Opróżnij mieszkanie do weekendu, syn się żeni, młodzi nie mają gdzie mieszkać — oznajmiła teściowa, zapominając, czyja to własność.

— Lenochka, jak widzę, ty wciąż jesteś w szlafroku?

A tymczasem zbliża się już pora obiadowa, a chwila historyczna wymaga odświętnego stroju, a nie tego frotte nieporozumienia w kolorze przestraszonej nimfy.

Głos Walentyny Zacharowny rozległ się w przedpokoju niczym syrena alarmu przeciwlotniczego.

Elena Siergiejewna, kobieta pięćdziesięciodwuletnia, obdarzona zdrowym rozsądkiem, dobrą pamięcią i, na swoje nieszczęście, trzypokojowym mieszkaniem w stalinowskiej kamienicy, znieruchomiała z chochlą w ręku.

W garnku dusił się gulasz po irlandzku (bo Irlandczycy wiedzą, jak z niczego zrobić jednocześnie jedzenie i zakąskę).

Zapach duszonego mięsa ze śliwkami i ciemnym piwem od godziny drażnił sąsiadów przez wentylację, ale apetyt Eleny zniknął natychmiast.

Jakby ktoś nacisnął wyłącznik.

— Dzień dobry, Walentyno Zacharowno — Elena wyszła na korytarz, poprawiając właśnie ten sam szlafrok.

— A my się pani nie spodziewaliśmy.

Witalik mówił, że jest pani na działce i namawia pomidory, żeby wreszcie dojrzały.

Teściowa, monumentalna kobieta z fryzurą typu „u mamy zamiast kasku”, już gospodarskim ruchem zsuwała buty Eleny w kąt, robiąc miejsce dla swoich lakierowanych pantofli.

Obok niej, przestępując z nogi na nogę, stał Witalik — mąż Eleny, człowiek dobry, ale o charakterze miękkim jak topiony serek „Drużba” zapomniany na słońcu.

— Pomidory poczekają — ucięła teściowa, przechodząc do kuchni i rozglądając się po wnętrzu tak, jakby zastanawiała się, gdzie postawić fortepian, którego nigdy tu nie było.

— Są ważniejsze sprawy niż ogrodnicza liryka.

Siadaj, Lena.

Jest rozmowa.

Poważna.

Powiedziałabym nawet — państwowej wagi.

Elena usiadła.

W środku poruszyło się złe przeczucie.

Takie, jakie zwykle pojawia się przed wizytą skarbówki albo gdy kot patrzy w pusty kąt i syczy.

— Krótko mówiąc, sprawa wygląda tak — Walentyna Zacharowna położyła na stole torebkę, ciężką jak proletariacka cegła.

— Pawlik się żeni.

— Gratuluję — powiedziała ostrożnie Elena.

Pawlik, młodszy brat Witalika, żenił się z godną podziwu regularnością — raz na trzy lata, niczym według harmonogramu przeglądów technicznych.

Facet ma trzydzieści pięć lat, „szuka siebie” w tym okrutnym świecie, próbując zawodów od fotografa aktów po degustatora kombuchy, ale jak dotąd znalazł tylko kanapę matki i zdolność robienia szczenięcych oczu.

— Gratulacje później, w kopercie — machnęła ręką teściowa.

— Teraz o najważniejszym.

Dziewczyna jest porządna, z dobrej rodziny, skrzypaczka.

Albo wiolonczelistka, nie znam się na tych drewnach.

Najważniejsze, że jest w ciąży.

W trzecim miesiącu.

Więc nie można zwlekać.

— No cóż, wszystkiego dobrego — Elena nadal nie rozumiała, co ma z tym wspólnego ona i jej irlandzki gulasz.

— Miłość miłością, ale nie mają gdzie mieszkać — Walentyna Zacharowna zrobiła pauzę godną MChAT-u.

— Ja mam dwa pokoje, sama wiesz, tam nawet się człowiek nie obróci, a poza tym mam ciśnienie i potrzebuję spokoju.

A wy macie pałac.

Trzy pokoje, wysokie sufity, sztukaterie.

Krótko mówiąc, naradziliśmy się tu z Witalikiem…

Elena spojrzała na męża.

Witalik nagle niezwykle zainteresował się wzorem na obrusie.

Przyglądał mu się tak uważnie, jakby był tam zaszyfrowany kod do walizki nuklearnej.

— …i postanowiliśmy — ciągnęła teściowa, nie zauważając napięcia — że ty i Witalik przeprowadzicie się na działkę.

A mieszkanie oddacie młodym.

Potrzebują przestrzeni, pokoju dziecięcego i tak dalej.

A wam po co?

Swoje już przeżyliście, to znaczy aktywna faza się skończyła, teraz potrzebujecie ciszy, ptaszków, świeżego powietrza.

Elena mrugnęła.

Potem jeszcze raz.

W uszach zaszumiało jej jak w starym radioodbiorniku, gdy kręci się gałką strojenia.

— Przepraszam, dokąd mamy się przeprowadzić? — zapytała bardzo cicho.

— Na działkę! — powtórzyła radośnie teściowa, jakby proponowała wycieczkę na Malediwy.

— Do ROD „Energetyk”.

Tam jest przecież powietrze!

Rzeka też blisko, jak się pójdzie przez wąwóz i wysypisko, to tylko pół godziny.

Dom tam… no, dach jest, piecyk jest.

Podreperujecie, ocieplicie.

Witalik ma złote ręce, kiedy chce.

Elena przypomniała sobie działkę.

„Dom” był tarczową budą zbudowaną jeszcze w czasach stagnacji z materiałów wyniesionych z budowy.

Szczeliny były tam takie, że można było witać się z sąsiadami bez wychodzenia z pokoju.

Woda — w studni, wygódka — w budce, gdzie mieszka pająk Arkadij wielkości spodka.

I to miało być alternatywą dla jej mieszkania w centrum, z włoskimi płytkami i ogrzewaniem podłogowym?

— Walentyno Zacharowno — Elena starała się mówić spokojnie, choć w środku wzbierała w niej fala zdolna zmyć tsunami.

— Chyba pani żartuje?

Jaka działka?

Mamy listopad za pasem.

Tam nie ma ogrzewania.

I w ogóle pracujemy.

Do biura mam stąd dwadzieścia minut, a z „Energetyka” dwie godziny kolejką wśród działkowców i ich sadzonek.

— Oj, nie rób z siebie takiej biednej! — machnęła ręką teściowa.

— Jaka tam praca?

Jesteś logistykiem, przekładasz papierki.

Można zdalnie, teraz jest ten cały… zum-szum.

A Witalik i tak jeździ samochodem.

No i co z tego, że korki.

Ale za to młodzi będą szczęśliwi!

Pawlik wreszcie poszedł po rozum do głowy.

Powinnaś to rozumieć!

To jest rodzina!

A w rodzinie wszystko jest wspólne.

W tym momencie Elena nie wytrzymała i uśmiechnęła się krzywo.

— Wspólne, mówi pani?

Walentyno Zacharowno, pozwolę sobie przypomnieć pewien szczegół, który najwyraźniej umknął pani w porywie matczynego altruizmu.

To mieszkanie nie jest wspólne.

Kupiłam je pięć lat przed ślubem z Witalikiem.

Za pieniądze ze sprzedaży domu po babci i z dwóch moich dodatkowych prac na Północy.

Witalik przyszedł tu z jedną walizką, w której były skarpetki i kolekcja wkładek z gum „Turbo”.

Teściowa zamarła na sekundę, ale zaraz ruszyła do kontrataku.

Doświadczenia z pracy w komitecie związkowym w czasach radzieckich nie da się tak po prostu przepić.

— Tylko nie wymachuj mi tu papierami przed nosem! — oburzyła się, czerwieniejąc na twarzy.

— Popatrz tylko na nią, Witalik!

My do niej z sercem, po rodzinnemu, a ona tylko: „moje, moje”!

Skąpiradło!

Do grobu kieszeni nie zabierzesz, Lenochko!

Od piętnastu lat jesteśmy jedną rodziną!

Witalik robił tu remont?

Robił!

Tapety kleił?

Kleił!

Znaczy się, dołożył się!

Znaczy się, ma prawo decydować!

— Tapety — powiedziała powoli Elena — kleili fachowcy.

Witalik tylko wygładzał palcem pęcherze i pił piwo, nadzorując proces.

A za płytki, armaturę i meble płaciłam ja, ze swojej premii.

Zachowałam nawet paragony.

Jestem logistykiem, mam porządek w dokumentach.

— Witalik! — zapiszczała teściowa, odwracając się do syna.

— Czemu ty milczysz?

Twoją matkę upokarzają, twojego brata wyrzucają na ulicę, a ty milczysz jak ryba o lód?!

Powiedz jej!

Jesteś facetem czy dodatkiem do kanapy?

Witalik wreszcie oderwał wzrok od obrusa.

Wyglądał nieszczęśliwie jak spaniel przyłapany na zjadaniu pańskich kapci.

— Len, no… — wymamrotał.

— Mama w zasadzie ma rację.

Pawlik naprawdę jest w trudnej sytuacji.

A nam tam… no, romantycznie będzie.

Napalimy w piecu, porąbiemy drewno.

Od dawna chciałem na łono natury.

Może pomieszkamy tam rok, dopóki oni nie uzbierają na kredyt?

Co ci szkodzi?

Jesteśmy ludźmi, nie zwierzętami.

Elena patrzyła na męża i czuła, jak z oczu spadają jej różowe okulary.

I to jeszcze szkłami do środka.

No proszę.

Piętnaście lat małżeństwa.

Piętnaście lat myślała, że są drużyną.

Że razem budują dom, jeżdżą na wakacje, planują starość.

A okazało się, że Witalik to po prostu duże dziecko, które bardziej boi się mamy niż utraty szacunku żony.

Łatwiej mu wysłać żonę do zimnej szopy z pająkiem Arkadijem niż powiedzieć matce stanowcze „nie”.

— Rok, tak? — zapytała Elena lodowatym tonem.

— A potem co?

Pawlik uzbiera na kredyt hipoteczny?

Pawlik, który ostatni kredyt na telefon wziął na twoje nazwisko i do dziś go nie spłacił?

— Nie wyciągaj brudów! — wtrąciła się Walentyna Zacharowna.

— Pawlik wtedy szukał siebie w kryptowalutach!

To był startup!

Po prostu się nie udało.

A teraz to poważny człowiek, ma rodzinę!

Krótko mówiąc, Elena.

Do weekendu macie opróżnić lokal.

W sobotę Pawlik z Weroniką (albo Wiktorią, nie pamiętam) przywożą rzeczy.

I nie dyskutuj!

Zamówiłam już tragarzy.

Na adres waszej działki.

Teściowa wstała, poprawiła spódnicę i spojrzała zwycięsko na synową.

— I usuń stąd wszystko, co zbędne.

Te twoje wazoniki, figurki…

Młodym potrzebny jest minimalizm.

Zostaw tylko sprzęt, meble i naczynia.

Nie bądź sknerą.

Dobra, Witalik, chodź, pomożesz mi z torbami, przywiozłam trochę dobroci.

Cukinie.

Trzy worki.

Będziecie sobie smażyć na działce.

Wyszli.

Drzwi się zatrzasnęły.

Elena została siedząc w ciszy.

Gulasz dawno wystygł.

W kuchni pachniało cukiniową beznadzieją.

W głowie krążyło jej powiedzenie Michaiła Zadornowa: „Tylko nasz człowiek może przebiegać przez ulicę na czerwonym i jednocześnie narzekać na rząd za złą służbę zdrowia”.

Tu logika była podobna: oni postanowili rozporządzić jej własnością, bo „tak trzeba”, i szczerze by się obrazili, gdyby zaczęła cytować kodeks mieszkaniowy.

Wstała i podeszła do okna.

Na dole Witalik dreptał za matką, dźwigając torby i patrząc jej wiernie w oczy.

— Czyli do weekendu… — szepnęła Elena.

— Czyli romantyzm i drewno…

Czyli Pawlik bardziej potrzebuje…

Coś w niej kliknęło.

Nie przepaliło się, nie.

Wręcz przeciwnie, włączyło się.

Był to tryb chłodnej, wyrachowanej furii.

Tej samej, z jaką rosyjskie kobiety zatrzymują pędzące konie i wchodzą do płonących chat, tylko w nowoczesnej wersji — kobiety, które po cichu przepisują testamenty i wymieniają zamki.

Ale samo wymienienie zamków byłoby banalne.

Niepedagogiczne.

Witalik by nie zrozumiał.

Teściowa nazwałaby ją suką i przeklinała do siódmego pokolenia.

Nie, tu trzeba było zagrać subtelniej.

Tu potrzebna była strategia.

Elena wzięła telefon.

— Halo, Larisa?

Cześć.

Słuchaj, mówiłaś, że twój mąż szuka magazynu do tymczasowego składowania… tak, właśnie tego.

Nie, nie mebli.

Sprzętu.

Aha.

Bardzo hałaśliwego?

Świetnie.

Po prostu znakomicie.

Słuchaj, mam pewną opcję.

Za darmo.

Ale pod jednym warunkiem…

Odłożyła słuchawkę i uśmiechnęła się.

Uśmiech wyszedł jej taki, że nawet Mona Lisa nerwowo zapaliłaby z boku.

Wieczorem Witalik wrócił do domu, spodziewając się awantury.

Wciągnął głowę w ramiona, przygotowując się na krzyki, łzy i tłuczenie naczyń.

Ale w domu było cicho.

Elena siedziała przy komputerze i coś pisała.

Na podłodze stały pudełka.

— Len? — zawołał nieśmiało.

— Ty… ty się pakujesz?

Elena odwróciła się.

Jej twarz była spokojna, niemal pogodzona.

— Oczywiście, Witalik.

Mama ma rację.

Potrzebujemy świeżego powietrza.

Wszystko przemyślałam.

Miałeś rację, byłam egoistką.

Pawlik bardziej tego potrzebuje.

Już zaczęłam pakować rzeczy.

Witalik wypuścił powietrze tak głośno, że zasłony się poruszyły.

— Uff… Lenka, ty jesteś złoto!

Wiedziałem, że zrozumiesz!

Mama, owszem, jest ostra, ale dobra.

Na działce będzie nam jak w raju!

Grille, zbudujemy banię…

A mieszkanie zostawimy młodym, niech się mnożą.

— Tak, tak — kiwnęła głową Elena.

— Niech się mnożą.

Tylko, Witalik, mam do ciebie prośbę.

Jedź jutro rano na działkę i zacznij tam… przygotowywać przyczółek.

Napalić, nanieść wody.

A ja tu dokończę pakowanie i przyjadę w sobotę.

Z rzeczami.

Żeby nie przeszkadzać Pawlikowi w przeprowadzce.

— Żaden problem! — Witalik promieniał jak wypolerowany samowar.

Już widział siebie jako bohatera, który pogodził żonę z matką.

— Jutro o świcie ruszam!

Nawet nie zauważył, jak dziwnie błysnęły oczy żony.

Nie wiedział, że „rzeczy”, które Elena pakowała, były wyłącznie jej rzeczami.

I z pewnością nie mógł sobie wyobrazić, co dokładnie wymyśliła jego szanowna małżonka.

Kolejne dwa dni minęły w pośpiechu.

Witalik wyjechał na działkę, przysyłając stamtąd radosne zdjęcia zardzewiałej beczki z podpisem „Przyszły grill!” i pająka Arkadija z podpisem „Nasz stróż”.

Elena natomiast rozwinęła burzliwą działalność.

Spakowała ubrania, biżuterię, dokumenty.

Sprzętu nie ruszała.

Mebli też nie.

W piątek wieczorem zadzwoniła Walentyna Zacharowna.

— No i co, synowo, gotowa?

Jutro o dziesiątej rano przyjadą moje orły.

Klucze zostaw pod wycieraczką, sami sobie poradzimy.

I patrz, żeby było czysto!

Narzeczona Pawlika jest alergiczką, nie znosi kurzu.

— Będzie sterylnie jak na sali operacyjnej — zapewniła Elena słodkim głosem.

— Klucze zostawię.

Wszystkiego dobrego, Walentyno Zacharowno.

Szczęścia młodym.

— No proszę!

Potrafisz być człowiekiem, kiedy chcesz! — ryknęła słuchawka i się rozłączyła.

W sobotę rano Elena wyszła z klatki z jedną walizką i torebką.

Wsiadła do taksówki, ale podała nie adres działki w ROD „Energetyk”, tylko przytulnego pensjonatu w sosnowym borze, gdzie miała zarezerwowany apartament typu lux na dwa tygodnie.

„Najwyższy czas, żebym i ja odpoczęła” — pomyślała, patrząc na oddalający się dom.

„A przedstawienie… przedstawienie musi trwać”.

Dokładnie o 10:00 pod blok podjechała „Gazela” z rzeczami młodych.

Pawlik, ubrany w modne podarte dżinsy (najwyraźniej artystyczna wentylacja), i jego narzeczona — drobna dziewczyna z wiecznie zdziwionym wyrazem twarzy — wysiedli pierwsi.

Tuż za nimi, niczym lodołamacz „Lenin”, wypłynęła Walentyna Zacharowna.

— No, Pawlusiu, wnosimy kanapę!

Ostrożnie!

To rodzinna pamiątka! — komenderowała.

Weszli na piętro.

Teściowa pogrzebała pod wycieraczką, wyjęła klucz.

Triumfalnie otworzyła drzwi.

— Wchodźcie, moje dzieci!

Bierzcie we władanie!

Oto wasza twierdza!

Pawlik wszedł do mieszkania, spodziewając się zobaczyć przestronny salon, miękkie meble i telewizor na całą ścianę.

Ale zastygł w progu z otwartymi ustami.

Mieszkanie było puste.

Nie, meble stały na swoich miejscach.

Telewizor wisiał na ścianie.

Zasłony, dywany — wszystko było.

Ale pośrodku salonu, zajmując dobrą połowę przestrzeni, stało coś dziwnego.

Były to wielkie przemysłowe regały, wypełnione po sufit kartonami z napisami „Surowce wtórne”, „Reagenty” i „Nawozy (aktywne)”.

A między regałami kręciło się dwóch potężnych facetów w kombinezonach i respiratorach.

Jeden z nich, widząc osłupiałą rodzinę, ściągnął respirator i zawołał radośnie:

— O, nowi!

Cześć!

Wy tragarze?

No to dawajcie, pomagajcie!

Musimy jeszcze wnieść dwie tony humusu!

— J-jakiego humusu? — wychrypiała Walentyna Zacharowna, chwytając się za serce.

— Kim wy jesteście?!

Co robicie w mieszkaniu mojego syna?!

— Syna? — zdziwił się facet.

— Nie znamy żadnego syna.

My jesteśmy najemcami.

Elena Siergiejewna wynajęła nam tę powierzchnię na magazyn.

Oficjalnie, na podstawie umowy.

O, tutaj dokument.

Powiedziała, że potrzebuje pieniędzy, żeby spłacić kredyt za działkę.

A tu, mówi, i tak nikt nie będzie mieszkał, bo wszyscy wyjechali na łono natury.

— Jaki magazyn?! — wrzasnął Pawlik.

— My tu będziemy mieszkać!

— Mieszkać?

Tutaj? — facet ryknął śmiechem tak, że kryształy w kredensie zadźwięczały.

— No to powodzenia, bracie.

Tylko my pracujemy całą dobę.

I to… mamy tu pachnące reagenty.

Jeśli twoja dama jest w ciąży, to bym nie polecał.

Wczoraj szczur tu wpadł, wyszedł zielony i zaczął recytować wiersze.

Żartuję.

Zdechł.

Narzeczona Pawlika cicho zapiszczała i zaczęła osuwać się na podłogę.

Pawlik rzucił się, żeby ją złapać.

Walentyna Zacharowna stała purpurowoczerwona, łapiąc powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg biurokracji.

A na działce, w zimnym domku, Witalik próbował rozpalić mokre drewno, marząc o gorącej zupie i nie podejrzewając, że żona nie przyjedzie.

I że jej telefon będzie „poza zasięgiem” przez najbliższe dwa tygodnie.

Ale mąż nawet nie mógł sobie wyobrazić, co wymyśliła jego żona.

Sto razy pożałował, że postanowił poprzeć matczyną awanturę, bo prawdziwa niespodzianka była jeszcze przed nim.

Umowa najmu była tylko kwiatkiem.

A owoce Elena zachowała na deser…