— Oho, ilu was się tu zebrało!
— No, tato, postanowiliśmy wybrać się do ciebie

na weekend — odpowiedział Andriej, pomagając dzieciom wydostać się z samochodu.
Obok kręciły się Lila i Anton, a śladem za nimi podjechał swoim samochodem Romka — syn przyjaciół.
Nastia, żona Andrieja, lekko wyskoczyła z auta, rozejrzała się po działce i z zadowoleniem skinęła głową.
— Dzień dobry, Stiepanie Iljiczu!
Widzę, że zbiory u pana w tym roku na medal: i jabłka, i gruszki.
Przetworów będzie mnóstwo!
— Coś w tym jest, Nastieńko — uśmiechnął się gospodarz.
— Pogoda w tym roku cieszy.
Wiśni też było sporo — narobiłem wam dżemu, zabierzecie potem ze sobą.
— To świetnie! — ucieszyła się synowa, wyraźnie zadowolona z tego, że sama nie będzie musiała się tym zajmować.
Stiepan udawał, że nie poznał dzieci, i z udawaną powagą popatrzył na nie:
— A to kto taki mnie odwiedził?
— Dziadku, co ty? — zdziwiła się Lila.
— Przecież jestem twoją wnuczką!
— Czyżby? — zmrużył oczy.
— Moja wnuczka była jeszcze mała i nie wymawiała litery „r”.
— Już urosłam!
I teraz umiem!
Patrz — r-r-r! — zawarczała dziewczynka, wywołując powszechny śmiech.
— No, teraz widzę — to na pewno moja! — zaśmiał się dziadek.
— A te zuchy to kto?
— To Anton, mój brat, a to Romka — nasz przyjaciel!
On też ma dwanaście lat! — żwawo zameldowała Lila.
— No proszę, już całkiem dorośli! — Stiepan poklepał chłopców po ramionach.
— Wchodźcie, rozgośćcie się, jak chcecie — biegajcie po ogrodzie.
Dzieci od razu ruszyły w stronę huśtawek, a dorośli zaczęli się zapoznawać.
Andriej przedstawił przyjaciół — Iwana i Daszę — i zaproponował, żeby przyjeżdżali częściej: smażyć szaszłyki, parzyć się w bani.
Stiepan tylko się ucieszył: po śmierci żony ciężko mu było samemu.
Choć miał już ponad siedemdziesiąt lat, trzymał się krzepko — sam zajmował się gospodarstwem, pracował w ogrodzie, robił przetwory.
Dom miał porządny, banię — do pozazdroszczenia.
Parzył się tak, że nie każdy by wytrzymał: wyjdzie cały czerwony, poleje się lodowatą wodą — i znowu do parni.
Gości lubił: w takie chwile czuł się potrzebny.
Zawsze trzymał zapas produktów, żeby nakarmić wszystkich.
Tylko że przyjeżdżali do niego rzadko — głównie syn z rodziną, albo czasem sąsiedzi zaglądali.
A tu nagle — pełne podwórko ludzi.
Grill już ustawili, Iwan poprosił o drewno.
Stiepan od razu wziął się za siekierę i szybko narąbał równych polan.
— To się nazywa mistrzostwo! — zachwycił się Iwan.
— Całe życie się tym zajmuję — uśmiechnął się dziadek.
Kiedy kobiety nakrywały do stołu, a mężczyźni zajmowali się mięsem, Stiepan napalił w bani.
Ale wtedy zza płotu wychylił się sąsiad Wasilij:
— O, Stiepan, co za święto?
Tyle ludzi!
— A, syn przyjechał z gośćmi — krótko odpowiedział dziadek.
— Aha, odpoczywać przyjechali?
Na gotowe? — złośliwie uśmiechnął się sąsiad.
— Jakoś ich nie widziałem, kiedy ty tutaj ziemię kopałeś i drzewa okrywałeś.
Stiepan tylko machnął ręką, ale słowa te go zabolały.
Jednak szybko odgonił nieprzyjemne myśli i wrócił do gości.
Od tamtej pory tak już zostało: w każdy weekend — pełne podwórko ludzi.
Dzieci bawiły się w ogrodzie, dorośli smażyli szaszłyki, parzyli się w bani.
Tak minęło kilka lat.
Prawda, nikt ani razu nie zaproponował pomocy w gospodarstwie.
Zresztą sam Stiepan nie prosił — głupio mu było.
Ale pewnego dnia zachorował.
Kiedy goście przyjechali, leżał w łóżku, blady, z trudem oddychał.
— Co ci jest, ojcze? — zapytał Andriej, starając się nie okazywać irytacji.
— A, lekarz był, powiedział, że trzeba odpocząć… zmęczenie się skumulowało — odpowiedział starzec.
— No to leż, odpoczywaj.
Następnym razem przyjedziemy — szybko zdecydował syn i wyprowadził wszystkich na zewnątrz.
— Może potrzebuje pomocy? — cicho zaproponował Romka.
— A jaka tam pomoc?
Potrzebuje odpoczynku.
Tylko byśmy przeszkadzali — machnął ręką Andriej i odjechał z rodziną.
Romka jednak wszedł do domu.
— Dziadku Stiepanie, może czegoś potrzeba?
Możemy przywieźć — zapytał.
Starzec ledwo powstrzymał łzy: obcy chłopak zaproponował pomoc, a własny syn odjechał.
— Nic nie potrzeba, dziękuję ci — odpowiedział cicho.
Romka zostawił swój numer telefonu i odjechał.
Wkrótce wyjechał się uczyć do innego miasta.
A Stiepan całkiem osłabł.
Syn przyjechał jeszcze parę razy, a potem całkiem przestał.
Ogród zarósł, drzewa zdziczały, owoce gniły na ziemi.
Pewnego dnia żona znowu przypomniała Andriejowi:
— Pojechałbyś do ojca… może go już nie ma, i dom można sprzedać.
— A, umówiłem się z sąsiadem, zadzwoni — machnął ręką tamten.
A Stiepan wciąż żył.
Z trudem poruszał się po domu i z bólem patrzył na zaniedbany ogród.
I oto pewnego dnia obudził go hałas.
Pomyślał — złodzieje.
Ale usłyszał znajomy głos:
— Dziadku Stiepanie, żyjesz?
— Romka? — zdziwił się.
Chłopak wrócił.
Zobaczył spustoszenie i od razu zabrał się do pracy: narąbał drewna, naprawił płot, oczyścił ogród, przekopał warzywniak, napalił w bani.
Z jego pojawieniem się starzec jakby ożył — zaczął wychodzić na podwórko, spacerować wzdłuż płotu, podziwiać odnowioną działkę.
I oto pod koniec jesieni przyjechał Andriej.
Chciał sprawdzić, jak tam ojciec… i, być może, oszacować, kiedy czekać na spadek.
Ale zobaczył żwawego, choć schudniętego starca.
— Co cię tutaj niesie? — uśmiechnął się Stiepan.
— Ty… żyjesz? — nie powstrzymał się syn.
— A na co czekałeś? — spokojnie odpowiedział ojciec.
— Grzebać mnie przyjechałeś?
— A, ja… chciałem dom obejrzeć… — wymamrotał Andriej.
I wtedy Stiepan wszystko zrozumiał.
— Wynocha stąd! — ostro krzyknął.
— Rok się nie pokazywałeś, czekałeś aż umrę, a teraz dom potrzebny?
Nic ci się nie dostanie!
— Odwrócił się i już w progu dodał:
— Drugiemu synowi dom oddam.
Nie tobie!
I nawet nie myśl się sądzić!
Drzwi zatrzasnęły się.
Z piwnicy wyjrzał Romka:
— Kto to był?
— A, tak… obcy człowiek pytał o drogę — spokojnie odpowiedział Stiepan.
— I co, pokazałeś?
— Nie, synku.
Poradziłem, żeby tu więcej nie wracał.
I, być może, była to najbardziej słuszna rada.



