Olga przyjechała do szpitala we wtorek, zaraz po pracy.
Autobus wlókł się przez całe miasto, a ona stała w przejściu, trzymając się poręczy, patrzyła przez okno na szare, pięciopiętrowe bloki i myślała o tym, że trzeba kupić Koli pomarańcze — lekarz mówił, że witamina C przy jego diagnozie na pewno nie zaszkodzi.

Pomarańcze kupiła w kiosku przy wejściu.
Do tego jeszcze jogurt, ciastka i mały termos z domowym bulionem, który rano gotowała, kiedy dzieci szykowały się do szkoły.
Wszystko to spakowała do torby, torbę zawiesiła na zgięciu łokcia i przeszła przez bramkę, uśmiechając się do portierki.
— Na chirurgię? — zapytała tamta.
— Nie, na internę.
Mój mąż tam leży.
Merkułow Nikołaj Stiepanowicz.
— Trzecie piętro, w prawo korytarzem, sala dwanaście.
Olga weszła po schodach.
W szpitalu pachniało tak, jak pachnie we wszystkich szpitalach świata — chlorem, gotowanym jedzeniem i czymś nieokreślonym, co można by nazwać słowem „choroba”.
Szła długim korytarzem z odpadającym tynkiem na ścianach, mijała nosze, starsze kobiety w szlafrokach i telewizor mruczący w holu.
Drzwi do sali numer dwanaście były uchylone.
Olga popchnęła je i weszła.
Sala była czteroosobowa.
Przy oknie leżał starszy mężczyzna z zabandażowaną nogą i spał.
Przy przeciwległej ścianie siedział na łóżku mężczyzna około pięćdziesiątki — okrągłej twarzy, z zadbaną bródką — i przeglądał coś w telefonie.
Kola leżał na łóżku przy drzwiach.
Kiedy zobaczył żonę, uniósł się na łokciu i uśmiechnął.
— Ola, przyszłaś.
Już myślałem, że dziś nie dasz rady dotrzeć.
— Jak miałabym nie dotrzeć? — postawiła torbę na szafce nocnej, pochyliła się i pocałowała go w policzek.
— Po prostu autobus długo jechał.
Jak się czujesz?
— W porządku.
Rano ciśnienie skakało, ale teraz jest lepiej.
Dali mi zastrzyk, zrobiło się lżej.
Usiadła na brzegu łóżka i wzięła jego rękę.
Ręka była ciepła, trochę wilgotna — jak zawsze, kiedy leżał pod kołdrą.
Patrzyła na niego i myślała, że przez te dwa tygodnie schudł.
Twarz zrobiła się węższa, pod oczami pojawiły się cienie.
— Przywiozłam bulion, — powiedziała.
— W termosie.
Jeszcze gorący.
— Dobra z ciebie kobieta, — powiedział Kola.
— No, opowiadaj.
Jak dzieci?
— Dzieci w porządku.
Artiom dostał dwóję z matematyki, ale już poprawił.
Masza się przeziębiła, ale nie ma temperatury, tylko katar.
Chodzi do szkoły.
— To przez to, że siedzi na przeciągu, mówiłem jej.
— Mówiłeś, mówiłeś.
Ona nie słucha.
Rozmawiali cicho, zwyczajnie, tak jak rozmawiają ludzie, którzy przeżyli razem wiele lat.
Mężczyzna z bródką przy ścianie od czasu do czasu na nich zerkał — Olga zauważała to kątem oka, ale nie przywiązywała do tego znaczenia.
Różnie bywa.
Potem Kola powiedział:
— Ola, słuchaj.
Chciałem z tobą porozmawiać o jednej sprawie.
— O jakiej sprawie?
— No, kiedy tu leżę — myślałem.
O daczy.
Przecież wiesz, mama cały czas mówi, że trzeba przepisać na nią przynajmniej część, póki jeszcze żyje, żeby potem było łatwiej ze spadkiem.
— Wiem, — powiedziała Olga.
— Już wcześniej o tym mówiłeś.
— No właśnie.
Pomyślałem, że może lepiej zrobić to teraz.
Ona już sporządziła pełnomocnictwo — notariusz do niej przyjechał.
A jeśli ty podpiszesz zgodę, to Witia zajmie się papierami.
On wszystko wie, już się dogadał.
— Witia? — Olga zmarszczyła brwi.
— Jaki Witia?
— Mój kuzyn, Witia.
No przecież go znasz, widzieliśmy się na weselu Sierioży.
— Ten z tatuażami?
— Nie, tamten drugi.
Wysoki, w okularach.
Pracuje w nieruchomościach, zna się na tych sprawach.
Mówi, że zrobimy to szybko, póki jeszcze tu leżę.
Dokumenty sam przygotuje, ty tylko podpiszesz zgodę.
Olga milczała przez sekundę.
— A po co moja zgoda, skoro dacza jest na ciebie?
— No bo jesteśmy małżeństwem, wspólna własność.
Bez twojego podpisu notariusz tego nie przyjmie.
— A co dokładnie podpisuję?
— Zgodę na transakcję.
No, że się nie sprzeciwiasz.
Witia jutro przywiezie, ty podpiszesz i tyle.
Olga patrzyła na męża.
On patrzył na nią — zwyczajnie, spokojnie, jak patrzy człowiek, który tłumaczy coś oczywistego.
Już otworzyła usta, żeby powiedzieć „dobrze” — i właśnie wtedy usłyszała za plecami cichy głos.
— Przepraszam.
Odwróciła się.
Mężczyzna z bródką stał półtora metra od niej.
Patrzył prosto na nią — poważnie, z lekkim napięciem.
— Można panią na sekundę? — powiedział cicho.
— Na korytarz.
Olga się zmieszała.
— Ja… — spojrzała na Kolę.
Ten lekko się zmarszczył, ale nic nie powiedział.
— Jedną minutę, — powiedział mężczyzna.
— To ważne.
Było coś w jego głosie — nie niepokój, lecz właśnie powaga, spokojna i stanowcza — co sprawiło, że Olga wstała.
Wyszła za nim na korytarz.
Zamknął drzwi, ale nie do końca.
Stanęli przy ścianie.
Korytarzem przeszła pielęgniarka z tacą, nawet na nich nie spojrzawszy.
— Mam na imię Giennadij, — powiedział mężczyzna cicho.
— Leżę tu już trzeci tydzień.
Słyszałem rozmowy.
— Jakie rozmowy?
— Różne. — Zamilkł na chwilę.
— Proszę posłuchać.
Nie wtrącam się w cudze sprawy.
Ale muszę pani powiedzieć. — Spojrzał jej w oczy.
— Niech mu pani nie wierzy.
I niech pani niczego nie podpisuje.
Olga poczuła, jak w piersi robi jej się zimno.
— Co pan ma na myśli?
— To, co powiedziałem. — Giennadij obejrzał się na drzwi.
— Rozmawiał przez telefon trzy dni temu.
Długo, półgłosem.
Nie podsłuchiwałem — po prostu w sali jest cicho, nie zawsze chce się słyszeć, a jednak się słyszy.
Rozmawiał z jakimś Witią.
I jeszcze z kimś — imienia nie dosłyszałem.
Mówił, że żona podpisze, ona zawsze podpisuje, nie wnika.
Mówił o jakiejś daczy i jeszcze — o mieszkaniu.
— O mieszkaniu? — Olga nie poznała własnego głosu.
— Tak.
Nie pamiętam dokładnie, urywki.
Ale coś w rodzaju: „mieszkanie też można przepisać, póki ona tu jest”.
Coś takiego. — Giennadij patrzył na nią prosto.
— Rozumiem, że to brzmi…
Może coś źle zrozumiałem.
Może to wcale nie jest to, co mi się wydaje.
Ale nie mogłem przemilczeć.
Sam mam żonę.
Chciałbym, żeby ktoś mnie ostrzegł.
Olga stała przy ścianie szpitalnego korytarza i czuła, że podłoga pod nogami zrobiła się jakby mniej pewna.
— Dziękuję, — powiedziała w końcu.
— Ja… dziękuję.
Giennadij skinął głową i wrócił do sali.
Olga jeszcze sekundę stała na korytarzu, potem głęboko odetchnęła i też weszła.
Kola patrzył na nią z wyrazem lekkiego niezadowolenia.
— Czego chciał?
— Spytał, czy nie mam środka przeciwbólowego, — powiedziała Olga równo.
— Mówi, że boli go głowa, a pielęgniarka nie przychodzi.
— A, jasne. — Kola się rozluźnił.
— No to jak z tymi papierami?
— Kola, — powiedziała, siadając z powrotem.
— Wyjaśnij mi jeszcze raz.
Przepisujemy część na twoją mamę?
— No tak.
Pięćdziesiąt procent dla niej, pięćdziesiąt zostaje nam.
— A po co to teraz?
Przecież ona jest zdrowa, dzięki Bogu.
— Tak będzie spokojniejsza.
Nie jest już młoda, chce wszystko załatwić za życia.
— Dobrze.
A co dokładnie podpisuję — możesz mi pokazać dokument?
Kola zawahał się odrobinę — naprawdę odrobinę, ułamek sekundy.
— No, Witia przywiezie.
Jutro pokażemy.
— Nie, Kola, najpierw chcę przeczytać, a dopiero potem podpisywać.
— Ola, to zwykła zgoda, nic strasznego, trzy linijki.
— Dobrze.
To niech Witia wyśle mi to na telefon, przeczytam dziś.
Kola spojrzał na nią.
— Po co?
I tak nic z tego nie zrozumiesz.
— Zrozumiem, — powiedziała Olga.
— Albo poproszę kogoś, żeby mi pomógł zrozumieć.
Mąż Tani jest prawnikiem, spojrzy.
— Po co mieszać męża Tani w nasze sprawy?
— A po co mieszać Witię?
Ja go właściwie w ogóle dobrze nie znam.
— Przecież tłumaczyłem — pracuje w nieruchomościach.
— Kola, — powiedziała Olga cicho i bardzo spokojnie.
— Nie podpiszę niczego, czego wcześniej nie przeczytam.
To normalne.
Każdy normalny człowiek tak robi.
Kola zamilkł.
Potem się uśmiechnął — trochę sztucznie.
— No dobrze, dobrze.
Wyślę ci.
W sumie to nie pali się.
— No i dobrze.
Przez chwilę milczeli.
Olga wyjęła z torby termos, nalała bulion do nakrętki i postawiła przed nim.
— Pij, póki gorące.
— Gniewasz się?
— Nie, — powiedziała.
— Pij.
Do domu wracała już po ciemku.
W autobusie było prawie pusto — tylko staruszka z torbą na kółkach i dwóch nastolatków w słuchawkach.
Olga siedziała przy oknie, patrzyła na światła miasta i myślała.
Dwadzieścia dwa lata przeżyli razem.
Dzieci, kredyt hipoteczny, remont, choroby — wszystko razem.
Nigdy specjalnie nie wchodziła w finanse — Kola zawsze mówił, że sam się tym zajmie, a ona mu ufała.
Podpisywała, kiedy prosił.
Nie wnikała — przecież wszystko tłumaczył, a ona wierzyła.
Teraz próbowała sobie przypomnieć, co dokładnie i kiedy podpisywała przez te wszystkie lata.
Wychodziło to mgliście.
W domu dzieci już spały — a właściwie Masza spała, a Artiom siedział z telefonem, udając, że czyta.
Olga wysłała go spać, wypiła herbatę, potem wyjęła telefon i napisała do Tani: „Taniuś, możesz poprosić Igora, żeby skonsultował mnie w jednej sprawie?
Jutro, kiedy będzie miał czas.
Nic pilnego, ale ważne”.
Tania odpisała po minucie: „Pewnie, jutro po szóstej jest wolny”.
Olga napisała „dziękuję” i położyła się spać.
Ale długo nie zasypiała — leżała i patrzyła w sufit, myśląc o tym, co powiedział Giennadij.
I o tym, jak Kola powiedział: „I tak nic z tego nie zrozumiesz”.
Nigdy wcześniej tak nie mówił.
A może mówił — tylko ona tego nie zauważała?
Następnego dnia po obiedzie Kola przysłał zdjęcie dokumentu.
Olga otworzyła je przy biurku w pracy i zaczęła czytać.
To nie były „trzy linijki”.
To były cztery strony drobnego druku z odwołaniami do artykułów i punktów, a w trzeciej części, wśród ogólnych sformułowań, napisano co następuje: „…wyrażam zgodę na zbycie następującego mienia, stanowiącego wspólną własność małżonków: działki gruntu o numerze katastralnym… domu letniskowego… a także mieszkania położonego pod adresem…”
Olga przeczytała to dwa razy.
Mieszkania.
Wybrała numer Igora.
— Igor, przepraszam, że dzwonię wcześniej.
Możesz teraz spojrzeć na jeden dokument?
Wyślę ci.
— Tak, dawaj, — powiedział Igor.
— Poczekaj minutę.
Przesłała mu zdjęcie.
Czekając, wstała, przeszła się po kuchni, nalała sobie wody i wypiła.
Igor oddzwonił po dziesięciu minutach.
— Ola, ty to uważnie przeczytałaś?
— Przeczytałam.
— Tam jest zgoda na sprzedaż mieszkania.
Nie tylko daczy.
Mieszkania też.
— Widziałam.
— I zgoda jest udzielona na rzecz Merkułowa Wiktora Pawłowicza, który, sądząc z dokumentu, jest pełnomocnikiem na podstawie notarialnego pełnomocnictwa od Merkułowej Zinaidy Iwanowny.
— To matka mojego męża i jego kuzyn.
— No więc, — powiedział Igor powoli.
— Pełnomocnictwo od matki twojego męża daje temu Wiktorowi uprawnienia do podpisania umowy kupna-sprzedaży.
Rozumiesz?
Nie darowizny — sprzedaży.
A w standardowej umowie kupna-sprzedaży można wpisać dowolną cenę.
Nawet jednego rubla.
Olga milczała.
— Ola?
— Słyszę, — powiedziała.
— Czyli jeśli podpiszę tę zgodę, Witia będzie mógł sprzedać nasze mieszkanie za jednego rubla?
— Formalnie — tak.
Z prawnego punktu widzenia to czynność, którą można zaskarżyć, ale jej zaskarżenie to sąd, czas, nerwy i pieniądze.
I nie ma pewności, że wygrasz, zwłaszcza jeśli kupujący okaże się nabywcą działającym w dobrej wierze.
— Rozumiem, — powiedziała Olga.
— Nie podpisałaś tego?
— Nie.
Najpierw przysłał mi do przeczytania.
— Dobrze, że przeczytałaś, — powiedział Igor.
— Słuchaj, Ola.
Nie wiem, co się u was dzieje.
Może to po prostu prawnicza niekompetencja, źle sporządzony dokument.
Zdarza się, że pośrednicy wrzucają wszystko do jednego worka.
Ale na twoim miejscu na razie niczego bym nie podpisywał i porozmawiałbym z mężem wprost.
— Tak, — powiedziała Olga.
— Dziękuję, Igor.
Odłożyła telefon.
Potem znów go wzięła i napisała do Koli: „Przeczytałam dokument.
Zadzwoń do mnie, kiedy będziesz mógł”.
Kola zadzwonił po godzinie.
— No i co, zrozumiałaś?
— Zrozumiałam, — powiedziała Olga.
— Kola, tam jest napisane: zgoda na zbycie mieszkania.
— Ale to tak formalnie napisane, język prawniczy, to nic nie znaczy.
— Igor mówi, że znaczy.
Pauza.
— Jaki Igor?
— Mąż Tani.
Prawnik.
Pokazałam mu.
— Pokazałaś obcej osobie nasze dokumenty? — w głosie Koli pojawił się chłód.
— Nie jest obcy, to nasz znajomy.
I jest prawnikiem. — Olga mówiła równo.
— Kola, wyjaśnij mi, co nasze mieszkanie ma z tym wspólnego.
— To tylko standardowy formularz, Ola.
Witia powiedział, że tak się robi.
— Witia się myli.
Albo Witia napisał to tak celowo.
— Słuchaj, ty co, nie ufasz mi?
— Kola, — powiedziała Olga.
— Zadaję ci konkretne pytanie.
Dlaczego w dokumencie jest napisane o mieszkaniu?
— Przecież wyjaśniłem!
To formularz!
— To niech Witia przerobi dokument tak, żeby była w nim tylko dacza.
Tylko dacza — i nic więcej.
Jeśli chcecie przepisać część na twoją mamę, nie sprzeciwiam się.
Ale tylko dacza, i chcę zobaczyć wycenę wartości rynkowej oraz to, że przekazanie udziału będzie оформione jako darowizna, a nie sprzedaż.
Cisza.
Długa.
— Zrobiłaś się jakaś… — zaczął Kola.
— Jaka?
— Podejrzliwa.
— Ostrożna, — poprawiła go Olga.
— Stałam się ostrożna.
To normalne, Kola.
To też moje mieszkanie.
Kola się rozłączył.
Przyjechała następnego dnia — znów z pomarańczami, znów z termosem.
Weszła do sali.
Giennadij siedział na swoim łóżku i czytał książkę.
Kiedy ją zobaczył, krótko skinął głową.
Kola leżał i patrzył w sufit.
Gdy weszła, odwrócił głowę.
— Przyszłaś.
— Przyszłam. — Postawiła torbę, zdjęła kurtkę.
— Jak ciśnienie?
— Normalnie.
Milczeli.
Ich zwykła cisza była inna — oswojona, bez ciężaru.
Ta cisza była ciężka.
— Kola, — powiedziała Olga.
— Chcę zrozumieć.
Naprawdę.
— Co zrozumieć?
— Dlaczego mieszkanie było w tym dokumencie.
Kola zamknął oczy.
— Mama chciała, żeby mieszkanie też przeszło.
— Całe?
— No, udział.
— Udział w mieszkaniu? — Olga poczuła, jak coś w środku staje się szklane.
— Chciałeś przepisać udział w naszym mieszkaniu na swoją mamę?
— Nie przepisać.
Podarować za życia, żeby potem nie było żadnych sporów.
— Kola, mamy dzieci.
Artioma i Maszę.
To będzie ich mieszkanie.
— Mama też jest dla mnie bliską osobą.
— Nie przeczę.
Ale to nie jest jej mieszkanie.
Kupowaliśmy je razem.
Ja wkładałam pieniądze, ja spłacałam kredyt hipoteczny, kiedy ty przez dwa lata nie pracowałeś — pamiętasz?
Kola milczał.
— Nie jestem wrogiem twojej mamy, — powiedziała Olga.
— I jestem gotowa rozmawiać o daczy — to uczciwe, to sprawiedliwe, ona też tam inwestowała.
Ale mieszkanie to dom naszych dzieci.
Tego nie oddam.
I nie rozumiem, dlaczego zrobiłeś to właśnie tak — po cichu, bez rozmowy, przez dokument z niejasnymi sformułowaniami.
— Myślałem, że nie będziesz chciała.
— I postanowiłeś zrobić to tak, żebym podpisała bez czytania?
Kola nie odpowiedział.
Za oknem padał śnieg.
Drobny, pierwszy w tym roku.
Olga patrzyła na niego i myślała o tym, że dwadzieścia dwa lata to bardzo długo.
I że przez dwadzieścia dwa lata można nawet nie zauważyć, jak zaczęto uważać cię za człowieka, który „i tak nie zrozumie”.
— Witia jest twoim kuzynem, — powiedziała w końcu.
— Rozumiem, że próbował pomóc twojej mamie.
Może nawet nie ze złym zamiarem.
Ale to, co sporządził, to dokument, przez który mogłabym stracić mieszkanie.
A ty przyniosłeś mi to do podpisu.
— Ola…
— Nie proszę teraz o wyjaśnienia, — powiedziała cicho.
— Jesteś chory, nie powinieneś się denerwować.
Porozmawiamy, kiedy wyjdziesz ze szpitala.
Naprawdę porozmawiamy.
Ale chcę, żebyś wiedział: będę czytać wszystko, co poprosisz mnie podpisać.
Zawsze.
Od tej chwili.
Kola otworzył oczy i spojrzał na nią.
— Nie ufasz mi.
— Ufam ci, — powiedziała Olga.
— Ale odpowiadam przed naszymi dziećmi.
I przed samą sobą.
Kiedy wychodziła, Giennadij odezwał się do niej przy drzwiach.
— Jak się pani trzyma?
Zatrzymała się.
— Dobrze, — powiedziała.
— Dziękuję panu.
Naprawdę.
Giennadij wzruszył ramionami.
— Ja tylko powiedziałem to, co słyszałem.
Może źle zrozumiałem — nie znam przecież wszystkich okoliczności.
— Dobrze pan zrozumiał, — powiedziała Olga.
— Albo wystarczająco dobrze, żebym zdążyła przeczytać.
— No i dobrze, — powiedział po prostu.
Wyszła na korytarz.
Minęła nosze, telewizor w holu, portierkę.
Na dworze padał śnieg — ten właśnie, drobny, pierwszy.
Olga zatrzymała się na schodach i wystawiła twarz do śniegu.
Zimno.
Dobrze.
Potem wyjęła telefon i zadzwoniła do Tani.
— Taniuś, jesteś wolna?
Muszę porozmawiać.
Opowiem ci wszystko od początku.
— Przyjeżdżaj, — powiedziała Tania.
— Już stawiam czajnik.
Tej nocy Olga też długo nie spała.
Ale to była inna bezsenność — nie niespokojna, lecz myśląca.
Leżała i myślała o tym, że ma czterdzieści cztery lata i że przez te lata nauczyła się wielu rzeczy: gotować, oszczędzać, wychowywać dzieci, trzymać się, kiedy jest ciężko.
Ale nigdy nie nauczyła siebie czytać dokumentów.
To dziwne, pomyślała.
Uczymy dzieci wszystkiego — tabliczki mnożenia, zasad ruchu drogowego, tego, jak zachowywać się wobec obcych.
Ale nikt im nie mówi: czytaj to, co podpisujesz.
Wnikaj.
Pytaj, jeśli czegoś nie rozumiesz.
Jej mama nigdy tego nie mówiła.
I ona sama też nie mówiła tego dzieciom.
Jutro powie.
Kola został wypisany po dziesięciu dniach.
Olga odebrała go ze szpitala — samochodem, bo wciąż słabo chodził.
Jechali do domu prawie w milczeniu, tylko raz Kola powiedział:
— Mama się obraziła.
— Wiem, — powiedziała Olga.
— Zadzwonię do niej.
Wyjaśnię.
— Co wyjaśnisz?
— Że ją kocham i że sprawę daczy załatwimy po ludzku — normalną umową darowizny, bez pośpiechu.
Ale mieszkanie — to nie podlega dyskusji.
Kola patrzył przez okno.
— Ona uważa, że jej nie szanujesz.
— A ja myślę, że ona po prostu bardzo boi się zostać na starość z niczym.
To zrozumiały lęk.
Ale to nie znaczy, że można odbierać wnukom mieszkanie.
— Ona nie chciała zabierać wnukom.
Chciała dla siebie.
— Kola, — powiedziała Olga.
— To jedno i to samo.
Znowu zamilkł.
Potem, już prawie pod domem, powiedział cicho:
— Nie myślałem, że to aż tak poważne.
Witia mówił — zwykła procedura.
— Witia powiedział ci to, co chciałeś usłyszeć.
— Może.
— I uznałeś, że podpiszę bez czytania.
Długa pauza.
— Tak, — powiedział w końcu Kola.
Cicho, bez intonacji.
Olga skinęła głową.
Zaparkowała samochód.
Wyłączyła silnik.
— Tym właśnie musimy się zająć, — powiedziała.
— Nie dokumentami.
Tym.
Wysiedli z samochodu.
Wjechali windą.
Kola opierał się o ścianę — wciąż był słaby.
Olga szła obok i go nie podtrzymywała — nie prosił o to, a ona wiedziała, że nie trzeba.
Dzieci przywitały ich w przedpokoju.
Masza uwiesiła się ojcu na szyi, Artiom powiedział „cześć” i trochę nieśmiało podał mu rękę — dorasta.
Kola objął córkę i spojrzał ponad jej głową na Olgę.
Trzymała w rękach jego kurtkę.
Patrzyła na niego.
Dwadzieścia dwa lata.
A przed nimi wciąż jeszcze tyle rzeczy, o których trzeba porozmawiać.
Tydzień później napisała do Giennadija — odnalazła go przez wspólną znajomą, sąsiadkę z klatki schodowej, która okazała się jego szwagierką — napisała po prostu: „Giennadij, tu Olga z sali dwunastej.
Chciałam jeszcze raz podziękować.
Wszystko dobrze.
Mieszkanie jest na miejscu”.
Odpisał dzień później: „Cieszę się, że to słyszę.
Niech pani o siebie dba”.
Olga uśmiechnęła się i schowała telefon.
Za oknem był grudzień.
Śnieg już leżał — prawdziwy, zimowy.
Dzieci odrabiały lekcje w kuchni, słychać było, jak Masza sprzecza się z Artiomem o coś nieistotnego, Kola mówił im coś z pokoju, i wszystko to było zwyczajne, ciepłe i zupełnie niepodobne do tego, co mogłoby być, gdyby tamtego dnia na korytarzu się nie zatrzymała.
Gdyby mężczyzna z bródką jej nie zawołał.
Gdyby nie przeczytała.



