— Wygląda na to, że dobrze się urządziłaś — zmrużyła oczy Wiera Iwanowna z cierpkim uśmiechem.

— Mąż znika całymi dniami w pracy, a ona siedzi

w domu i tylko rodzi dzieci.

W pokoju natychmiast zapadła grobowa cisza.

Goście jakby skamienieli — podobny widok rzadko gdzie można zobaczyć.

Ja również znieruchomiałam, nie wierząc własnym

uszom: czyżby teściowa odważyła się powiedzieć

coś takiego prosto przy świątecznym stole, i to jeszcze w swoje urodziny?

…Kiedy mąż przypomniał mi o zbliżającym się święcie jego matki, jedynie ciężko wzdrygnęłam.

Z Wierą Iwanowną relacje od samego początku mi się nie układały.

Ale udawać, że zapomniałam, i nie jechać — było niemożliwe.

Dzwoniła kilka razy, nalegając: przyjdźcie koniecznie we dwoje.

Szczerze mówiąc, widok jej wiecznie niezadowolonej twarzy był dla mnie prawdziwą próbą.

Czego jej brakuje?

Z Kostią wszystko u nas dobrze: żyjemy zgodnie, dzieci rosną zdrowe, dom jest w porządku…

Więc o co chodzi?

Dlaczego jej nie dogodziłam — pozostawało zagadką.

A przecież wszystko zaczynało się tak pięknie.

Miłość od pierwszego wejrzenia, rozmowy o dużej rodzinie.

Śmiałam się, gdy Kostia z pewnością siebie mówił, że będziemy mieli nie mniej niż pięcioro dzieci — żeby nie wyrosły na egoistów.

Już wtedy kochał je wszystkie z góry i marzył, by zostać idealnym ojcem.

— Daj spokój — uśmiechałam się.

— Nie wszystkie jedynaki wyrastają na egoistów.

Może chociaż na dwojgu poprzestaniemy?

— Nie, im więcej, tym lepiej.

Uwielbiam dzieci…

Ale jego matka od razu mnie nie zaakceptowała.

Gdy tylko dowiedziała się, że jestem z wielodzietnej rodziny, przyjezdna, i jeszcze bez wyższego wykształcenia — natychmiast zmarszczyła brwi i stała się chłodna.

Nawet na ślubie siedziała z taką miną, że bano się do niej podejść.

Za to moja rodzina wszystkich oczarowała — goście mówili, że jesteśmy z Kostią idealną parą.

Kiedy ogłosiłam, że jestem w ciąży, mąż był w siódmym niebie ze szczęścia.

Bliscy cieszyli się, gratulowali.

A teściowa znów zacisnęła usta i ciężko westchnęła:

— Gdzie wam się śpieszy?

Pożylibyście dla siebie.

Sami jeszcze jesteście dziećmi — jacy z was rodzice?

— Mamo, przecież zostaniesz babcią! — próbował rozruszać ją Kostia.

— To przecież wspaniale!

Ale ona tylko machnęła ręką.

Kiedy urodziła się Maszeńka, szczęście męża nie miało granic:

— Cała ty, piękna, tak jak ty, Katiusza…

Z głową zanurzyłam się w opiece nad dzieckiem.

Pieniądze mieliśmy, ale niani nie braliśmy — radziliśmy sobie sami.

Kostia pomagał, jak mógł.

Kiedy Masza skończyła roczek, okazało się, że znów jestem w ciąży.

Kostia dosłownie promieniał ze szczęścia — pojawił się syn, tak jak marzył.

Z dwojgiem maluchów i prowadzeniem domu nie było łatwo, ale dawałam radę.

W domu było czysto, jedzenie zawsze gotowe, dzieci zadbane.

I tylko jedna osoba nadal była niezadowolona — Wiera Iwanowna.

Nie ukrywałam już swojego zdziwienia: czyżby nawet wnuki nie były w stanie roztopić jej serca?

Kostia jedynie uspokajał:

— Nie zwracaj uwagi.

Ona ma taki charakter.

Najważniejsze, że cię kocham.