Agata oderwała wzrok od laptopa i spojrzała na Marka ze zdziwieniem.
— Mówisz poważnie? Przecież tam były krewetki, czerwony kawior, łosoś.
I okazja była wyjątkowa — moje urodziny.
Po co robić takie wydatki z powodu zwykłej wizyty?
Możemy przecież po prostu posiedzieć przy herbacie.
Marek zmarszczył brwi, jakby usłyszał kompletną bzdurę.
— To są moi rodzice! Czy naprawdę tak trudno ci się postarać dla nich?
— Dla kogo się starać, Marek? — Agata zamknęła laptopa. — Czy ty w ogóle pamiętasz, co dostali mi na urodziny? Biżuterię. Bransoletkę za jakieś dwieście rubli. I to na moje trzydzieste urodziny!
— No i zaczęło się, — przewrócił oczami. — Znowu ty o pieniądzach. Rodzice nie są bogaci, czego ty od nich oczekiwałaś?
— Normalnego traktowania, — ostro odpowiedziała Agata. — A nie diamentów.
Marek machnął ręką i poszedł do łazienki. Dla niego rozmowa była zakończona. Zresztą, jak zawsze — gdy tylko Agata poruszała niewygodny temat, on natychmiast nazywał ją małostkową, czepialską lub niewdzięczną. Uniwersalny zestaw etykiet na każdą okazję.
Sałatkę mimo wszystko przygotowała. Nie dla teściowej — dla świętego spokoju w domu. Ponieważ odmowa oznaczałaby kolejne kilka dni demonstracyjnego obrażania się, ciężkich westchnień i trzaskania drzwiami lodówki.
Łatwiej spędzić półtorej godziny na krewetkach, niż potem przez tydzień się godzić.
Teściowa, Alina Grigoriewna, jadła sałatkę z apetytem. Nałożyła sobie nawet dokładkę. Ale na koniec i tak znalazła powód do narzekania.
— Niezłe, Agata. Tylko cytryny trochę za mało. Ale ogólnie — całkiem w porządku.
Agata uśmiechnęła się. Cytryny było dokładnie tyle samo, co poprzednim razem, kiedy teściowa nazywała tę sałatkę najlepszą rzeczą, jaką jadła w życiu.
Ale wtedy były jej urodziny i Alina Grigoriewna starannie grała rolę troskliwej krewnej. Dzisiaj był zwykły wieczór — można było już nie udawać.
Spotkanie ciągnęło się zwyczajnie i nudno. Marek opowiadał ojcu o pracy, ubarwiając własne osiągnięcia co najmniej trzykrotnie.
Alina Grigoriewna opowiadała historie o sąsiadach, których Agata nigdy nie widziała i widzieć nie zamierzała. Sama Agata dolewała herbatę, rozstawiała przekąski i z całych sił utrzymywała na twarzy uprzejmy wyraz.
Kiedy goście już zbierali się do wyjścia i stali w przedpokoju, Wadim Stepanowicz nagle odwrócił się do Agaty. Zmarszczył brwi tak mocno, że między nimi pojawiła się głęboka bruzda.
— Agata, Marek powiedział nam, że byłaś niezadowolona z naszego prezentu.
Przeniosła wzrok na męża i poczuła, jak wszystko w środku się kurczy. Po prostu wziął i opowiedział rodzicom o jej słowach. Wystawił ją bez wahania.
— Ale musisz nauczyć się być bardziej wdzięczną, — kontynuował Wadim Stepanowicz. — Nie wolno wszystkiego mierzyć pieniędzmi. Kiedy zaczniesz cenić pamięć, a nie cenę prezentu, wtedy staniesz się idealną żoną.
Alina Grigoriewna skinęła głową z aprobatą. Marek w końcu zabrał głos, ale zwrócił się nie do żony, a do rodziców:
— Chodźmy, odprowadzę was do samochodu.
Agata dosłownie trzęsła się ze złości. Przez cały wieczór się starała, robiła tę przeklętą sałatkę, znosiła uwagi — to o cytrynie, to o fryzurze, to o postawie.
Milczała i przełykała złośliwości, a Marek w tym czasie przedstawił ją rodzicom jako interesowną żonę, którą trzeba postawić do pionu.
A jego rodzice? Przyszli do jej domu, zjedli drogą kolację z kawiorem i krewetkami, a potem jeszcze postanowili prawić jej morały.
Agata zacisnęła zęby tak mocno, że rozbolały ją szczęki. A więc „idealna żona”? Dobrze. Zapamięta to sobie.
Przez kolejne dwa tygodnie ani razu nie wróciła do tej rozmowy. I nie chodziło o przebaczenie — ona po prostu czekała.
Uraza wcale nie minęła. Ukryła się w środku i przypominała o sobie za każdym razem, gdy Marek wspominał o rodzicach.
I on, jak należało się spodziewać, zaczął pierwszy.
— Moi przyjadą w sobotę. Przygotuj zwykły obiad, tylko bez żadnych wymysłów.
Powiedział to mimochodem i stał się czujny. Wyraźnie czekał na wybuch, awanturę lub długą listę pretensji.
Ale Agata spokojnie odpowiedziała:
— Dobrze. Wszystko zrobię.
Marek spojrzał na nią z niedowierzaniem, jakby widział ją po raz pierwszy. Długo się wpatrywał, próbując wyczuć podstęp. Kiedy jednak niczego nie zauważył, na jego twarzy pojawił się zadowolony uśmiech.
— No widzisz. W końcu zrozumiałaś, co to znaczy rodzina. To wcale nie jest takie trudne.
Agata odwzajemniła uśmiech — miękko i ciepło.
Marek zadowolony rozsiadł się na kanapie, a ona poszła do kuchni i z przyjemnością zaczęła sporządzać listę zakupów.
W sobotę Marek już od samego rana pojechał po rodziców. Wspominał coś o pomocy przy cieknącym kranie. Agata odprowadziła go bez zbędnych pytań.
Koło południa całe towarzystwo przyjechało.
— Wejdźcie, proszę, — powiedziała, przepuszczając gości. — Stół jest już nakryty.
Szła za nimi i machinalnie liczyła kroki.
Wadim Stepanowicz wszedł do salonu i gwałtownie się zatrzymał. Alina Grigoriewna wyjrzała zza jego ramienia i również znieruchomiała.
Na stole leżała skromna półmisek z wędliną: grube pajdy białego chleba i najtańsza gotowana kiełbasa, rozłożona w wachlarz. Obok stały cztery jabłka. Żadnych sałatek, żadnego dania głównego, żadnych przekąsek. Tylko czajnik i cukiernica.
Alina Grigoriewna powoli spojrzała na Agatę.
— Co to ma być? To jest poczęstunek czy żart? Na co ty sobie pozwalasz?
— Po prostu zapamiętałam słowa Wadima Stepanowicza, — spokojnie powiedziała Agata, siadając przy stole i nalewając herbatę.
— Jakie znowu słowa?
— O tym, że nie trzeba patrzeć na ceny i mierzyć wszystkiego pieniędzmi. Postanowiłam więc zaoszczędzić. Jaka to różnica, prawda? Liczy się przecież pamięć.
Cisza wisiała przez około pięć sekund.
Potem Marek oprzytomniał.
— Kpisz sobie? Co to w ogóle jest?
— To jest stół według zasług, — Agata spojrzała prosto w oczy mężowi. — Twoja rodzina traktuje mnie bez szacunku. Ja po prostu odpowiadam tym samym. I dziękujcie, że w ogóle cokolwiek przygotowałam.
Alina Grigoriewna spłonęła gniewem.
— Zupełnie straciłaś hamulce! Jak śmiesz tak zachowywać się wobec rodziców męża?!
— Śmiem, — Agata spokojnie ugryzła jabłko. — I będę. I przy okazji, drogich prezentów ode mnie też już nie oczekujcie. Sami przecież mówiliście, że rzeczy materialne nie są ważne.
Wzruszyła ramionami.
— Kupię coś za jakieś dwieście rubli i powiem, że od serca. Wezmę z was przykład.
Wadim Stepanowicz w milczeniu odwrócił się i poszedł do przedpokoju. Alina Grigoriewna rzuciła Agacie spojrzenie, w którym mieszały się zagubienie i wściekłość, i poszła za nim.
Marek, czerwony ze złości, chwycił klucze.
— Odwiozę ich. A z tobą porozmawiam później!
Wrócił dopiero po dwóch godzinach.
Agata spokojnie siedziała z książką i piła herbatę, kiedy mąż zaczął się awanturować:
— Wszystko przekręciłaś! Moi rodzice to dorośli, szanowani ludzie. A ty urządziłaś cyrk!
— Dopóki nie będzie szacunku dla mnie, niczego nie będzie w zamian, — odwróciła stronę. — Ani sałatek, ani prezentów, ani uśmiechów. Wszystko jest proste, Marek.
Poszedł do sypialni i przesiedział tam do samego rana.
Nastały dni, kiedy żyli ze sobą jak obcy ludzie. Rano w milczeniu siedzieli przy śniadaniu, a w nocy kładli się każde na swoim brzegu łóżka.
Marek demonstracyjnie pielęgnował urazę, całym swoim zachowaniem pokazując, że żona jest winna. Agata jednak niczego nie próbowała naprawiać — po prostu żyła swoim życiem.
Pierwszy odezwał się po tygodniu. Bez przeprosin. Po prostu zaczął zachowywać się tak, jakby nic się nie stało.
Pytał o kolację, narzekał na kolegów z pracy, omawiał obowiązki.
Życie wróciło na dawne tory.
Dopiero po miesiącu Agata zauważyła: rodzice Marka już nie przyjeżdżają. On sam o tym milczał, a ona nie zamierzała pytać.
Ale była pewna — rozmowa między Markiem a jego rodzicami się odbyła. I jej imię w niej padło.
Teraz wieczory mijały spokojnie. Znów byli tylko we dwoje. Nie trzeba było już wymuszać uśmiechu i znosić nieprzyjemnych ludzi.
To było odczuwane jako ciche, ale ważne zwycięstwo.
I Agata ceniła każdy taki wieczór.
Być może to było tylko zawieszenie broni przed nową burzą. A być może — rodzina męża w końcu zrozumiała, że zadarła nie z tą kobietą.




