Naprawdę strasznie zrobiło mu się już następnego dnia.
Kiedy własny mąż z uroczystą miną przelewa wasze wspólne oszczędności na konto swojej matki, i to prosto przy świątecznym stole, najważniejsze to nawet nie mrugnąć.

— To nic strasznego, Lenusik, jeszcze zarobimy, — oznajmił dziarsko Boria, wkładając do ust solidną porcję sałatki.
Fatalnie się mylił.
Naprawdę strasznie zrobiło mu się dokładnie dwadzieścia cztery godziny później, kiedy aplikacja bankowa w jego telefonie zadźwięczała powiadomieniem o obciążeniu na identyczną kwotę, tylko tym razem z mojej inicjatywy.
Mam na imię Lena, mam trzydzieści cztery lata i jestem kuratorką projektów wystawienniczych.
Moja praca polega na tym, że biorę rozproszone, czasem wręcz absurdalne obiekty i układam z nich logiczną, spójną ekspozycję.
Umiem organizować chaos bez podnoszenia głosu.
Mój mąż, Boris, ma trzydzieści osiem lat i pracuje jako technik regulacji pieców przemysłowych.
Szczerze uważa się za przemysłowego samca alfa, który ma prawo podejmować twarde, męskie decyzje.
Problem z Borisem polegał na tym, że z jakiegoś powodu za jego twarde decyzje zawsze płaciłam ja.
A Boris ma jeszcze matkę.
Galina Jurjewna, sześćdziesiąt jeden lat, emerytka i była kierowniczka sklepu z galanterią.
Kobieta, która w czasach niedoborów potrafiła załatwić importowany lureks, na zawsze zachowuje w sobie pewność osoby rozstrzygającej ludzkie losy.
Uwielbia symboliczne prezenty.
Tyle że za jej symbolizmem zwykle kryją się wydatki, od których księgowym siwieją włosy.
Wszystko zaczęło się na jubileuszu cioci Ziny.
Rodzina zebrała się przy dużym stole, kryształ dźwięczał, a w powietrzu unosił się zapach czosnku i majonezu.
Galina Jurjewna jak zwykle grała pierwsze skrzypce.
— Och, moje plecy, moje plecy, — jęczała teściowa, poprawiając złoty łańcuszek na szyi.
— Wczoraj w telezakupach widziałam fotel masujący, japoński.
Kosztuje trzysta pięćdziesiąt tysięcy rubli!
Cud techniki.
Ale skąd mnie, zwykłą emerytkę, na takie luksusy?
Będę dożywać swoich dni zgięta wpół…
Boris wyprostował ramiona.
Bardzo chciał wyglądać na oligarchę w oczach licznej rodziny.
Wyciągnął smartfon i otworzył nasze wspólne konto oszczędnościowe.
To samo konto, na które przez pół roku odkładaliśmy pieniądze na wymianę samochodu i mój urlop.
To samo konto, które w siedemdziesięciu procentach składało się z moich honorariów za organizację biennale.
— Mamo, wybierz sobie dowolny fotel! — oświadczył Boris pańskim tonem i nacisnął przycisk przelewu.
Rodzina westchnęła z zachwytu.
Spokojnie odłożyłam widelec na brzeg talerza.
Boris złapał moje spojrzenie i niedbale machnął ręką: „To nic strasznego, Lenusik”.
Galina Jurjewna oznajmiła z patosem: — Prawdziwy mężczyzna nigdy nie będzie się drobnił, kiedy chodzi o komfort matki.
Dobry syn odda ostatnie, co ma!
Spokojnie zauważyłam: — Najświętsza prawda, Galino Jurjewno.
Ten gest wygląda szczególnie szlachetnie wtedy, gdy to „ostatnie” składa się z mojej premii za sezon wystawienniczy.
W drodze do domu, w moim samochodzie, Boris wygłosił mi wykład o wartościach rodzinnych.
Przemawiał o tym, że jestem zbyt przywiązana do materialnych rzeczy, że pieniądze to tylko kurz, a rodzina powinna dzielić się radością.
Nie kłóciłam się.
Patrzyłam na migające latarnie i układałam nową ekspozycję swojego życia.
Jeśli pieniądze to kurz, to czas na generalne porządki.
Następnego ranka Boris pojechał do swoich pieców, a ja wzięłam taksówkę i pojechałam do centrum miasta.
Od dawna marzyłam o szwajcarskim zegarku z limitowanej kolekcji.
Surowym, idealnym, z szafirowym szkłem.
Boria zawsze mówił, że to głupi kaprys, bo godzinę można przecież sprawdzić także na wyświetlaczu mikrofalówki.
Ale dziś zasady gry się zmieniły.
Butik przywitał mnie zapachem drzewa sandałowego i przytłumionym jazzem.
Przymierzyłam zegarek.
Kosztował dokładnie trzysta pięćdziesiąt tysięcy rubli.
— Biorę go, — powiedziałam sprzedawcy.
Zapłaciwszy kartą podpiętą do naszego wspólnego konta, które błyskawicznie pustoszało, wyszłam na ulicę.
Kupiłam sobie nie tylko mechanizm.
Kupiłam własną wolność i przywróciłam równowagę wszechświata.
Wieczorem drzwi mojego mieszkania omal nie wyleciały z zawiasów.
Boris wpadł do przedpokoju, wymachując telefonem tak, jakby próbował odgonić rój niewidzialnych pszczół.
Boris wściekle potrząsnął ekranem przed moim nosem: — Rodzina to jeden mechanizm!
W małżeństwie wszystkie większe wydatki trzeba uzgadniać, złamałaś nasze zasady!
Trzysta tysięcy wyrzucone w błoto!
Z zainteresowaniem spojrzałam na jego purpurową twarz: — Jakie to ciekawe.
A japoński fotel dla twojej matki, jak rozumiem, uzgadnialiśmy telepatycznie?
— Przepraszam, wczoraj szwankowało ci połączenie z kosmosem?
Boria gwałtownie się odwrócił, potknął o brzeg dywanu i śmiesznie zamachał rękami, próbując nie runąć na stolik kawowy.
Wyglądał jak wadliwy nakręcany żołnierzyk, któremu nagle pękła główna sprężyna.
— To co innego! — ryknął mój mąż, odzyskując równowagę.
— To dla mojej matki!
A ty roztrwoniłaś nasze pieniądze na swój egoizm!
Godzinę później Galina Jurjewna zmaterializowała się w progu, przybyła bronić inwestycji.
Od progu zaczęła sypać oskarżeniami, żądając, żebym natychmiast oddała zegarek do sklepu i zwróciła pieniądze na konto.
Teściowa groźnie nacierała na mnie w przedpokoju: — Jesteś pustą kobietą!
Mój syn haruje przy swoich piecach, a ty trwonisz jego pot i krew na błyskotki!
Poprawiłam pasek nowego zegarka i łagodnie odpowiedziałam: — Jego pot i krew, Galino Jurjewno, ledwo wystarczają na opłacenie rachunków za media w moim mieszkaniu.
— A moja „błyskotka” została kupiona za tę samą połowę oszczędności, której on tak hojnie nie zdążył jeszcze przelać pani na rolki masujące.
Galina Jurjewna próbowała dumnie skrzyżować ręce na piersi.
Boris zrozumiał, że słowa nie działają, i postanowił użyć swojej ulubionej tajnej broni.
Ultimatum.
— A więc tak, Elena! — wrzasnął.
— Albo jutro natychmiast oddajesz to świństwo do sklepu i zapominamy o tym incydencie, albo się rozwodzimy!
Nie będę tolerował takiego braku szacunku w moim domu!
Powoli omiotłam wzrokiem przestronny salon z panoramicznymi oknami.
Mieszkanie, które dostałam po babci na długo przed poznaniem Borisa.
— Wspaniała decyzja, Boria, — uśmiechnęłam się szczerze i jasno.
— Tylko doprecyzujmy terminologię.
W moim domu.
Poszłam do schowka, wyjęłam trzy grube czarne worki budowlane po sto dwadzieścia litrów każdy i starannie rozłożyłam je przed osłupiałym mężem.
— Twoje swetry są na drugiej półce.
Narzędzia na balkonie.
Wędki sama przyniosę, są zakurzone.
Zaczynaj.
Twarz Borisa zaczęła zmieniać kolory jak zepsuta sygnalizacja świetlna.
Jego pewność siebie kruszyła się jak tanie kruche ciastka.
Nagle uświadomił sobie całą głębię swojego upadku.
Rozwód oznaczał, że nie będzie dzielił tego pięknego mieszkania.
Odejdzie z tym, z czym przyszedł: ze starym zagranicznym samochodem i sportową torbą.
Spojrzał na matkę, szukając wsparcia.
Ale Galina Jurjewna nagle przestała przypominać groźną kierowniczkę.
W jej oczach pluskał się pierwotny strach.
Mieszkała w skromnym dwupokojowym mieszkaniu w chruszczowce.
Połowę przestrzeni miał teraz zająć japoński fotel masujący.
Druga połowa była przeznaczona dla syna, który nagle został bez dachu nad głową i którego trzeba będzie utrzymywać z emerytury, bo jego pensja ledwo wystarczała na benzynę i lunche biznesowe.
— Lenoczka… — zabeczał Boris, cofając się o krok od czarnych worków.
— No po co tak…
Przecież tylko poniosły nas emocje…
Przecież nic strasznego się nie stało.
— Stało się, Boria, — spojrzałam na tarczę mojego nowego, nieskazitelnie dokładnego zegarka.
— Wasz czas minął.
Trzy tygodnie później dostaliśmy rozwód.
Boris przeprowadził się do matki.
Jak głoszą plotki od wspólnych znajomych, fotel masujący trzeba było sprzedać na portalu ogłoszeniowym za połowę ceny, żeby opłacić naprawę samochodu Borisa, który zepsuł się wyjątkowo nie w porę.
Galina Jurjewna teraz pije korwalol nie na pokaz, lecz naprawdę, bo syn codziennie wyjada połowę zawartości jej lodówki i narzeka na życie.
A ja?
Rozkoszuję się życiem i sprawdzam godzinę na moim pięknym szwajcarskim zegarku, wiedząc z całkowitą pewnością, że pozbywanie się toksycznych eksponatów ze swojego życia to naprawdę nic strasznego.



