— A z kim ty niby zamierzasz mieszkać? Komu ty
jesteś potrzebna z dzieckiem? Jakoś nie widzę
kolejki narzeczonych stojącej za waszym płotem — mruknęła niezadowolona teściowa.
W tym czasie Swietłana pakowała rzeczy córki.
Swoje już ułożyła — niewiele, tylko to, co najpotrzebniejsze.
Resztę będzie można zabrać później.
Poruszała się spokojnie, niemal mechanicznie: odłożyła ciepły dres Soni — odnotowała to w myślach, potem dokładnie schowała buty — kolejny ptaszek na liście.
W środku nie było już ani łez, ani wahania.
Noc bez senności pomogła jej podjąć ostateczną decyzję: musi rozstać się z Kiriłłem.
Słyszała, jak wrócił do domu późnym wieczorem.
Najpierw zajrzał do sypialni, a potem, nie znalazłszy jej tam, uchylił drzwi do pokoju dziecięcego.
Swietłana udawała, że śpi.
Rano, szykując się do pracy, Kiriłł znów podszedł do drzwi pokoju córki, postał chwilę, podreptał w miejscu, ale nie odważył się wejść — rozmowę odłożył na wieczór.
Jednak żadnej rozmowy już nie będzie.
Za pół godziny Swietłana wezwie taksówkę i pojedzie do rodziców razem με dwuletnią Sofijką.
Po tym, co wydarzyło się wczoraj, nie chciała z nim rozmawiać ani nawet go widzieć.
Do jego nawyku wracania w piątki pod wpływem alkoholu zdążyła się już dawno przyzwyczaić.
Ale wczoraj była środa.
Na dodatek rano prosiła męża, by wrócił wcześniej i posiedział z córką — Swietłana planowała spotkać się z przyjaciółką Warią, która obiecała pomóc jej w znalezieniu pracy zdalnej.
Kiedy Kiriłł pojawił się w takim stanie, zrozumiała: nie można zostawić z nim dziecka.
Natychmiast zadzwoniła do Warii i poprosiła o przełożenie spotkania.
Kiriłłowi bardzo się to nie spodobało.
— Do kogo ty dzwonisz? O czym ty w ogóle się umawiasz? — ostro naskoczył na nią.
— Rozmawiam z Warią. Miałyśmy się spotkać, ale nie mogę zostawić Soni pod twoją opieką.
— A to niby dlaczego?
— Spójrz na siebie. Powinieneś się przespać, jutro idziesz do pracy — odpowiedziała Swietłana i skierowała się do kuchni.
— Stój! — krzyknął, chwytając ją za rękę. — Co ci się nie podoba w moim wyglądzie? Posiedzieliśmy chwilę z przyjaciółmi, Witia miał urodziny. Sam decyduję, w jakim stanie wracam do domu!
Swietłana próbowała się wyrwać:
— Puść! To boli! Zupełnie straciłeś rozum!
Szarpnęła ręką, Kiriłł zachwiał się i o mało nie upadł.
— Ach tak?! — wściekł się i niespodziewanie uderzył ją w nos.
Swietłana złapała się za twarz.
Kiriłł chyba sam nie spodziewał się po sobie czegoś takiego, zmieszał się, próbował coś powiedzieć, ale ona zdążyła się już odwrócić i poszła do córki.
— Też mi coś, księżniczka! — rzucił za nią i wybiegł z mieszkania.
„Księżniczką” zawsze nazywała ją teściowa — z wyraźną pogardą.
Swietłana nie spodobała jej się od samego początku.
— Dwadzieścia jeden lat, a wciąż siedzi na utrzymaniu rodziców! Studiuje! W moim wieku miałam już dzieci! — oburzała się Natalia Stiepanowna. — Namęczysz się z nią, Kiriuszka. Trzeba było wybrać skromniejszą dziewczynę.
Rodzice Swietłany również nie byli zachwyceni jej wybrankiem.
— Nie spiesz się z zamążpójściem — mówiła matka. — Przyprzyj się mu, jego rodzinie. Zastanów się, czy będziesz mogła przeżyć z tym człowiekiem całe życie.
Ale wtedy Swietłana nie posłuchała.
Już po pół roku zrozumiała, że popełniła błąd, ale nie odważyła się odejść — wstydziła się przyznać rodzicom rację.
Na dodatek była już w ciąży.
Pojawienie się Soni niczego δεν zmieniło.
Kiriłł nadal uważał, że dom i dziecko to wyłącznie obowiązek żony.
Nie brał pod uwagę ani jej zmęczenia, ani chorób córki.
— Z jednym dzieckiem nie potrafisz sobie poradzić! — wyrzucał jej. — Inne ze wszystkim dają radę!
— Soni wyrzynają się ząbki, ciągle chce na ręce, nie mogę ugotować… — próbowała tłumaczyć Swietłana.
Ale on nie słuchał.
Z czasem złudzenia ostatecznie zniknęły.
Coraz częściej łapała się na myśli, że mama miała rację.
Kilka razy chciała już odejść, ale Kiriłł obiecywał poprawę, a ona wierzyła.
Do wczorajszego dnia.
Teraz wiedziała na pewno: tak dalej żyć nie można.
Ani ze względu na siebie, ani ze względu na córkę.
Kiedy Swietłana przyjechała do rodziców, matka zobaczyła ją przez okno.
— Kola, patrz, Swieta przyjechała. Z rzeczami. Pomóż jej.
Kiedy córka zdjęła okulary, rodzice zamarli z przerażenia — pod okiem rozlewał się siniak.
— To on zrobił? — cicho zapytała matka.
Swietłana skinęła głową.
— Ja mu zaraz… — wyrwał się ojciec.
— Nie, tato. Nie trzeba. Sama to załatwię. Lepiej pomóż zabrać nasze rzeczy.
Ojciec wraz z bratem pojechali po rzeczy, a potem zabrali Swietłanę na obdukcję.
— Jeśli chcecie złożyć doniesienie, potrzebna jest obdukcja lekarsko-sądowa — wyjaśnił wujek.
— Jutro pojedziemy — zdecydował ojciec.
Tymczasem Kiriłł wrócił do domu z bukietem i zabawką dla córki.
Ale mieszkanie było puste.
Nie było ani Swietłany, ani Soni, ani ich rzeczy.
Zaczął dzwonić — telefon żony był wyłączony.
Wtedy zadzwonił do teściowej.
— Tak, Swietłana i Sofijka są u nas — odpowiedziała. — I lepiej tu nie przychodź — ojca aż świerzbią ręce. O rozwód wystąpi sama.
Kiriłł próbował się dodzwonić, a nawet czekał na nią pod domem, ale bezskutecznie.
Po tygodniu otrzymał dokumenty rozwodowe.
Wtedy wtrąciła się jego matka.
— Nie chcę z nią rozmawiać — powiedziała Swietłana.
— Mimo wszystko powinnaś porozmawiać — odpowiedziała jej mama. — Postawmy kropkę nad i.
Na podwórku czekała już na nie Natalia Stiepanowna.
— Rozwodzić się zachciało? — od razu zaczęła. — Mąż wrócił trochę wypity — trzeba było milczeć, a nie dochodzić swoich praw!
— Kiriłł mnie uderzył — spokojnie odpowiedziała Swietłana.
— To znaczy, że go sprowokowałaś! — ucięła teściowa. — I co teraz, rozwód? Dziecko bez ojca zostawić?
— Nie będę mieszkać z pani synem — stanowczo powiedziała Swietłana.
— No to żyj sobie, jak chcesz! Tylko na mieszkanie i alimenty nie licz!
— Mieszkanie nie jest mi potrzebne. A o alimenty wystąpię — odpowiedziała.
I tak się stało: rozwiedziono ich szybko.
Obdukcja o pobiciu odegrała swoją rolę.
Swietłanie przyznano alimenty na dziecko, a także środki na jej własne utrzymanie do czasu, aż Sonia skończy trzy lata.
Minęło pięć lat.
Pierwszego września przed szkołą ustawił się uroczysty apel.
Sonię odprowadzała mama, babcia i dziadek.
— A tata przyjdzie? — zapytała dziewczynka.
— Przyjdzie na pewno — uśmiechnęła się Swietłana. — Już jedzie.
Pomachała ręką mężczyźnie przeciskającemu się przez tłum.
Ale to nie był Kiriłł.
Trzy lata temu Swietłana wyszła za mąż za Aleksandra, swojego kolegę z pracy.
I teraz spodziewali się dziecka.
Kiriłł natomiast został sam.
Miał jakieś związki, ale gdy tylko sprawa stawała się poważna, prawda wychodziła na jaw.
Miasto jest małe — plotki rozchodzą się szybko.
Przylgnął do niego przydomek „kanapowy bokser”.
Może kiedyś znajdzie się kobieta, która przymknie na to oko.
Ale póki co to się nie stało.
Prawo bumerangu działa — czy to się komuś podoba, czy nie.




