ataku od tyłu, stracił równowagę.
Śmiesznie zamachał rękami, próbując złapać się futryny, ale palce się ześlizgnęły.
Wyleciał na klatkę schodową, omal nie przewracając matki pochylonej po torebkę.
— Ej!
Ty co wyprawiasz?! — wrzasnął, odwracając się.
Jego twarz wykrzywiła się z wściekłości i upokorzenia.
— Otwórz!
Ja ci zaraz łeb rozwalę!
Elena stała na progu swojego mieszkania.
Jedną ręką trzymała klamkę drzwi, gotowa zatrzasnąć je w każdej chwili, a drugą zapierała się o framugę, odcinając drogę powrotną.
Patrzyła na nich — rozczochraną teściową przyciskającą do piersi brudną torebkę i męża w samych skarpetkach na zimnym betonie.
I nie czuła nic prócz obrzydzenia.
Jakby wynosiła śmieci, które zbyt długo się gromadziły i zaczęły śmierdzieć.
— Jutro składam pozew o rozwód, — powiedziała głośno i wyraźnie, tak by usłyszeli nie tylko oni, ale i wszyscy sąsiedzi, którzy zapewne już przykleili się do judaszy.
— Zamki wymienię jeszcze dziś.
Spróbujesz się dobijać — wezwę patrol.
Mam rachunek od ślusarza, który ostatnim razem otwierał zamek, kiedy zgubiłeś klucze.
Udowodnię, że mieszkam sama.
— Lena, nie wygłupiaj się! — Paweł zrobił krok ku niej, próbując wsunąć nogę w szparę, żeby nie mogła zamknąć drzwi.
Jego ton gwałtownie zmienił się z agresywnego w spanikowany.
Zrozumiał, że to nie gra.
— Dokąd ja pójdę?
Noc jest!
Nie mam ani kluczy, ani pieniędzy, wszystko jest w kurtce!
— Do mamusi, Pasza.
Do mamusi, — Elena z całej siły kopnęła jego nogę obutą w szarą skarpetkę z dziurą na dużym palcu.
Paweł zawył z bólu i cofnął nogę.
— Jeszcze pożałujesz! — wysyczała Olga Dmitrijewna, prostując się i wymachując brudną torebką przed twarzą synowej.
— Przypełzniesz!
Nikomu nie jesteś potrzebna, bezpłodna!
Pozwiemy cię!
Za krzywdę moralną!
Za zniszczenie mienia!
— Pozwijcie, — skinęła głową Elena.
— Tylko załatwcie sobie dobrego adwokata.
Bo na adwokata z urzędu Paszy pieniędzy nie starczy, przecież wszystkie jego „zarobki” wydajecie na swoje zachcianki.
— Lena! — Paweł próbował rzucić się barkiem na drzwi, ale Elena zdążyła.
Z całej siły zatrzasnęła ciężkie metalowe skrzydło tuż przed jego nosem.
Huk uderzenia rozszedł się echem po całej klatce schodowej, stawiając grubą, ostateczną kropkę w ich rodzinnym życiu.
Elena natychmiast, drżącymi palcami, przekręciła zasuwę nocnego zamka.
Jeden obrót.
Drugi.
Metalowy rygiel z łoskotem wszedł w prowadnicę.
Potem trzęsącymi się rękami zamknęła też górny zamek na dwa obroty klucza.
Po drugiej stronie od razu zaczęli walić w drzwi.
— Otwieraj, suko!
Otwieraj, powiedziałem! — darł się Paweł, kopiąc w drzwi.
— Ja tu mieszkam!
To mój dom!
Mamo, dzwoń na policję!
— Złodziejka! — wtórowała mu Olga Dmitrijewna piskliwym głosem.
— Okradła chłopaka i wyrzuciła go za drzwi!
Ludzie dobrzy, pomóżcie!
Elena oparła czoło o zimny metal drzwi.
Serce waliło jej gdzieś w gardle, pulsując w skroniach.
Nogi miała jak z waty, ręce drżały, ale w głowie panowała dźwięczna, krystaliczna jasność.
Usłyszała, jak otwierają się drzwi sąsiadów z dołu.
Usłyszała szorstki głos wujka Witi, emerytowanego wojskowego: — A wy, gówniarzeria, zamknąć się!
Zaraz zadzwonię po policję i wszystkich was zamkną!
Jest jedenasta, ludzie chcą spać!
Zmywajcie się stąd, zanim wyjdę z łomem!
Wraski za drzwiami ucichły, zastąpione złośliwym syczeniem i szuraniem kroków.
— Jeszcze wrócimy!
Jeszcze zatańczysz! — dobiegło przytłumione mamrotanie Olgi Dmitrijewny.
— Chodź, mamo.
Ja jej urządzę…
Już jutro… — głos Pawła oddalał się, stając się coraz cichszy, aż w dole trzasnęły ciężkie drzwi wejściowe do klatki.
Cisza.
Elena powoli osunęła się po drzwiach na podłogę, dokładnie w to miejsce, gdzie jeszcze dziesięć minut wcześniej leżały rozsypane monety.
Siedziała w pustym przedpokoju, patrząc na wieszak, na którym nie wisiała już kurtka męża ani płaszcz teściowej.
Haczyki sterczały z ściany osierocone, ale ten widok nie budził w niej tęsknoty.
Wzięła głęboki oddech.
Powietrze w mieszkaniu wciąż pachniało awanturą, potem i tanimi perfumami teściowej, ale spod tej warstwy przebijał się już inny zapach.
Zapach wolności.
Zapach jej osobistej przestrzeni, której nikt już nie odważy się naruszyć.
Elena spojrzała na swoje ręce.
Na dłoni został czerwony ślad od ciężkiej klamki drzwi.
Zacisnęła pięść, czując, jak wraca siła.
— Kupuję, co chcę, — powiedziała cicho w pustkę, powtarzając słowa, od których wszystko się zaczęło.
Wstała, poszła do kuchni i włączyła czajnik.
Czekała ją wymiana zamków, złożenie pozwu rozwodowego i być może po raz pierwszy od trzech lat spokojny sen we własnym, cichym mieszkaniu, nikomu nic niewinnym.
Życie dopiero się zaczynało i było warte dokładnie tyle, ile Elena gotowa była za nie zapłacić — jedną rozerwaną torbę i jednego straconego męża.
Niewielka cena za samą siebie.



