— Dosyć. Nie jestem ani mamusią, ani służącą waszego syna. Skoro nie podoba się wam, jak żyje — zabierajcie z powrotem swoje cudo — powiedziałam.

— Czym ty karmisz mojego syna? To przecież woda z kapustą! Anton potrzebuje mięsa, on jest mężczyzną, pracuje, a ty go głodzisz!

Głos teściowej aż ciął po uszach.

Stałam przy kuchence, czując, jak po dwunastogodzinnej zmianie nogi pulsują mi ze zmęczenia.

Pięć lat małżeństwa zamieniło się w niekończący się egzamin na idealną żonę.

I oblewałam go w każdy weekend, kiedy Margarita Wasiljewna przychodziła z kolejną kontrolą.

Powoli wytarłam ręce w ręcznik i odwróciłam się.

Teściowa stała pośrodku kuchni, z rękami opartymi na biodrach.

Jej wzrok biegał po blacie, wypatrując kurzu albo niedomytego kubka.

Anton siedział przy stole.

Mój prawowity mąż wpatrywał się w telefon i metodycznie żuł kanapkę, którą zrobiłam mu piętnaście minut wcześniej.

Nawet nie podniósł głowy.

Jak zawsze.

— Lena, spójrz na jego kołnierzyki! — Margarita Wasiljewna z niesmakiem wyciągnęła z kosza koszulę i potrząsnęła nią w powietrzu.

— Tysiąc razy ci mówiłam: kołnierzyki trzeba zapierać ręcznie szarym mydłem. Pralka sobie nie radzi. On chodzi do biura, ludzie na niego patrzą. A skarpetki? Dlaczego nie są wyprasowane?

Wzięłam głęboki oddech.

W piersi poruszyła się ciężka uraza.

Pracowałam jako starsza kasjerka, brałam dodatkowe zmiany, żebyśmy mogli szybciej spłacić kredyt.

Wracałam do domu bez sił, stawałam przy kuchence, myłam podłogi, robiłam pranie.

— Margarito Wasiljewno — odpowiedziałam, starając się mówić równo. — Prasuję koszule i spodnie. Na skarpetki nie mam ani czasu, ani siły. Jeśli to dla Antona takie ważne — żelazko jest w szafie.

Teściowa głośno westchnęła, jakbym zaproponowała jej synowi pracę w kopalni.

— Słyszysz, jak ona do mnie mówi? Żelazko mi proponuje! Gdzie to widziano, żeby mężczyzna po pracy sam sobie prasował skarpetki?

Anton niechętnie oderwał wzrok od ekranu.

Westchnął tak ciężko, jakby oderwano go od rozwiązywania problemów całego świata.

Spojrzał na mnie z irytacją.

— No, Lena, czemu zaczynasz? Mama ma rację. Jestem twarzą działu. Mogłabyś się bardziej postarać. Naprawdę tak trudno potrzeć koszulę dodatkowe pięć minut?

W tej chwili moja cierpliwość sięgnęła granic.

Moja naiwna nadzieja, że jesteśmy prawdziwą rodziną, rozsypała się w pył.

Spojrzałam na tego trzydziestodwuletniego mężczyznę.

Siedział w ciepłym mieszkaniu, za które płaciłam połowę.

Jadł jedzenie, które kupiłam i ugotowałam.

I czekał, aż dwie kobiety będą się spierać o prawo do prania jego brudnej bielizny.

— Bardziej się postarać? — mój głos zrobił się dziwnie spokojny. — Pracuję tyle samo co ty, Antonie. Płacę połowę kredytu. Gotuję, sprzątam, piorę. A ty nie potrafisz nawet odnieść po sobie talerza.

— Nie waż się podnosić głosu na mojego syna! — poderwała się teściowa, ciskając koszulę na stół.

— Jesteś złą gospodynią! Przy tobie on wygląda jak sierota! Chudy, pognieciony, zmęczony! Nie po to go wychowywałam!

Spojrzałam na nich oboje.

Na czerwoną ze złości teściową.

Na męża, który tchórzliwie chował wzrok, dalej przeżuwając.

Zrozumienie przyszło natychmiast.

Chłodne i wyzwalające.

Już tego nie chcę.

Odwróciłam się i bez słowa poszłam do sypialni.

Otworzyłam szafę, wyciągnęłam dużą torbę, z którą Anton jeździł w delegacje.

— Co ty wyprawiasz? — rozległ się za moimi plecami głos teściowej.

Nie odpowiedziałam.

Po prostu otworzyłam drzwi szafy i zaczęłam wrzucać do torby rzeczy męża.

Koszule, dżinsy, bieliznę.

Wszystko leciało do środka byle jak.

— Lena, ty zwariowałaś? — Anton pojawił się w drzwiach. — Gdzie pakujesz moje rzeczy? Mieliśmy iść do znajomych.

Zasunęłam zamek, chwyciłam torbę i wywlokłam ją na korytarz.

Rzuciłam ją pod drzwi wejściowe.

Wyprostowałam się.

Spojrzałam Margaricie Wasiljewnie prosto w oczy.

— Dosyć. Nie jestem ani mamusią, ani służącą waszego syna. Skoro nie podoba się wam, jak żyje — zabierajcie z powrotem swoje cudo.

— Co ty wygadujesz?! — ахnęła teściowa, przyciskając dłoń do obojczyka. — Chcesz wyrzucić męża z domu? Ty jesteś przy zdrowych zmysłach?

— Jestem przy zdrowych zmysłach, Margarito Wasiljewno. Wyrzucam lokatora, który pomylił żonę z darmową gosposią — ucięłam. — Anton, twoja mama ma rację. Tobie potrzebna jest szczególna opieka. Ręczne pranie, pożywne zupy, prasowane skarpetki. Ja już tego nie robię. Szukajcie sobie kogoś innego.

Anton zbladł.

W jego oczach pojawił się strach.

Spróbował zrobić krok w moją stronę.

— Lena, co ty robisz? Mama tylko doradziła. Uspokójmy się. Mamo, idź do domu, sami to wyjaśnimy.

— Nie, Antonie. My już wszystko wyjaśniliśmy — podeszłam do drzwi i szeroko je otworzyłam. Chłodne powietrze wdarło się na korytarz. — Wyjście jest tam. O podział majątku złożę pozew, wszystko zgodnie z prawem. A teraz — oboje. Wynocha stąd.

— Kto cię będzie chciał z takim charakterem! — krzyknęła Margarita Wasiljewna, chwytając torebkę. — Histeryczka! Chodź, synku! Jeszcze przyczołga się do nas na kolanach!

Anton zawahał się.

Spojrzał na mnie, potem na matkę.

Nawet nie próbował przeprosić.

Nie próbował walczyć o małżeństwo.

W milczeniu podniósł torbę i poszedł za matką jak posłuszny chłopiec.

Patrzyłam na ich plecy przez trzy sekundy.

Potem zatrzasnęłam drzwi.

Przekręciłam klucz dwa razy.

Zasunęłam zasuwkę.

Oparłam się plecami o drzwi.

W mieszkaniu zapadła cisza.

Nikt nie marudził o źle ugotowanej zupie.

Nikt nie domagał się czystej koszulki.

Nikt nie wzdychał nad okruszkami na stole.

Ręce drżały mi z napięcia, ale w środku rosła lekkość.

Jakbym zrzuciła ciężar, który dźwigałam przez pięć lat.

Rano obudziłam się bez budzika.

Nie zerwałam się z łóżka, żeby robić śniadanie.

Powoli przeciągnęłam się w pustym łóżku.

Wyszłam do kuchni w starej piżamie.

Po raz pierwszy od lat zaparzyłam herbatę tylko dla siebie.

Usiadłam przy oknie.

Deszcz stukał o szybę, ale mnie było ciepło i spokojnie.

Na stole rozświetlił się telefon.

Dzwonił Anton.

Nie odebrałam.

Po prostu patrzyłam, jak jego imię gaśnie na ekranie.

Moje życie należało teraz tylko do mnie.