Były postanowił oszczędzić na ślubie moim kosztem. Ta oszczędność słono go kosztowała.

Przez jakiś czas udawałam, że niczego nie zauważam.

Nie, nie ze strachu przed samotnością, jak piszą w tanich kobiecych romansach, ale wyłącznie z badawczej ciekawości.

Obserwowanie, jak mój mąż Eduard usiłował grać lokalnego Jamesa Bonda, było niewiarygodnie zabawne.

Edik, menedżer średniego szczebla z ambicjami Elona Muska i pensją kasjera, nagle zaczął zachowywać się jak bohater szpiegowskiego thrillera.

Jego telefon dorobił się skomplikowanego hasła (podejrzałam je drugiego dnia — była to data urodzenia jego nowej wybranki), zaczął nosić obcisłe dżinsy, które wyraźnie odcinały dopływ tlenu do jego i tak niezbyt aktywnego mózgu, a jego koszule zaczęły cuchnąć olejkiem eterycznym z paczuli.

Jego nowa ukochana, Stella, pracowała u niego w biurze jako asystentka.

Była jedną z tych oświeconych dziew, które żywią się wyłącznie kiełkującą pszenicą i cudzymi mężami.

Edik myślał, że jest geniuszem konspiracji.

Ja zaś co rano poprawiałam mu kołnierzyk i z ironią obserwowałam, jak chowa wzrok.

Czekałam tylko, aż wreszcie wyjawi swój sekret.

Stało się to we wtorek.

Edik stanął pośrodku naszego salonu w pozie urażonej godności i, dramatycznie załamując ręce, oznajmił:

— Liza, musimy poważnie porozmawiać.

Nie rozumiesz mojej duszy.

Moje wibracje już nie pokrywają się z twoimi.

Stella… ona widzi we mnie wewnętrznego tygrysa!

Odchodzę.

Nie będę już musiał cię okłamywać.

Żądam rozwodu.

Starannie odłożyłam tomik Wodehouse’a, poprawiłam okulary i spojrzałam na niego ponad oprawkami.

— Edik, po pierwsze, twój wewnętrzny tygrys to raczej ozdobna chihuahua z niestrawnością.

— A po drugie, mogłeś po prostu powiedzieć, że nie chce ci się chować rachunków z restauracji.

Rozwód, to rozwód.

Tylko pakuj walizkę szybciej.

Wyszedł, głośno trzaskając drzwiami, wyraźnie rozczarowany tym, że nie padłam na kolana i nie zaczęłam wyrywać sobie włosów.

Moja rodzina oczywiście próbowała urządzić żałobę.

Mama lamentowała, że „to rozpustny kocur”, a ciotka Galya radziła iść do wróżki, żeby zdjąć urok.

Ja tylko uprzejmie kiwałam głową.

Ale najpiękniejszym wydarzeniem w tej historii była reakcja mojej teściowej.

Izolda Markowna była wspaniałą kobietą.

Inteligentka w piątym pokoleniu, paliła cienkie papierosy przez lufkę, uwielbiała Schopenhauera i miała język, którym można by ciąć diamenty.

Następnego dnia po odejściu Edika zjawiła się w moich drzwiach z kolekcjonerską butelką Chablis i pudełkiem eklerków.

— Lizońka, moje dziecko, — powiedziała, wkraczając majestatycznie do kuchni.

— Zawsze wiedziałam, że mój syn to ewolucyjny ślepy zaułek.

Próbowałam oddać go z powrotem do szpitala położniczego, ale niestety nie przyjmują tam zwrotów.

Wypijmy za twoje uwolnienie od tej genetycznej pomyłki.

Z Izoldą zostałyśmy najlepszymi przyjaciółkami.

Chodziłyśmy do teatru, dyskutowałyśmy o filozofii antycznej i snułyśmy plany na życie.

Do mojego nowego towarzystwa dołączył też adwokat Izoldy, Roman — mężczyzna z nienagannym poczuciem humoru, bystrym umysłem i ramionami, za którymi chciało się schować przed każdą burzą.

Rozwód załatwiono szybko, cicho i bez histerii.

Ja rozkwitałam, Roman mówił mi komplementy, a Izolda Markowna stała się naszym głównym błogosławieństwem.

Prawie już zapomniałam o istnieniu byłego męża, kiedy na ekranie wyświetliło się: „Edik. Nie odbierać”.

Z ciekawością przyjęłam połączenie.

— Liza, — jego głos brzmiał tak, jakby przemawiał z trybuny ONZ.

— Musimy się spotkać.

To kwestia życia i śmierci.

I karmy.

— Karmy? — prychnęłam.

— Edik, w poprzednim życiu byłeś żelazkiem, o jakiej karmie mówisz?

— Nie bądź złośliwa.

Jutro w restauracji „Świadomy Łoś”.

O siódmej.

Odłożyłam słuchawkę i zadzwoniłam do Izoldy Markowny.

Kiedy usłyszała nazwę restauracji, teściowa śmiała się tak bardzo, że omal nie upuściła swojej lufki.

Szybko ułożyłyśmy plan.

Zawsze wolałam grać z wyprzedzeniem i bić przeciwnika jego własną bronią.

Następnego dnia weszłam do „Świadomego Łosia” w nienagannej sukni w kolorze wina, na szpilkach i z idealnie ułożonymi włosami.

Edik siedział przy stoliku ze Stellą.

Dziewczyna była ubrana w coś workowatego z niebielonego lnu, na szyi kołysały jej się drewniane korale, a spojrzenie wyrażało skrajny stopień wyższości nad całym światem.

— Cześć, Liza, — przeciągnął protekcjonalnie Edik.

— Cieszę się, że znalazłaś w sobie siłę, żeby przyjść.

— Witaj, Liza, — zaśpiewała Stella, składając dłonie w łódeczkę.

— Przesyłam ci promienie akceptacji i światła.

— Dziękuję, Stella, zostaw je sobie, mogą się przydać, jeśli zimą wyłączą ogrzewanie, — odparłam, z gracją siadając na krześle.

— A więc, Eduardzie, po co odciągnąłeś mnie od kolacji z normalnym mężczyzną?

Edik chrząknął, próbując nadać sobie powagi.

— Ja i Stella postanowiliśmy się pobrać.

Nasze energie stopiły się w jedno.

Ale jesteśmy przeciwni bezmyślnej konsumpcji.

Kapitalizm niszczy planetę.

Wydobycie złota to ból Ziemi.

— Do rzeczy, Greenpeace, — przerwałam mu.

— Chcę, żebyś oddała pierścionek zaręczynowy, — wypalił.

— Ten z diamentem.

Po co kupować nowy, skoro możemy wykazać się ekologicznym podejściem i puścić go do wtórnego obiegu?

Poza tym to sprawiedliwe.

Ja za niego płaciłem.

Spojrzałam na niego.

Potem na Stellę.

Potem znów na niego.

Człowiek, który latami żył na mój koszt i koszt własnej matki, udając odnoszącego sukcesy biznesmena, siedział przede mną i całkiem serio żądał używanego pierścionka dla swojej nowej oświeconej muzy, żeby oszczędzić parę setek tysięcy rubli.

To było tak absurdalne, że nawet się nie zezłościłam.

Uśmiechnęłam się.

Szeroko, szczerze i bardzo niebezpiecznie.

— Edik, — powiedziałam łagodnie.

— Nie uwierzysz, ale przewidziałam twój pociąg do ekologii.

Ja też uważam, że recykling to trend sezonu.

Wyjęłam z torebki aksamitne pudełeczko i ostrożnie położyłam je na stole.

Oczy Edika błysnęły chciwie.

Stella wyciągnęła do pudełeczka swoje wypielęgnowane palce.

Otworzyła je.

Pierścionek błyszczał.

— Ojej, — westchnęła Stella, szybko wsuwając go na palec.

— Pasuje idealnie!

To znak od Wszechświata!

— Niewątpliwie, — skinęłam głową, wyciągając z torebki gruby kopert z porządnego papieru.

— Ale skoro już mówimy o uczciwości i przerabianiu starego na nowe, mam dla was jeszcze coś.

Mały prezent ślubny.

Przesunęłam kopertę w stronę Edika.

Zmarszczył brwi, otworzył ją i wyjął kilka oficjalnych dokumentów z pieczęciami.

— Co to jest? — zadrżał mu głos.

— To, mój drogi, realia kapitalizmu, którego tak nie lubisz, — wyjaśniłam słodkim głosem.

— Widzisz, Izolda Markowna też postanowiła zrobić inwentaryzację swoich aktywów.

Mieszkanie, w którym teraz mieszkacie i w którym planowałeś budować swoje rodzinne gniazdko, wczoraj zostało oficjalnie przepisane na mnie w drodze umowy darowizny.

Jako moralne zadośćuczynienie za pięć lat wynoszenia mi mózgu przez uszy.

Edik zbladł.

Stella przestała oddychać.

— Samochód, którym przyjechałeś, — ciągnęłam, zaginając palce, — jest w leasingu.

Izolda Markowna rozwiązała umowę dziś rano.

— Będziesz musiał oddać kluczyki do salonu jutro do rana.

Twoje stanowisko „dyrektora handlowego” w firmie wuja od strony matki zostało zlikwidowane z powodu redukcji etatów.

I na koniec wisienka na tym ekologicznym torcie…

Wskazałam eleganckim palcem pierścionek, który Stella już próbowała dyskretnie zdjąć.

— Tego pierścionka nie kupiłeś za swoje pieniądze.

Wziąłeś go na kredyt.

I, jak wynika z wyciągu bankowego dołączonego do dokumentów, nie spłacasz go już od pół roku.

Dług wraz z odsetkami i karami wynosi dwieście czterdzieści tysięcy rubli.

Komornicy już o tym wiedzą.

Przy stoliku zapadła taka cisza, że było słychać, jak kucharz kroi selera w kuchni.

Twarz Edika przypominała zsiadły kefir.

— Ale… mama nie mogła tak postąpić… — wyszeptał.

— Twoja mama, Edik.

Ona może wszystko.

Stella, której wibracje nagle spadły do poziomu listwy przypodłogowej, spojrzała na Edika oczami pełnymi prawego, bynajmniej nie duchowego gniewu.

Zerwała pierścionek z palca, cisnęła nim do niedopitego smoothie mojego byłego męża i sycząc przez zęby: „Karmiczny golas!”, chwyciła swoją eko-torbę i wyleciała z restauracji.

Z przyjemnością dopiłam swoją wodę mineralną.

— Cóż, Eduardzie.

Pierścionek ci oddałam.

Narzeczona, co prawda, dokonała samozagłady, ale to już koszty recyklingu.

Zachowaj kopertę z dokumentami — ekologicznie oddasz ją na makulaturę, może zarobisz na bilet tramwajowy.

Klucze do mojego nowego mieszkania czekam jutro do południa.

Wstałam, poprawiłam sukienkę i ruszyłam ku wyjściu.

Przy drzwiach czekał na mnie Roman.

Podał mi płaszcz, pocałował i cicho zapytał:

— I jak?

— Błyskotliwie, — roześmiałam się.

— Karmiczny bumerang zadziałał bez pudła.

Wieczorem siedzieliśmy na werandzie wiejskiego domu Izoldy Markowny.

Piliśmy Chablis, jedliśmy eklery i we troje śmialiśmy się do łez z filmu, który przysłał mi ktoś z gości „Świadomego Łosia” — Edik próbował na nim wyłowić pierścionek z zielonej mazi smoothie, rozglądając się nerwowo na boki.

Patrzyłam na Romana, który z czułością dolewał mi wina, na Izoldę, z zadowoleniem wypuszczającą kółka dymu, i rozumiałam: czasem rozwód to nie koniec świata.

Czasem to najlepsze generalne porządki w życiu, po których oddycha się niewiarygodnie lekko.

A śmieci… śmieci powinny zostać na wysypisku.

Najlepiej z niespłaconym kredytem.