Ten ciężki zapach jakby na stałe wgryzł się w
ściany po tym, jak trzy lata temu nagle zmarł ojciec rodziny — Michaił.
Jego śmierć stała się tą granicą, która na zawsze podzieliła życie rodziny Kowalczuk na „przed” i „po”.
Na pogrzebie starsza córka, Ołena, prawie nie płakała.
Organizowała transport, umawiała obiad konsolacyjny, uspokajała krewnych i mocno trzymała pod ramię matkę — Sofię Petrowną, która ledwo stała na nogach.
A młodsza córka, Maryna, wręcz przeciwnie, urządziła prawdziwą histerię.
Traciła przytomność przy trumnie, szlochała na cały głos i domagała się ciągłej uwagi od lekarzy pogotowia, którzy dyżurowali w pobliżu.
Wtedy Ołena była pewna, że to zwykła reakcja na stres.
Nie rozumiała jeszcze, że właśnie tego dnia Maryna znalazła dla siebie idealny sposób na dalsze życie.
Ołena od dzieciństwa różniła się od siostry.
Uparta, ambitna, przyzwyczajona do stawiania na swoim.
Po szkole wyjechała do Kijowa, ukończyła uniwersytet ekonomiczny z wyróżnieniem, mieszkała w akademiku i nocami pracowała jako kelnerka, byle tylko nie prosić rodziców o pomoc.
W wieku trzydziestu dwóch lat zajmowała już stanowisko dyrektora finansowego w dużej firmie logistycznej.
Miała kredyt hipoteczny na dwupokojowe mieszkanie, surowe garnitury biznesowe, chroniczny brak snu i ciągłe poczucie winy wobec rodziny, która została na prowincji.
Maryna natomiast po szkole poszła do miejscowego technikum kulinarnego.
Nauka przychodziła jej z trudem nie z braku zdolności, ale z powodu zwykłego lenistwa.
Kiedy zmarł ojciec, miała dwadzieścia siedem lat.
Właśnie odebrała dyplom i miała podjąć pracę w stołówce zakładowej.
Ale tak naprawdę nigdy nie poszła do pracy.
— Mamo, nie mogę zostawić cię samej, — płakała Maryna w czterdziesty dzień po pogrzebie, siedząc przy kuchennym stole.
— Jest ci teraz tak ciężko.
— Kto poda ci wodę?
— Kto zmierzy ciśnienie?
Sofia Petrowna, której całe życie wcześniej kręciło się wokół męża, uchwyciła się tych słów jak ratunku.
Potrzebowała sensu istnienia.
I Maryna wspaniałomyślnie dała jej ten sens — stała się bezradna.
Stopniowo opieka nad matką przekształciła się w nieskończoną serię tajemniczych chorób u samej Maryny.
Najpierw były to migreny.
Potem przyspieszone bicie serca.
Później pojawiło się „straszne osłabienie w nogach”, „ciemność w oczach” i bóle w całym ciele.
Ołena opłacała wyjazdy siostry do szpitala wojewódzkiego, rezonans magnetyczny, konsultacje lekarskie i dziesiątki analiz.
Jednak wszyscy specjaliści jedynie rozkładali ręce.
— Nie widzimy problemów organicznych, — mówił starszy neurolog, przeglądając zdjęcia.
— Być może to psychosomatyka na tle przeżytego stresu.
— Dziewczyna powinna zająć się czymś, znaleźć pracę, więcej się ruszać.
Ale w domu Maryna urządzała prawdziwe spektakle.
— Lekarze po prostu nic nie rozumieją!
— Oni czekają, aż umrę! — krzyczała, chwytając się za serce i powoli zsuwając się po ścianie.
Sofia Petrowna natychmiast biegła po korwalol, drżącymi rękami odliczała krople i dzwoniła do starszej córki do Kijowa.
— Lenoczko… — szlochała matka do słuchawki, odrywając Ołenę od spotkań.
— Marynce znowu jest słabo.
— Leży cała sina.
— I niemieckie witaminy się skończyły…
— I nie ma czym zapłacić za czynsz…
I Ołena znowu przelewała pieniądze.
Znowu i znowu.
Zrezygnowała z urlopu w Hiszpanii, aby kupić matce nowy piec, a siostrze — drogi materac ortopedyczny, ponieważ „od zwykłego łapie ją skurcz w plecach”.
Życie osobiste Ołeny tymczasem się waliło.
Pół roku temu odszedł od niej narzeczony Andriej, mówiąc na pożegnanie:
— Chcę ożenić się z tobą, a nie z twoją matką i siostrą, która świetnie udaje chorą.
— Jesteś dla nich jak bankomat.
— I dopóki tego nie zrozumiesz — nic nam się nie ułoży.
Wtedy Ołena strasznie się obraziła.
Ale wątpliwość zapuściła już korzenie.
Minęły kolejne dwa lata.
Życie w domu Kowalczuków ostatecznie zamieniło się w lepkie bagno, które istniało wyłącznie za pieniądze z Kijowa.
Ostatnia sobota miesiąca była tradycyjnym dniem przyjazdu Ołeny.
Wyjeżdżała przed świtem, aby uniknąć korków.
Bagażnik samochodu był zapchany do granic możliwości: mięso, drogie sery, owoce, kawa, chemia gospodarcza, leki.
Kiedy Ołena weszła na podwórko, Sofia Petrowna pieliła klomb.
Kobieta wyglądała na wycieńczoną i postarzałą przedwcześnie — zgarbiona, chuda, z głębokimi zmarszczkami.
Zobaczywszy córkę, matka wytarła ręce o fartuch i zmęczenie uśmiechnęła się.
— Przyjechałaś, córeczko.
— A my już się doczekać nie mogłyśmy.
Ołena przytuliła matkę i poczuła, jak pod palcami odznaczają się kości.
— Mamo, przecież prosiłam, żebyś nie pracowała w ogrodzie!
— Mogę wynająć ludzi!
— Po co się tak męczysz?
— A co to za praca, — machnęła ręką Sofia Petrowna.
— Ruch to życie.
— No i trzeba oszczędzać.
— Gdzie Maryna? — zapytała Ołena, znając odpowiedź z góry.
Twarz matki natychmiast stała się tragiczna.
— W pokoju leży.
— W nocy znowu miała atak.
— Oddychać nie mogła.
— Chciałam już wzywać pogotowie, ale nie pozwoliła.
— Tylko płakała i prosiła, żeby od niej nie odchodzić.
Ołena ciężko westchnęła i weszła do domu.
Zasłony w pokoju Maryny były szczelnie zaciągnięte, mimo że na zewnątrz świeciło jasne słońce.
Działał telewizor.
Maryna leżała na łóżku w jedwabnej piżamie, podarowanej przez siostrę, i przeglądała Instagrama na najnowszym iPhonie, który, oczywiście, spłacała Ołena.
— Cześć, chora, — powiedziała powściągliwie, stawiając torbę z lekami na szafce nocnej.
Maryna powoli podniosła wzrok, odłożyła telefon i zrobiła głęboki, pełen cierpienia wdech.
— Cześć, Len…
— Dziękuję, że przyjechałaś.
— Dzisiaj czuję się zupełnie źle…
Ołena uważnie przyjrzała się siostrze.
Różowe policzki, świeży manicure, zadbane brwi — nie wyglądała wcale jak śmiertelnie chora osoba.
— Jak na kogoś, kto w nocy się dusił, wyglądasz bardzo dobrze, — nie powstrzymała się Ołena.
Oczy Maryny natychmiast napełniły się łzami.
— Oczywiście, tobie łatwo mówić!
— Ty mieszkasz w swoim Kijowie, chodzisz po restauracjach, cieszysz się życiem!
— A ja tutaj powoli umieram!
— Ty nie rozumiesz, jak mi jest!
— Ten ból jakby zjada mnie od środka!
Na hałas natychmiast przybiegła matka.
— Ołena, przestań!
— Jak ci nie wstyd?!
— Jej nie wolno się denerwować! — Sofia Petrowna rzuciła się uspokajać młodszą córkę.
— Marynisiu, nie płacz…
— Zaraz mama kropelki przyniesie.
— A ty, Ołena, idź do kuchni i nie denerwuj jej.
Przy kolacji atmosfera była ciężka.
Maryna siedziała z kocem na ramionach i demonstracyjnie dłubała widelcem w rybie, przywiezionej przez siostrę.
— Mamo, — zaczęła Ołena.
— Znalazłam dobrą klinikę w Kijowie.
— Pełna diagnostyka, najlepsi lekarze.
— Maryna, w przyszłym tygodniu pojedziesz ze mną.
— Jeśli naprawdę jesteś chora — trzeba cię normalnie leczyć.
Maryna zamarła.
— Nie jadę.
— Nie wytrzymam drogi, — odpowiedziała szybko.
— Wytrzymasz.
— Sama po ciebie przyjadę.
— Powiedziałam — nie! — niespodziewanie krzyknęła Maryna.
— Oni znowu będą ciągać mnie po gabinetach!
— Znowu powiedzą, że wszystko zmyślam!
— Nigdzie nie jadę!
Sofia Petrowna od razu wskoczyła między córki.
— Ołena, nie naciskaj na nią!
— Przecież widzisz — ona ma panikę!
— Myślisz, że jak masz pieniądze, to możesz wszystkimi dyrygować?!
Ołena w milczeniu podniosła się zza stołu.
W środku było niesmacznie i pusto.
— Dobrze.
— Róbcie, jak chcecie.
— Zostawiłam trzysta dolarów na leki.
— I mamo… idź w końcu do stomatologa.
Tego samego wieczoru Ołena odjechała z powrotem do Kijowa, choć zamierzała zostać do niedzieli.
Całą drogę płakała, nie rozumiejąc, dlaczego we własnej rodzinie czuje się nie jak córka, lecz po prostu jak portfel.
Za miesiąc czekała ją ważna delegacja do Warszawy.
Od niej zależał awans.
Uprzedziła matkę, że będzie bardzo zajęta, przelała podwójną sumę pieniędzy i poprosiła, aby nie niepokoić jej bez potrzeby.
Jednak na dzień przed wylotem wyjazd odwołano.
Ołena niespodziewanie zyskała kilka wolnych dni i postanowiła zrobić rodzinie niespodziankę.
Kupiła matce nowy ciśnieniomierz, Marynie — drogie witaminy i ruszyła do domu.
Pogoda była piękna.
Ołena jechała z otwartym oknem, słuchała muzyki i po raz pierwszy od dłuższego czasu czuła spokój.
Do miasta brakowało zaledwie paru kilometrów.
Przy trasie znajdował się popularny kompleks z kawiarnią, altankami i grillami.
Ołena postanowiła zatrzymać się na kawę.
Wyszła z samochodu i przypadkowo spojrzała w stronę głośnego towarzystwa przy altance.
I nagle usłyszała znajomy, dźwięczny śmiech.
Śmiech, którego w domu nie słyszała już od wielu lat.
Ołena zamarła i uważnie się przyjrzała.
W środku towarzystwa siedziała Maryna.
Krótka letnia sukienka, jaskrawoczerwona szminka, idealna fryzura.
W ręku — kieliszek.
Obok jakiś chłopak obejmował ją w pasie, a Maryna śmiała się tak głośno i beztrosko, jakby nigdy w życiu nie cierpiała ani na osłabienie, ani na ataki.
Ona dosłownie promieniała zdrowiem i radością.
Ołena stała jak wryta.
Ręce zaczęły drżeć.
W środku jakby coś pękło.
Wszystkie bezsenne noce, tysiące przelanych hrywien, stracony narzeczony, ciągłe łzy matki — wszystko rozbiło się o ten wesoły, pijany śmiech.
Nie zamierzała urządzać sceny.
Po prostu powoli wróciła do samochodu.
— Spokojnie… po prostu dojedź do domu, — szepnęła do siebie.
Kiedy Ołena wjechała na podwórko, Sofia Petrowna siedziała na ganku i obierała ziemniaki.
Zobaczywszy córkę, matka przestraszona drgnęła.
— Lenoczko?
— Przecież miałaś być w Polsce…
— Co się stało?
Ołena podeszła bliżej i chłodno zapytała:
— Gdzie jest Maryna, mamo?
Sofia Petrowna nerwowo wytarła ręce.
— A gdzieżby miała być… w pokoju leży.
— Od rana tak źle się czuła…
— Serce ją chwyciło.
— Teraz pewnie śpi.
— Ty jej nie budź…
To przywykłe kłamstwo stało się ostatnią kroplą.
— Śpi?! — głos Ołeny załamał się w krzyk.
— Ty naprawdę masz mnie za idiotkę?!
Matka pobladła.
— Ołena, nie krzycz…
— PRZED CHWILĄ JĄ WIDZIAŁAM! — krzyknęła Ołena.
— Na stacji benzynowej!
— Pije, tańczy i bawi się z jakimiś facetami!
— Podczas gdy ty tutaj udajesz nieszczęśliwą matkę, a ja pracuję po czternaście godzin na dobę, żeby utrzymać was obie!
Sofia Petrowna powoli osunęła się na stopień.
I w tym momencie Ołena zrozumiała najgorsze — matka wcale nie jest zaskoczona.
— Wiedziałaś… — szepnęła.
— Ty wszystko wiedziałaś.
Sofia Petrowna zakryła twarz rękami i nagle ostro wykrzyknęła:
— Nie waż się tak mówić o siostrze!
— Co ty w ogóle rozumiesz?!
— Przyjeżdżasz raz w miesiącu, rzucasz swoje pieniądze i myślisz, że jesteś święta?!
— Ja was całkowicie utrzymuję! — zachłysnęła się z oburzenia Ołena.
— Oddałam wam całe swoje życie!
— Jej niewiele czasu zostało! — histerycznie krzyknęła matka.
Ołena zastygła.
— Co?..
— Ona ma rzadką chorobę!
— Lekarze sami mi mówili!
— Ona gaśnie!
— Czasami jest jej lepiej i wychodzi do znajomych…
— Przecież jest młoda!
— Chce choć trochę pożyć!
Ołena patrzyła na matkę z przerażeniem.
W tym momencie zrozumiała: sprawa już dawno nie dotyczyła tylko Maryny.
To był wspólny, chory świat, w który matka dobrowolnie uwierzyła.
Sofii Petrownej potrzebna była rola cierpiącej matki.
A Maryna doskonale nauczyła się grać rolę umierającej córki.
— Jacy lekarze, mamo? — lodowatym głosem zapytała Ołena.
— Gdzie diagnoza?
— Gdzie wypisy?
— Robiliśmy pełne badanie miesiąc temu — ona jest zdrowa!
— Oni ukrywają prawdę! — prawie wrzeszczała matka.
— Ty po prostu zazdrościsz!
— Zazdrościsz, że ja ją kocham mocniej!
Te słowa uderzyły mocniej niż spoliczkowanie.
W tym momencie na podwórko weszła Maryna.
Zobaczywszy siostrę i płaczącą matkę, natychmiast chwyciła się za pierś.
— Mamo… słabo mi…
— Ja tylko do apteki chodziłam…
Ołena nagle się roześmiała.
Gorzko i strasznie.
— Do apteki? Czy na szaszłyki przy trasie?
Maryna pobladła.
— Len, ty wszystko źle zrozumiałaś…
— Zamknij się, — cicho powiedziała Ołena.
— Twoje przedstawienie się skończyło.
— Cudownie rozegrałaś nas obie.
— Nie waż się tak do niej mówić!
— Ona jest chora! — znowu krzyknęła matka.
Ołena zmęczona spojrzała na nie obie.
— Wiesz co, mamo… masz rację.
— Jestem naprawdę bezduszna.
— Ponieważ od tej minuty nie macie już ani moich pieniędzy, ani mojej pomocy.
Odwróciła się i poszła do samochodu.
— Ołena! A co z lekami?!
— A gaz?! — krzyknęła matka.
Ołena usiadła za kierownicą i opuściła okno.
— Niech twoja śmiertelnie chora córka idzie do pracy.
— Na trasie wyglądała doskonale.
Samochód gwałtownie ruszył z miejsca.
W lusterku wstecznym Ołena zobaczyła, jak Maryna stoi zupełnie prosto, bez żadnych ataków, i wściekle krzyczy za nią, a matka siedzi na ziemi, trzymając się za głowę.
Minął rok.
Ołena dotrzymała obietnicy.
Zmieniła numer telefonu, zablokowała matkę i siostrę wszędzie, gdzie mogła.
Pierwsze miesiące były ciężkie.
Sofia Petrowna dzwoniła do niej do pracy, urządzała histerie, opowiadała wszystkim, że Maryna umiera.
Jednak prawda szybko wyszła na jaw.
Gdy tylko strumień pieniędzy z Kijowa wyschł, tajemnicza choroba Maryny nagle zniknęła.
Zatrudniła się jako ekspedientka w supermarkecie.
Dwunastogodzinne zmiany i ciężka praca okazały się zaskakująco skutecznym lekarstwem.
Sofia Petrowna również stopniowo zajęła się własnym życiem i zdrowiem.
Bez ciągłych dramatów ich relacje z Maryną zaczęły się psuć — teraz musiały mierzyć się z realnymi problemami, a ne żyć w zmyślonym świecie.
A Ołena siedziała wieczorem na balkonie hotelu w Barcelonie.
W ręku miała kieliszek białego wina, obok — Andriej.
Kilka miesięcy temu przypadkowo spotkali się w Kijowie i postanowili spróbować zacząć wszystko od nowa.
— O czym myślisz? — zapytał, obejmując ją za ramiona.
Ołena spojrzała na zachód słońca i spokojnie się uśmiechnęła.
— O tym, że czasem najlepsza pomoc bliskim — to pozwolić im samym odpowiadać za swoje życie.
— Nawet jeśli w tym celu trzeba stać się dla nich wrogiem.
Położyła telefon na stole.
Nie było w nim już wiadomości z prośbami o przesłanie pieniędzy na leki na nieistniejące choroby.
Teraz było tam tylko jej własne życie, które w końcu sobie przywróciła.




