— Ta bezczelna smarkula ośmieliła się kupić sobie nowe kozaki, zamiast oddać pieniądze mnie, na wymianę okien!

Pozwoliłam wam mieszkać u siebie po to, żebyście…

— No, stój.

Co tam tak szeleści w tej torbie?

Głos Zinaidy Pietrowny nie zabrzmiał głośno, ale tak wyraźnie, że zagłuszył nawet szum wody w rurach starej chruszczowki.

Julia zamarła, nie zdążywszy zrobić zbawiennego kroku przez próg pokoju, który dzieliła z Maksimem.

Chciała tylko cicho przejść, przebrać się i schować pudełko głęboko w szafie, pod stertą zimowych swetrów.

Nie udało się.

Teściowa zmaterializowała się w drzwiach kuchni, wycierając ręce w waflową ściereczkę, na której brunatną plamą rozlewał się ślad po burakach.

W półmroku korytarza przypominała strażnika, który przyłapał kogoś na łamaniu godziny policyjnej.

— Mówię: pokaż tę torbę.

Zinaida Pietrowna nie prosiła, ona żądała.

W jej tonie nie było ciekawości, tylko chłodne, wyrachowane zainteresowanie celnika podejrzewającego przemyt.

— Logo wydaje mi się znajome.

Sklep obuwniczy, tak?

Julia głęboko odetchnęła, czując, jak w środku napina się sprężyna irytacji.

Pracowała dziewięć godzin na nogach, potem pół godziny trzęsła się w przepełnionej marszrutce i najmniej na świecie miała teraz ochotę tłumaczyć się z tego, na co wydała własne, uczciwie zarobione pieniądze.

Ale zasady wspólnego mieszkania, ustalone w tym mieszkaniu trzy miesiące wcześniej, zakładały pełną przejrzystość.

Albo, jak nazywała to teściowa, „rodzinną konsolidację budżetu”.

— Kozaki, Zinaida Pietrowna.

Zimowe — odpowiedziała krótko Julia, stawiając torbę na pufie.

Ukrywanie czegokolwiek nie miało sensu — paragon leżał w pudełku, a ceny teściowa potrafiła ocenić na oko lepiej niż niejeden towaroznawca.

— Kozaki… — przeciągnęła kobieta, powoli podchodząc bliżej.

Jeszcze raz wytarła ręce, starannie, każdy palec z osobna, zanim dotknęła cudzego zakupu.

— A stare co miały nie tak?

Te czarne, na traktorowej podeszwie?

Przecież one są nie do zdarcia.

— Podeszwa pękła na pół.

Wczoraj wróciłam do domu z mokrymi skarpetkami.

I jeszcze wypadło podparcie łuku, chodzenie boli.

— Pękła… — powtórzyła echem Zinaida Pietrowna.

Bezceremonialnie wsadziła rękę do torby, wyjęła pudełko i otworzyła wieczko.

Pachniało nową skórą i klejem.

— Nie przyszło ci do głowy oddać ich do naprawy?

Tam roboty za trzysta rubli — skleić i zrobić zabezpieczenie.

A tu…

Wyciągnęła jeden kozak, obróciła go w rękach, ścisnęła skórę, sprawdzając jakość, i z niesmakiem zajrzała do środka, szukając metki z ceną.

— Naturalna skóra? — zapytała tonem, jakby oskarżała synową o zażywanie zakazanych substancji.

— I, jak widzę, futerko też nie jest sztuczne.

Ile?

— Pięć i pół tysiąca.

Po zniżce — Julia próbowała odebrać kozaka, ale teściowa chwyciła cholewkę śmiertelnym uściskiem.

— Pięć i pół tysiąca… — Zinaida Pietrowna powoli odłożyła kozaka z powrotem do pudełka, jakby to był martwy szczur.

Podniosła wzrok na synową, a w jej oczach falowała chłodna, rozsądna wściekłość.

— Ty jesteś przy zdrowych zmysłach, dziewczyno?

W zeszłym tygodniu siedziałyśmy przy stole i liczyłyśmy.

Tłumaczyłam wam po rosyjsku: profil Rehau drożeje od pierwszego.

Każda kopiejka się liczy.

A ty wyrzucasz pięć i pół tysiąca w błoto?

— Nie mogę chodzić boso po śniegu, Zinaida Pietrowna.

To konieczność, a nie luksus.

— Konieczność to ciepłe okna w kuchni, żebym mnie nie przewiało, kiedy gotuję wam, darmozjadom, barszcz! — głos teściowej zaczął się wznosić, ale zaraz się urwał, przechodząc w złowrogi szept.

— Masz kozaki.

Stare, ale porządne.

No i co z tego, że pęknięcie.

Założyłabyś worek na skarpetkę i byłoby sucho.

Ja tak chodziłam przez pięć lat w latach dziewięćdziesiątych i jakoś się nie rozpadłam.

Ale tobie, widać, status nie pozwala?

Królowa stacji benzynowej?

Julia milcząco wzięła pudełko.

Znała ten ton.

Zaraz zaczną się wspomnienia o ciężkiej młodości, o tym, jak Maksimka zawijano w stare prześcieradła zamiast pieluch, i jak ona z nieżyjącym już mężem nosili każdą kopiejkę do kasy oszczędnościowej.

— Kupiłam je za swoją pensję — powiedziała Julia stanowczo, patrząc teściowej między oczy.

— Ja i Maksim odkładamy pani na okna.

Ale nie będę poświęcać zdrowia dla plastikowej ramy.

— Swoją pensję? — Zinaida Pietrowna uśmiechnęła się, a ten uśmiech był straszniejszy niż krzyk.

— W moim domu nie ma „twojej” i „mojej” pensji, dopóki żyjecie tu na gotowym.

Nie płacicie tutaj ani czynszu, ani rachunków w pełnej wysokości, tylko liczniki.

Wpuściłam was po to, żebyście uzbierali na hipotekę i pomogli mi dokończyć remont.

A wychodzi na to, że ja was utrzymuję, a wy sobie żyjecie jak państwo?

Teściowa gwałtownie odwróciła się i poszła do kuchni, głośno szurając kapciami.

— Idź, idź do swojego pokoju — rzuciła przez ramię, nie odwracając się.

— Przymierzaj nowości.

Ciesz się.

Tylko kiedy Maksim wróci, porozmawiamy.

Poważnie porozmawiamy.

Nie pozwolę, żeby w moim domu kwitło trwonienie pieniędzy.

Julia weszła do pokoju i przymknęła drzwi.

Ręce lekko jej drżały, ale nie ze strachu, tylko od upokarzającego poczucia, że właśnie została wytarzana w błocie.

Spojrzała na nowe kozaki.

Ładne, wygodne, ciepłe.

Zwyczajne ludzkie kozaki.

Ale w tym mieszkaniu wyglądały jak skradziony skarb, jak przestępstwo przeciwko świętemu celowi — wymianie kuchennego okna, które i tak było całkiem normalne, tylko drewniane.

Słyszała, jak w kuchni Zinaida Pietrowna wali garnkami, ale robiła to z wyjątkową, ostentacyjną zaciekłością.

Teściowa nie po prostu szykowała kolację — szykowała się do wojny.

Na kuchennym stole, Julia była tego pewna, leżał już otwarty zeszyt w kratkę — słynna „księga rachunkowa”, w której każdy rubel wydany przez synową na podpaski albo dezodorant wpisywano do rubryki „wydatki niecelowe”.

— Nic to — szepnęła Julia, wsuwając pudełko pod łóżko, jakby chowała dowód rzeczowy.

— Maksim zrozumie.

Widział moje stare buty.

Zrozumie.

Ale w głębi duszy wiedziała: dziś wieczorem zrozumienia nie będzie.

Będzie sąd.

A wyrok już zapadł, pozostało tylko ogłosić go w obecności drugiego oskarżonego.

Dźwięk klucza obracającego się w zamku zabrzmiał jak sygnał do rozpoczęcia drugiego aktu.

Maksim wszedł do mieszkania, strzepując śnieg z ramion, i z przyzwyczajenia zawołał: „Jestem w domu!”, ale odpowiedziała mu tylko głucha, nienaturalna cisza.

Z kuchni nie dobiegało ani skwierczenie patelni, ani brzęk naczyń, choć była pora kolacji.

Tylko ciężki zapach kozłka lekarskiego mieszał się z aromatem stygnącego barszczu.

— Umyj ręce i od razu do kuchni — odezwał się suchy głos matki, bez powitania.

— Jest rozmowa.

I zawołaj Julię, bo zabarykadowała się tam u siebie jak partyzantka.

Kiedy Maksim, wymieniwszy z żoną zdumione spojrzenie na korytarzu, wszedł do kuchni, scena była już przygotowana.

Zinaida Pietrowna siedziała na czele stołu, odsuwając na bok chlebak i cukiernicę.

Przed nią leżał otwarty zeszyt w kratkę — właśnie ten rodzinny rejestr, który wszyscy w domu nazywali „księgą rachunkową”.

Jego strony były zapisane drobnym, równym pismem, a każda rubryka podkreślona od linijki czerwoną pastą.

— Siadajcie — skinęła na taborety.

— Zrobimy bilans miesiąca.

Bo widzę, że u nas debet z kredytem się nie zgadza, a dziura w budżecie rośnie jak warstwa ozonowa.

Julia usiadła na brzegu krzesła, czując się jak uczennica przed radą pedagogiczną.

Maksim, zmęczony po zmianie w fabryce, potarł nasadę nosa:

— Mamo, może najpierw zjemy?

Od obiadu nie miałem nic w ustach.

— Syty głodnego nie zrozumie, a dłużnik wierzyciela — tym bardziej — ucięła Zinaida Pietrowna, zakładając okulary na czubek nosa.

— Zjecie, kiedy ustalimy, kto u nas w domu podkrada pieniądze ze wspólnego kotła.

Demonstracyjnie zwilżyła palec i przewróciła stronę.

— A więc, spójrzmy na rachunki.

Ciepła woda — trzy metry sześcienne ponad normę.

Kto to u nas moczy się po pół godziny pod prysznicem?

Maksim, ty?

Nie, ty myjesz się szybko.

Czyli synowa.

Julia, myślisz, że woda jest za darmo?

Licznik kręci się jak szalony.

Nie po to dostaję emeryturę, żeby sponsorować wodociągi.

— Zinaida Pietrowna, biorę prysznic przez dziesięć minut — zaprotestowała cicho Julia.

— I, nawiasem mówiąc, daję pieniądze na opłacenie rachunków.

Połowę sumy.

— Ty dajesz pieniądze na jedzenie i mieszkanie! — głos teściowej stwardniał.

— A nadmierne zużycie zasobów to już sabotaż.

Wczoraj światło w korytarzu paliło się dwadzieścia minut, kiedy trajkotałaś przez telefon.

Żarówka, nawiasem mówiąc, ma sto watów.

Słyszałaś kiedyś, że grosz rubla pilnuje?

Ale to jeszcze kwiatki.

Owocki mamy w innej rubryce.

Zinaida Pietrowna zdjęła okulary i położyła je na zeszycie, patrząc na syna przenikliwym wzrokiem prokuratora.

— Maksim, wiesz o tym, że twoja żona dokonała dziś dużego zakupu bez uzgodnienia z radą rodzinną?

Maksim spojrzał na Julię zdziwiony.

Siedziała z opuszczonym wzrokiem, ściskając ręce splecione w zamek.

— Jakiego zakupu?

Mamo, o czym ty mówisz?

— O kozakach, synku.

O luksusowych skórzanych kozakach za pięć i pół tysiąca rubli.

Pięć i pół tysiąca! — podkreśliła tę sumę tak, jakby chodziło o zakup prywatnej wyspy.

— Wczoraj wieczorem siedzieliśmy z tobą i liczyliśmy.

Dzwonił do mnie pomiarowiec z firmy okiennej.

Powiedział, że jeśli wpłacimy zaliczkę do piątku, dostaniemy zniżkę na profil i moskitierę gratis.

Brakowało nam dokładnie sześciu tysięcy rubli.

I liczyłam, że z pensji Julii załatamy tę dziurę.

— Mamo, poczekaj — Maksim zmarszczył brwi.

— Ale Julii naprawdę buty się rozleciały.

Sam widziałem, podeszwa pękła na pół, przychodzi z mokrymi nogami.

Jeszcze się rozchoruje.

Leki wyjdą drożej.

— Rozchoruje się? — prychnęła Zinaida Pietrowna.

— Ja całe życie chodziłam w walonkach i jakoś jestem zdrowa jak koń.

A jeśli podeszwa pękła — jest klej do butów „Moment”, kosztuje sto rubli.

Jest warsztat za rogiem, gdzie robią fleki i zabezpieczenia.

Po co kupować nowe, skoro można naprawić stare?

To się, synku, nazywa rozrzutność.

To się nazywa życie ponad stan.

— Zinaida Pietrowna, tych kozaków nie da się naprawić — powiedziała Julia stanowczo, podnosząc wzrok.

— Szewc powiedział, że tam jest złamane podparcie łuku i skóra pękła u podstawy.

One nadają się tylko na śmietnik.

Nie mogę chodzić do pracy w łachmanach.

Pracuję z ludźmi.

— Z ludźmi ona pracuje… — przedrzeźniała teściowa, zwracając się do sufitu.

— A ja to niby nie jestem człowiekiem?

Ja tu w kuchni, z tymi szparami w ramach, marznę codziennie, kiedy gotuję wam, państwu, obiady?

Wieje!

Plecy mnie ciągną!

Miałam nadzieję, że jesteśmy rodziną.

Że jesteśmy jedną drużyną.

Że idziemy do jednego celu.

A wychodzi na to, że ja tutaj oszczędzam na wszystkim, nie zjem nawet dodatkowego kawałka sera, a synowa kupuje sobie nowe rzeczy?

Zatrzasnęła zeszyt.

Dźwięk uderzenia o stół sprawił, że łyżeczki w szklance zadźwięczały.

— Ty, Julio, nie kupiłaś kozaków.

Ty mi ukradłaś okno.

To właśnie zrobiłaś.

Zamieniłaś wygodę matki swojego męża na szmatę.

— To nie szmata, to konieczność! — głos Maksyma też zaczął się podnosić.

— Mamo, przestań.

Dammy na okna w przyszłym miesiącu.

Dostanę premię i dołożymy.

— W przyszłym miesiącu promocja się skończy! — zapiszczała Zinaida Pietrowna, po raz pierwszy tracąc maskę chłodnego spokoju.

— W przyszłym miesiącu będzie drożej o dziesięć procent!

Rozumiesz, że przez jej lekkomyślność wpędza nas w długi?

Dziś kozaki, jutro będzie chciała torebkę, pojutrze futro?

A matka ma zdychać na przeciągu?

— Nikt nie zdycha! — Julia wstała od stołu.

— Kupiłam rzecz za swoje zarobione pieniądze.

Nie wzięłam od was ani kopiejki.

Dlaczego mam się rozliczać z każdego rubla?

Umawialiśmy się, że składamy się na jedzenie i rachunki, a odkładamy, ile się da.

Nie podpisywałam się pod oddawaniem pani całej pensji co do zera!

Zinaida Pietrowna powoli wstała.

Była niskiego wzrostu, ale teraz wydawała się ogromna, wypełniająca sobą całą przestrzeń małej kuchni.

— Ach, więc tak teraz rozmawiamy? — wycedziła lodowatym tonem.

— „Ile się da”?

A więc tak.

Możliwości się skończyły.

Demokracja w tym domu zostaje zniesiona.

Skoro nie umiecie gospodarować pieniędzmi, skoro macie wiatr w głowie, to kontrolę biorę ja.

Pełną kontrolę.

Oparła ręce na biodrach, patrząc na młodych jak surowa strażniczka na winnych więźniów.

W powietrzu zawisło ciężkie, lepkie napięcie, w którym tonęły resztki rodzinnego ciepła.

— Od dziś — cedziła każde słowo Zinaida Pietrowna — cała wypłata — twoja, Maksim, i twoja, Julio — ma trafiać do moich rąk w dniu wypłaty.

Ja sama będę decydować, co kupować, co jeść i w co się ubierać.

Będę wam wydzielać na dojazdy i obiady.

I ani rubla więcej.

Dosyć.

Nagraliście się w samodzielność.

Albo tak, albo…

Zrobiła pauzę, dając słowom opaść ciężkim pyłem na ramiona syna i synowej.

— Albo co? — zapytał Maksim, patrząc na matkę tak, jakby widział ją po raz pierwszy.

— To właśnie teraz omówimy — uśmiechnęła się złowieszczo Zinaida Pietrowna, znowu otwierając zeszyt.

— Siadajcie.

Rozmowa dopiero się zaczyna.

W kuchni zawisła gęsta, dźwięcząca cisza, którą przerywało jedynie miarowe kapanie nieszczelnego kranu.

Zinaida Pietrowna siedziała prosto jak dyrektorka szkoły przed wyrzuceniem notorycznego wagarowicza i bębniła palcami po ceratowym obrusie.

Ten dźwięk — stuk stuk stuk — odmierzał sekundy pozostałe do wybuchu.

— Co znaczy „omówimy”? — głos Maksyma był głuchy, jakby mówił przez watę.

Patrzył na matkę i jej nie poznawał.

Zamiast zwykłej, choć marudnej kobiety, siedziała przed nim wyrachowana windykatorka, gotowa wytrząsnąć dług razem z duszą.

— A to właśnie znaczy, synku.

Demokracja się skończyła, nastaje dyktatura proletariatu — Zinaida Pietrowna uśmiechnęła się sztywno i wyciągnęła rękę dłonią do góry.

Gest był żądający i nieznoszący sprzeciwu.

— Karty na stół.

Obie.

Twoją i jej.

Kody PIN napiszcie na kartce i włóżcie do koperty.

Ja będę wam wydzielać na dojazdy i obiady w stołówce.

Po dwieście rubli dziennie.

To wam wystarczy.

Julia, która do tej pory siedziała z opuszczonymi ramionami, nagle się wyprostowała.

W jej oczach, zwykle miękkich i ustępliwych, zapłonęła chłodna iskra zrozumienia.

Zrozumiała: to nie jest po prostu kłótnia o buty.

To próba założenia im obroży.

— Nie oddam pani swojej karty — powiedziała cicho, ale wyraźnie.

— To moja pensja.

Zarabiam ją, stojąc dwanaście godzin na nogach.

I nie mam zamiaru prosić pani o własne pieniądze na rajstopy czy pomadkę ochronną.

Zinaida Pietrowna powoli odwróciła głowę w stronę synowej.

Jej twarz pokryła się czerwonymi plamami, a wargi zacisnęły się w cienką linię.

— Nie oddasz? — powtórzyła miękko.

— Czyli mieszkać u mnie chcesz, myć się moją wodą chcesz, używać mojego gazu chcesz, ale dokładać się do rodziny — nie?

Myślisz, że nie widzę, jak trwonisz pieniądze?

To kawa na wynos, to kolorowy magazyn, a teraz kozaki za obłędne pieniądze!

— To moje pieniądze! — Julia podniosła głos, po raz pierwszy przez cały czas mieszkania w tym mieszkaniu.

— Płacimy rachunki, kupujemy jedzenie!

Czego pani jeszcze chce?

Żebyśmy pełzali przed panią na kolanach?

Teściowa gwałtownie uderzyła dłonią w stół.

Filiżanka z niedopitą herbatą podskoczyła, rozlewając brunatną kałużę na obrus.

— Mnie potrzebny jest szacunek! — ryknęła tak, że szyby w kredensie zadrżały.

— Przyjęłam was pod dach nie po to, żeby oglądać ten pokaz niesłychanej rozrzutności!

— Mamo…

— Ta bezczelna smarkula ośmieliła się kupić sobie nowe kozaki, zamiast oddać pieniądze mnie, na wymianę okien!

Wpuściłam was do siebie, żebyście oszczędzali, a nie żyli jak wielcy państwo!

Synku, twoja żona jest rozrzutna i egoistyczna, puści nas z torbami!

Albo odda mi całą swoją pensję do rozliczenia, albo niech się wynosi z mojego mieszkania!

Maksim zerwał się na równe nogi, przewracając taboret.

Huk upadku na sekundę zagłuszył krzyk matki.

— Mamo, ty słyszysz, co mówisz?! — wrzasnął, łapiąc się za głowę.

— Jakie okna?

Jakie puszczenie z torbami?

My żyjemy normalnie!

Nie głodujemy!

Po co ci nasze karty?

To upokarzające!

Chcesz kontrolować każdy nasz krok?

— Ja chcę porządku! — Zinaida Pietrowna wstała, opierając ręce na biodrach.

Teraz przypominała pomnik własnej racji.

— Ty, Maksimka, jesteś mięczakiem, pantoflarzem.

Ona kręci tobą, jak chce.

Dziś kozaki, jutro będzie chciała samochód na kredyt, a ty jeszcze będziesz się starał?

A matka ma zimować przy starych ramach?

Wieje!

Ze wszystkich szpar wieje!

— To ja ci jutro zakleję te okna! — krzyknął z rozpaczą Maksim.

— Kupię ocieplenie, wszystko zapianuję!

Będzie cieplej niż w Afryce!

— Nie waż się! — zapiszczała matka.

— Żadnej pianki!

Ja chcę normalne, plastikowe okna, jak u ludzi!

Jak u sąsiadki, u Werki z drugiego piętra!

Dlaczego ona, emerytka, może sobie na to pozwolić, a ja, mając pracującego syna i synową, mam żyć jak żebraczka?

Przeniosła palące spojrzenie na Julię.

— To wszystko przez ciebie.

Przyszłaś do naszego domu i przyniosłaś ze sobą chaos.

Przed tobą z synem mieliśmy wszystko rozpisane.

Wszystko poukładane.

A teraz?

Pieniądze przeciekają przez palce.

Okradasz rodzinę z przyszłości!

Julia wstała.

Jej twarz była blada jak kreda, ale ręce już jej nie drżały.

— Ja nie kradnę, Zinaida Pietrowna.

Ja po prostu chcę żyć, a nie istnieć dla pani okien — powiedziała lodowatym tonem.

— I nie będę się pani tłumaczyć z kupionych butów.

To absurd.

To brednie osoby niespełna rozumu.

— Brednie?! — teściowa aż zadławiła się oburzeniem.

— Ty żmijo!

W moim domu będziesz mnie obrażać?

Won!

Wskazała palcem korytarz.

— Won stąd!

Natychmiast!

Zbieraj swoje manatki, zabieraj swoje najcenniejsze kozaki i wynoś się!

A ty, Maksim — gwałtownie odwróciła się do syna — wybieraj.

Albo zostajesz z matką, która poświęciła ci życie, albo idziesz za tą… konsumpcjonistką.

Ale pamiętaj: jeśli wyjdziesz, nie będzie już powrotu.

Wymienię zamki.

Nie wpuszczę was nawet na próg.

Maksim patrzył na matkę i widział w jej oczach nie miłość, nie troskę, ale tylko chłodny, chciwy błysk właścicielki, której odbierają ulubioną zabawkę.

Przeniósł wzrok na Julię.

Stała przy drzwiach prosto, gotowa na cios, a w jej spojrzeniu malowała się zmęczona determinacja.

— Mamo, ty mówisz poważnie? — zapytał cicho.

— Wyrzucasz nas przez sześć tysięcy rubli?

Przez kawałek plastiku w otworze okiennym?

— Wyrzucam was przez zasadę! — ucięła Zinaida Pietrowna.

— W tym domu gospodarz jest jeden — ja.

I zasady też są moje.

Nie pasuje?

Droga wolna.

Szukajcie głupców, którzy będą was za darmo znosić.

Zobaczymy, jak będziecie śpiewać na wynajmie, kiedy trzeba będzie oddać pół pensji na czynsz.

Szybko przypełzniecie, będziecie się kłaniać do stóp.

Demonstracyjnie usiadła z powrotem przy stole, otworzyła swój zeszyt i wzięła długopis, pokazując całym sobą, że audiencja dobiegła końca.

— Czas leci — rzuciła, nie patrząc na nich.

— Daję wam godzinę na spakowanie się.

I żeby ducha waszego tutaj nie było.

A klucze połóżcie na szafce.

Oba komplety.

Maksim jeszcze przez kilka sekund patrzył na przygarbioną sylwetkę matki, która coś gorliwie zapisywała w rubryce wydatków.

W środku coś w nim pękło.

Cienka nić, która łączyła go z tym domem, z dzieciństwem, z zapachem ciast, zerwała się z suchym trzaskiem, podobnym do dźwięku rozdzieranej banknotu.

Milcząco podszedł do Julii i wziął ją za rękę.

Jego dłoń była zimna, ale uścisk mocny.

— Chodźmy — powiedział.

— Musimy się spakować.

W pokoju nie było słychać ani szlochów, ani dramatycznych westchnień — tylko suchy, ostry dźwięk zamków walizek i szelest ubrań, które pośpiesznie, byle jak, wciskano do toreb.

Maksim i Julia działali jak zgrana ekipa ratunkowa ewakuująca się z tonącego statku.

Żadnej dokładności, żadnej nostalgii za rzeczami.

Tylko to, co niezbędne: bielizna, dżinsy, dokumenty, ładowarki.

Zinaida Pietrowna stała w futrynie, oparta ramieniem o framugę.

Nie próbowała ich zatrzymać.

Przeciwnie, pełniła rolę nadzorczyni, pilnującej, by więźniowie przy zwolnieniu nie wynieśli państwowego mienia.

— Poduszki zostawcie — rzuciła, kiedy Maksim sięgnął do górnej półki szafy.

— Są moje, puchowe, jeszcze za Związku wystałam je w kolejce.

Wam, bogaczom, niepotrzebne, kupicie sobie ortopedyczne, skoro pieniądze palą was po udach.

Maksim bez słowa rzucił poduszkę z powrotem na łóżko.

Upadła głucho, wzbijając obłoczek kurzu.

— Koc też odłóżcie — ciągnęła teściowa, skanując wzrokiem zawartość otwartej walizki.

— I ręczniki frotte, te niebieskie.

Julio, widzę, że je spakowałaś.

Wyciągaj.

Kupiłam je za swoje ciężko zarobione pieniądze, kiedy się tu wprowadziliście.

Nie ma co wozić moich rzeczy po wynajętych kątach.

Julia, nie mówiąc ani słowa, wyjęła ręczniki i starannie położyła je w stosiku na podłodze u stóp teściowej.

W tym geście było tyle lodowatej pogardy, że Zinaida Pietrowna na sekundę aż zakrztusiła się powietrzem, ale od razu doszła do siebie.

— No, właśnie tak.

Cudzego nam nie trzeba, ale swojego też nie oddam.

Podziękujcie, że nie potrącam wam amortyzacji kanapy.

Bo sprężyny już powgniataliście, leżąc bokami.

Maksim zapiął ostatnią walizkę.

Wyprostował się i rozejrzał po pokoju, który jeszcze godzinę wcześniej był ich domem.

Teraz były to po prostu cztery ściany w kwiecistej tapecie — obce, zimne ściany.

Na szafce nocnej została ramka ze zdjęciem, na którym cała trójka uśmiechała się na działce.

Maksim wziął ją, wyjął fotografię, rozerwał ją na pół i wrzucił strzępy do kosza.

Ramkę postawił z powrotem.

— Ramka kosztuje, prawda — skinęła głową Zinaida.

— Zostaw.

Wyszli do przedpokoju.

Julia usiadła na pufie i zaczęła zakładać właśnie te kozaki.

Zinaida Pietrowna patrzyła na nowy zakup z nieukrywaną nienawiścią, jakby obuwie było zrobione ze skóry jej ukochanego kota.

— No i co, napatrzyłaś się? — zapytała jadowicie teściowa.

— Ciepłe?

Wygodne?

Noś, noś.

Tylko patrz, żebyś ich nie zadeptała, zanim będziecie szukać mieszkania.

Pośrednicy teraz zdzierają trzy skóry.

Kaucja, prowizja, opłata za pierwszy i ostatni miesiąc…

Liczyliście w ogóle, ile to jest?

Czy znowu „jakoś to będzie”?

— Damy sobie radę, mamo.

Nie martw się — Maksim narzucił kurtkę.

Jego głos był równy, metaliczny.

— Lepiej przepłacać obcemu niż płacić własnej matce nerwami i upokorzeniem.

— Upokorzeniem?! — uniosła się Zinaida, zastępując im drogę własnym ciałem.

— Ty niewdzięczny szczeniaku!

Ja cię wychowałam, wykarmiłam, dałam wykształcenie!

Wpuściłam was, żebyście stanęli na nogi, żebyście wyszli na ludzi!

A wy?

Uciekacie przy pierwszej trudności?

Słabiaki!

Życia nie znacie!

— My nie uciekamy — Julia wstała, zasuwając zamek kurtki aż pod brodę.

— My odchodzimy.

To są różne rzeczy.

I tak przy okazji, Zinaida Pietrowna, za prąd i wodę za ten miesiąc już zapłaciliśmy.

Pieniądze są na szafce.

Dokładnie według licznika, co do kopiejki.

Niech pani przeliczy, żeby się nie okazało, że coś pani zabrałyśmy.

Wskazała na plik banknotów przyciśnięty kluczami od mieszkania.

Zinaida rzuciła okiem na pieniądze, ale po nie nie sięgnęła.

Musiała zachować ostatnie słowo dla siebie.

— Idźcie, idźcie! — machnęła ręką, jakby odganiała natrętne muchy.

— Toczyć się kiełbasą!

Tylko kiedy nie będziecie mieli co jeść, kiedy właściciel wynajmowanego mieszkania wyrzuci was za niepłacenie, do mnie nie przyczołgujecie się.

Drzwi będą zamknięte.

Jutro od razu wymienię zamki.

Wkładka droga, ale wydam.

Dla świętego spokoju wydam.

— Nie przyczołgamy się — odpowiedział krótko Maksim.

Chwycił za rączkę walizki, a drugą ręką otworzył drzwi wejściowe.

Z klatki schodowej powiało wilgocią i dymem papierosowym.

Ten zapach wydał im się teraz najczystszym i najświeższym aromatem wolności.

— Wstaw sobie te okna, mamo — powiedział, stojąc już na progu.

— Najdroższe.

Trzyszybowe.

Żeby ani jeden dźwięk z ulicy nie przenikał.

Siedź w ciszy i licz swoje oszczędności.

Tego przecież chciałaś, prawda?

Pełnej kontroli?

Gratuluję.

Teraz kontrolujesz wszystko.

Absolutnie wszystko.

— Tak!

I wstawię! — krzyknęła im w plecy.

— I będę żyć jak człowiek!

A wy będziecie się tułać po cudzych kątach, obdartusy!

Bo jej, widzicie państwo, kozaki były potrzebne!

Tfuj!

Maksim wyszedł, Julia poszła za nim.

Drzwi za nimi nie trzasnęły — Zinaida trzymała je otwarte, obserwując, jak schodzą po schodach.

Chciwie wychwytywała każdy dźwięk ich kroków, jakby chciała zapamiętać moment swojego triumfu.

— Klucze! — krzyknęła w klatkę schodową.

— Na pewno zostawiliście klucze?

Oba komplety?

— Oba! — dobiegło z dołu echo głosu syna.

Dźwięk drzwi wejściowych do budynku postawił kropkę.

Zinaida Pietrowna postała jeszcze minutę, wsłuchując się w buczenie windy, po czym z hukiem zamknęła własne drzwi.

Kliknął jeden zamek, drugi, zazgrzytała łańcuchowa zapadka.

Przycisnęła ucho do zimnego metalu, sprawdzając pewność zabezpieczeń.

Nikt nie wróci.

Nikt nie naruszy jej terytorium.

Przeszła do kuchni, gdzie na stole wciąż leżała otwarta „księga rachunkowa”.

W mieszkaniu było cicho.

Idealnie cicho.

Nikt nie odkręcał wody, nikt nie klikał wyłącznikami, nikt nie szurał bez potrzeby po linoleum.

Zinaida Pietrowna usiadła przy stole, wzięła długopis i zdecydowanym ruchem przekreśliła dwie rubryki: „Wydatki na jedzenie — Maksim” i „Wydatki na jedzenie — Julia”.

Potem pomyślała i grubymi literami dopisała na marginesie: „Oszczędność wody — 60%”.

— No i proszę — powiedziała na głos do pustej kuchni.

— Teraz to dopiero zaczniemy żyć.

Teraz na okna na pewno wystarczy.

Nawet z laminatem pod dąb.

Spojrzała na starą, łuszczącą się ramę, przez której szczeliny świstał zimowy wiatr, i uśmiechnęła się.

Uśmiech wyszedł krzywy i straszny.

Była zupełnie sama, zamurowana we własnej racji i własnych wyliczeniach, ale w tej chwili czuła się zwyciężczynią.

Bo wreszcie debet z kredytem się zgodził…