Następnego ranka został bez firmy, bez samochodu i bez obu kobiet.
– Pogódź się, – powiedział Artur. – Teraz mam już dwie rodziny.

Stał w drzwiach kuchni, z nogami rozstawionymi jak w swojej myjni samochodowej przed klientami.
Złoty łańcuch na rozpiętej koszuli.
Opalona łysina błyszczała w świetle lampy.
Za jego plecami stała dziewczyna.
Jakieś trzydzieści lat, nie więcej.
Jasne włosy, krótka spódniczka, obcasy stukające o kafelki – stuk-stuk-stuk.
Trzymałam w rękach talerz z kolacją.
Jego kolacją.
Tą, którą przygotowywałam przez czterdzieści minut.
– To Żanna, – powiedział. – Ona też jest teraz moją rodziną. Przyzwyczajaj się.
Osiemnaście lat.
Przez osiemnaście lat stałam przy tym człowieku.
Gotowałam, prałam, liczyłam jego pieniądze, płaciłam jego podatki, prowadziłam jego księgowość.
Czternaście lat – bez pensji.
Bo „przecież jesteśmy rodziną, Nelli, jaka pensja między swoimi”.
Postawiłam talerz na stole.
Powoli.
Żeby go nie rozbić.
– Poznajcie się, – Artur machnął ręką. – Nelli, Żanna. Żanna, Nelli.
Żanna się uśmiechnęła.
Nerwowo, ale z wyzwaniem.
Widziałam już dość takich uśmiechów – za ladą, w kolejce, w urzędzie skarbowym.
Uśmiech człowieka, który nie jest pewien swojego prawa, ale postanowił blefować.
– Dzień dobry, – powiedziała.
Nie odpowiedziałam.
Patrzyłam na Artura.
– Mówisz poważnie?
– Jak najbardziej, – usiadł przy stole.
Przysunął sobie mój talerz.
Wziął widelec.
– Żanna, siadaj. Nelli dobrze gotuje.
Żanna nie usiadła.
Stała w drzwiach, przestępując z nogi na nogę na swoich obcasach.
Chociaż tyle – domyśliła się, że to nie moment na kolację.
– Artur, – powiedziałam. – Wyjdź porozmawiać.
Westchnął, jakbym to ja stroiła fochy.
Rzucił widelec na talerz i wstał.
Na balkonie było zimno.
Marzec, wiatr od rzeki.
Stałam bez kurtki, ale nic nie czułam.
– Zwariowałeś? – zapytałam cicho.
– Zdecydowałem. Tak będzie.
– Kim ona jest?
– Sprzedawczynią w „Magnicie”. Jesteśmy razem już trzy lata.
Trzy lata.
Patrzyłam na niego i liczyłam.
Kiedy zaczęły się „delegacje” – trzy lata temu.
Kiedy pojawiły się „służbowe kolacje w soboty” – trzy lata temu.
Kiedy zaczął wracać z zapachem cudzych perfum na kołnierzyku – dokładnie trzy lata temu.
– Przez trzy lata mnie okłamywałeś.
– Nie okłamywałem. Chroniłem cię.
– Chroniłeś?
– Nie zrozumiałabyś.
Odwróciłam się i poszłam do sypialni.
Zamknęłam drzwi.
Nie trzasnęłam – po prostu zamknęłam.
Ręce mi się trzęsły.
Ale nie ze strachu.
Ze złości.
Tak gęstej, że czułam metaliczny posmak na języku.
Przez ścianę słyszałam, jak mówi do Żanny: „Nic, przyzwyczai się. Baby zawsze na początku histeryzują”.
Baby.
Osiemnaście lat – i jestem „babą, która histeryzuje”.
Wyjęłam telefon.
Otworzyłam folder „Księgowość”.
Leżały tam pliki, które zbierałam przez ostatni rok.
Wyciągi.
Deklaracje.
Akta.
Kopie dokumentów założycielskich.
Nie dlatego, że podejrzewałam.
Tylko dlatego, że jestem księgową.
Księgowa zawsze przechowuje dokumenty.
—
Następnego dnia Artur wyjechał rano.
Pewnie do Żanny.
Wrócił koło południa, świeży, wesoły.
Gwizdał w przedpokoju, zdejmując buty.
– Nelli, potrzebuję trzystu tysięcy. Z firmy. Na rozwój.
Stał w kuchni, pił moją kawę z mojego kubka.
Jak gdyby nigdy nic.
Jakby wczoraj nie przyprowadził obcej kobiety do mojego domu.
– Na jaki rozwój? – zapytałam.
– Nowy Kärcher. I kompresor. Do myjni.
Znałam ceny.
Sprawdzałam katalog dostawców co kwartał – to należało do moich obowiązków.
Bezpłatnych obowiązków.
Profesjonalny Kärcher – sto dwadzieścia tysięcy.
Kompresor – osiemdziesiąt.
Dwieście tysięcy, nie trzysta.
– Sto tysięcy za dużo.
– Nelli, nie wtrącaj się. Ja się znam na biznesie. Ty tylko wciskaj przyciski.
Przyciski.
Przez czternaście lat „wciskałam przyciski”.
Deklaracje podatkowe, listy płac, umowy z dostawcami, uzgodnienia, przelewy bankowe.
Co kwartał – sprawozdania.
Co roku – bilans.
Bez weekendów w styczniu i lipcu, bo terminy.
Bez urlopów, bo „a kto to zrobi za ciebie, Nelli?”.
Bez pensji.
Ani jednego rubla przez czternaście lat.
Żadnej premii.
Żadnego „dziękuję” na papierze.
A on – „zna się na biznesie”.
Otworzyłam laptop.
Zalogowałam się do bankowości internetowej.
Przelałam dwieście tysięcy na potrzeby firmowe.
Z konta firmy.
Moim podpisem elektronicznym.
Bo dyrektorem generalnym i większościowym udziałowcem – byłam ja.
Pięćdziesiąt jeden procent.
Artur sam tak chciał w 2012 roku: „Przepisz na siebie, bo ja będę miał problemy z podatkami”.
– Dwieście, – powiedziałam. – Na sprzęt. Przywieziesz paragony.
– Powiedziałem trzysta!
– Dwieście. I paragony.
Artur poczerwieniał.
Łańcuch na jego szyi zaczął drgać – oddychał tak ciężko, że podskakiwał mu na piersi.
– Ty mi zabraniasz?!
– Kontroluję wydatki. Jako dyrektor. Jako księgowa. Jako udziałowiec.
Krzyczał przez dwie godziny.
Trzaskał drzwiami – kuchnia, korytarz, sypialnia.
Nazywał mnie skąpą.
Powiedział, że bez niego ten biznes jest niczym.
Że to on zbudował wszystko własnymi rękami, od zera, w błocie i wodzie, od rana do nocy.
A ja siedzę w ciepłym biurze i „wciskam przyciski”.
Ciepłe biuro to był stół kuchenny.
Laptop, kalkulator, segregatory.
Zimą w mieszkaniu było szesnaście stopni, bo „za ogrzewanie drogo płacić, załóż sweter, Nelli”.
Potem trzasnął drzwiami wejściowymi i wyszedł.
Siedziałam sama.
Cicho.
Spojrzałam na swoje ręce – suche, żylaste, z krótko obciętymi paznokciami.
Ręce księgowej, która przez czternaście lat nie znała manicure.
Bo „nie ma pieniędzy, biznes ledwo ciągnie”.
Otworzyłam ten folder.
Wyciąg z zeszłego roku.
Dwanaście stron drobnym drukiem.
Restauracja „Palermo” – cztery tysiące dwieście.
Nigdy nie byłam w tej restauracji.
W ogóle ostatni raz byliśmy w restauracji na rocznicę ślubu, pięć lat wcześniej.
W pierogarni.
Kwiaciarnia na Lenina – dwa tysiące trzysta.
Ostatni bukiet dostałam od niego na pięćdziesiąte urodziny.
Goździki.
Z kupionej na stacji benzynowej wiązanki.
Na opakowaniu była jeszcze metka z ceną – sto dziewięćdziesiąt rubli.
Jubiler „Zołotoj” – siedemnaście tysięcy czterysta.
Pierścionek.
Mnie pierścionek dał na ślub, w 2008 roku.
Od tamtej pory – ani razu.
Nawet kolczyków na urodziny – „po co ci, Nelli, przecież i tak nie nosisz”.
Wzięłam kalkulator i zaczęłam liczyć.
Linijka po linijce.
Żółtym markerem zaznaczałam każdy wydatek, który nie miał nic wspólnego z naszą rodziną.
Osiemdziesiąt tysięcy rubli miesięcznie.
Średnio.
Przez trzy lata.
Dwa miliony osiemset osiemdziesiąt tysięcy rubli.
A ja przez trzy lata nie poszłam do dentysty.
Ząb bolał mnie nocami – połykałam środki przeciwbólowe.
Zimowe buty – czwarty sezon.
Podeszwa starta, stopy marzły mi od listopada do marca.
„Wytrzymaj do wiosny, Nelli, potem kupimy”.
Dwa miliony osiemset osiemdziesiąt tysięcy.
A dla mnie – goździki ze stacji benzynowej.
Artur wrócił po dwóch dniach.
Jak gdyby nigdy nic.
Usiadł do kolacji.
Poprosił o dokładkę.
Nałożyłam mu.
W milczeniu.
Ale folderu nie schowałam.
Dwanaście stron.
Każda linijka – żółty marker.
—
Tydzień później przyszedł z nowym planem.
– Żanna jest w ciąży, – powiedział Artur.
Stał na środku pokoju i mówił to tak, jakby dostał grant.
Ręce w kieszeniach, broda do góry, łańcuch błyszczy.
Siedziałam na kanapie z książką.
Odłożyłam ją.
Spojrzałam na niego.
– I co z tego?
– Potrzebuje mieszkania. Normalnego. Wynajmuje pokój, osiem metrów kwadratowych. Dziecko nie ma tam miejsca.
– A ty proponujesz…
– Wprowadzi się tutaj. Tymczasowo. Dopóki nie znajdziemy jej mieszkania.
Mieszkania.
Mojego mieszkania.
Kupionego za pieniądze moich rodziców.
Mama sprzedała działkę – dwa miliony osiemset.
Tata – garaż z piwnicą: milion czterysta.
Cztery miliony dwieście tysięcy rubli.
Mama płakała, kiedy podpisywała papiery na działkę – przez trzydzieści lat jeździliśmy tam co lato.
Ale powiedziała: „Dla ciebie, Nelli. Żebyś miała coś swojego”.
Zapisaliśmy je na mnie.
Artur wtedy kiwnął głową: „Dobrze, na ciebie bezpieczniej, bo ja mam złą historię kredytową”.
On zawsze tak mówił.
Przepisz na siebie.
Na ciebie bezpieczniej.
Ty podpisz.
– Artur, – powiedziałam. – Żanna się tutaj nie wprowadzi.
– Nelli, ona jest w ciąży! Jesteś kobietą! Zrozum!
– Jestem kobietą.
Kobietą, którą przez trzy lata okłamywałeś.
Której mówiłeś „nie ma pieniędzy”, a sam wydawałeś osiemdziesiąt tysięcy miesięcznie na inną.
Jestem kobietą, która przez trzy lata nie chodziła do dentysty.
Która marzła zimą w zdartych butach.
A pieniądze szły – na restauracje, kwiaty i pierścionki.
Nie na mnie.
– Skąd ty…
– Wyciąg. Dwanaście stron.
Jestem księgową, Artur.
Mam dostęp do wszystkiego.
Do konta rozliczeniowego.
Do firmowej karty.
Do każdej płatności z ostatnich trzech lat.
Zamilkł.
Przełknął ślinę.
Łańcuch drgnął mu na jabłku Adama.
– To też mój dom, – powiedział cicho.
– Nie.
Dokumenty są na mnie.
Cztery miliony dwieście tysięcy – pieniądze moich rodziców.
Jest pokwitowanie.
Umowa kupna-sprzedaży jest na moje nazwisko.
I samochód też jest na mnie.
Hyundai, rocznik 2022.
Dowód rejestracyjny, ubezpieczenie, umowa – wszystko moje.
– Nie odważysz się.
– Na razie nic nie robię.
Mówię fakty.
Przez osiemnaście lat sam prosiłeś: „Przepisz na siebie”.
Przepisywałam.
Teraz wszystko jest na mnie.
Wstał.
Patrzył długo, ciężko.
Nozdrza mu drżały.
Potem odwrócił się i wyszedł.
Nie trzasnął drzwiami – zamknął je ostrożnie.
To z jakiegoś powodu było straszniejsze niż krzyk.
Siedziałam.
Książka na kolanach – otwarta na tej samej stronie.
Serce waliło, ale ręce się nie trzęsły.
Nie trzęsły się – i tyle.
Wieczorem zadzwonił Kiriłł.
– Mamo, tata dzwonił. Wrzeszczał, że wyrzucasz go z domu.
– Nikogo nie wyrzucam. Jeszcze.
– Mamo. Wiem coś. Nie chciałem mówić, myślałem, że to nie moja sprawa. Widziałem tę Żannę w centrum handlowym. Dwa tygodnie temu. Nie była sama.
– Z Arturem?
– Nie. Z jakimś chłopakiem. Młodym. Około dwudziestu pięciu lat. Całowali się przy fontannie na pierwszym piętrze.
Odłożyłam słuchawkę.
Posiedziałam w ciszy.
A więc tak.
Artur ma dwie rodziny.
A Żanna ma dwóch mężczyzn.
Interesująca księgowość.
Debet z kredytem nijak się nie zbilansują.
—
Trzy dni później Artur wrócił.
Z różowymi walizkami.
Dwiema.
Na kółkach.
Jedna duża, druga mniejsza.
– Żanna się wprowadza, – oznajmił. – Temat zamknięty.
Żanna stała za nim.
W innej spódnicy, ale na tych samych obcasach.
Stuk-stuk po płytkach.
Już rozpoznawałam ten dźwięk.
Po dwóch spotkaniach – zapamiętałam.
Wyszłam z gabinetu.
W rękach – folder.
Ten sam.
Z żółtym markerem na każdej stronie.
– Żanno, – powiedziałam. – Możemy chwilę porozmawiać?
Artur drgnął:
– Nelli, nie waż się!
– Nie rozmawiam z tobą.
Żanno, wie pani, ile Artur zarabia?
Żanna spojrzała na niego.
Potem na mnie.
Poprawiła włosy.
– No, jest biznesmenem. Ma myjnię samochodową.
– Myjnię z wulkanizacją. Jedną placówkę.
Czysty zysk za zeszły rok – dziewięćset dwanaście tysięcy rubli.
Podzielmy przez dwanaście – siedemdziesiąt sześć tysięcy miesięcznie.
Minus podatki.
Wyciągnęłam do niej kartkę.
Żanna jej nie wzięła, ale oczy przebiegały po linijkach.
Widziałam – czyta.
– Nelli! – Artur zrobił krok w moją stronę.
– Stój, – nie odwróciłam się. – Żanno, z tych siedemdziesięciu sześciu tysięcy wydawał na panią osiemdziesiąt.
Co miesiąc.
Przez trzy lata.
Więcej, niż zarabiał.
Wie pani, skąd brała się różnica?
Żanna milczała.
Palce pobielały jej na rączce walizki.
– Z rodzinnego budżetu.
Z pieniędzy na jedzenie, opłaty, moje leki.
Przez trzy lata nie byłam u dentysty.
Ząb bolał – brałam tabletki.
Przez cztery sezony z rzędu chodziłam w tych samych zimowych butach.
Podeszwa była starta – marzły mi stopy od listopada do marca.
Bo „nie ma pieniędzy”.
Pieniędzy nie było, bo były – u pani.
– To nieprawda! – Artur zrobił się purpurowy, szyja zalała mu się czerwienią. – Zarabiam dużo więcej!
– Oto deklaracja podatkowa.
Oto księga kasowa.
Oto wyciąg z konta firmowego.
Czternaście lat księgowości.
Bez pensji.
Każda kopiejka – wszystko jest tutaj.
Żanna patrzyła na papiery.
Na Artura.
Na jego łańcuch.
Widziałam, jak w jej głowie uruchamia się kalkulator.
Siedemdziesiąt sześć tysięcy.
Minus jedzenie.
Minus rachunki.
Minus benzyna.
Minus pierwsza rodzina.
Co zostaje?
Na dziecko, na mieszkanie, na „milion miesięcznie”, który jej obiecywał?
– Artur, mówiłeś, że masz trzy punkty w mieście, – powiedziała Żanna.
Jej głos się zmienił.
Stał się suchy.
– Ona kłamie! Sfałszowała wszystko!
– Sfałszowała deklarację podatkową? – zapytałam. – Artur, jestem księgową. Nie muszę niczego fałszować. Znam każdą cyfrę na pamięć. Czternaście lat na pamięć.
Żanna puściła małą walizkę.
Pociągnęła dużą w stronę drzwi.
– Muszę to przemyśleć, – powiedziała cicho.
Obcasy – stuk-stuk-stuk.
Ciszej niż za pierwszym razem.
Jakby wychodziła na palcach.
Artur stał w przedpokoju.
Różowa walizka została przy ścianie.
Jak pomnik przeprowadzki, do której nie doszło.
– Zadowolona? – wysyczał.
– Jeszcze nie skończyłam.
– Co jeszcze?!
– Jutro rano będę w biurze.
Jako dyrektor generalna i większościowy udziałowiec – pięćdziesiąt jeden procent – przeprowadzę nadzwyczajne zgromadzenie wspólników.
Porządek obrad: zmiana zarządzania finansami.
Zostajesz odsunięty od pieniędzy.
Podpis na kontach – tylko mój.
Dostęp do kasy – tylko mój.
– Nie masz prawa!
– Mam.
Statut.
Rozdział czwarty, punkt szósty.
Przez czternaście lat ani razu go nie otworzyłeś.
Ja jestem większościowym udziałowcem i dyrektorem generalnym.
Ty jesteś wspólnikiem mniejszościowym.
Czterdzieści dziewięć procent.
Bez prawa podpisu.
Bez prawa dysponowania kontem.
Artur otworzył usta.
Zamknął.
Żyły na czole mu nabrzmiały.
– I oddaj samochód do rana.
Kluczyki połóż na komodzie.
Samochód jest na mnie – dowód, ubezpieczenie, umowa.
Jeśli nie oddasz – składam zawiadomienie na policję.
Trzasnął drzwiami tak mocno, że z framugi posypał się tynk.
Białe okruszki na linoleum.
Podniosłam różową walizkę.
Ciężką.
Wyniosłam za próg, postawiłam na wycieraczce.
Wróciłam do kuchni.
Cisza.
Słychać było buczenie lodówki i kapanie kranu.
Usiadłam.
Położyłam ręce na stole.
Równe, spokojne ręce.
Dziwne – wczoraj się trzęsły, przedwczoraj się trzęsły.
A dzisiaj – nie.
Podeszłam do okna.
Podwórko było ciemne, puste.
Latarnia kołysała się na wietrze – żółta plama przesuwała się po mokrym asfalcie.
Tam i z powrotem.
Tam i z powrotem.
Stałam i oddychałam.
Równo.
Po raz pierwszy od trzech lat – równo.
Wybrałam numer Kiriłła:
– Jutro wymienisz zamki?
– Będę o dziewiątej, mamo.
—
Rano wszystko wydarzyło się szybko.
O ósmej Kiriłł przyjechał z fachowcem.
Zamki wymienili w czterdzieści minut.
Trzy zamki.
Drzwi wejściowe.
O dziewiątej trzydzieści byłam w biurze.
Przeprowadziłam zgromadzenie wspólników.
Jeden uczestnik – ja.
Protokół, podpis, pieczęć.
Artur odsunięty od zarządzania finansami.
Zgodnie ze statutem, którego „ani razu nie otworzył”.
O dziesiątej zadzwoniłam do banku.
Zablokowałam jego kartę.
Wyrobiłam nową na siebie.
O jedenastej napisałam pozew rozwodowy.
Zawiozłam go do sądu.
Kluczyki do samochodu Artur wrzucił nocą do skrzynki pocztowej.
Bez kartki.
Kiriłł przestawił samochód do siebie.
W południe zadzwoniła Żanna.
– Nelli, możemy porozmawiać?
– Proszę mówić.
– Artur obiecywał mi mieszkanie.
Mówił, że biznes przynosi milion miesięcznie.
Że ma trzy punkty.
Że do lata kupi mi dwupokojowe mieszkanie.
– Jeden punkt, Żanno.
Myjnia z wulkanizacją.
Czysty zysk roczny – dziewięćset dwanaście tysięcy.
Rocznie.
Nie miesięcznie.
Dwupokojowe kupi pani za jakieś dwadzieścia lat.
Jeśli przestanie jeść.
Cisza w słuchawce.
– Trzy lata. Przez trzy lata mnie okłamywał.
– Tak samo jak mnie.
Tylko mnie o delegacjach.
A panią o dochodach.
Żanna się rozłączyła.
Dwie godziny później – wiadomość od Artura: „Żanna mnie rzuciła. Szczęśliwa, suko?”
Nie odpowiedziałam.
Schowałam telefon do szuflady biurka.
Wieczorem stał pod drzwiami.
Klucz nie pasował.
Dzwonił do drzwi przez dwadzieścia minut bez przerwy.
Siedziałam w kuchni, piłam herbatę.
Słyszałam, jak oddycha za drzwiami – ciężko, ze świstem, jak po wejściu po schodach.
Zadzwonił:
– Otwórz. Chcę zabrać swoje rzeczy.
– Jutro, od dziesiątej do dwunastej.
Spakuję ci rzeczy.
Przyjdź z kimś – potrzebny jest świadek.
– To mój dom!
– Akt własności jest na moje nazwisko.
Cztery miliony dwieście tysięcy rubli od moich rodziców.
Pokwitowanie, umowa – wszystko jest.
Stał jeszcze jakieś dwadzieścia minut.
Słyszałam, jak uderzył dłonią w drzwi.
Nie mocno – z bezsilności.
Potem – kroki schodzące po schodach.
Umyłam kubek.
Postawiłam go na suszarce.
Wyjęłam jego talerz – ten z logo myjni samochodowej, który dostał na dziesięciolecie biznesu.
Zawinęłam go w gazetę.
Schowałam do torby z jego rzeczami.
—
Minęły dwa miesiące.
Artur mieszka u matki.
W kawalerce na obrzeżach, przy stacji kolejowej.
Jeździ autobusem – samochód jest mój.
Biznes działa.
Zatrudniłam dwóch myjczych – młodzi, pracowici.
Przychód wzrósł o dwanaście procent już w pierwszym miesiącu.
Okazało się, że przez ostatni rok Artur więcej rządził i palił przy bramie, niż faktycznie mył.
Żanna odeszła do tego chłopaka z centrum handlowego.
Kiriłł mi powiedział.
Dziecko – nie wiadomo, czy w ogóle było.
Żanna przestała się odzywać zarówno do Artura, jak i do mnie.
Artur dowiedział się o chłopaku – podobno przez trzy dni nie wychodził z mieszkania matki.
Złożył pozew wzajemny.
O podział firmy i majątku.
Mój adwokat obejrzał dokumenty: większościowy udziałowiec – ja, kapitał początkowy – od moich rodziców, pokwitowanie na cztery miliony dwieście, czternaście lat zarządzania – wszystko udokumentowane.
Jego czterdziestu dziewięciu procent nikt nie rusza, ale kontrola – jest moja.
Zgodnie z prawem.
Zgodnie ze statutem.
Zgodnie z tymi samymi papierkami, które prosił „przepisywać na mnie”.
Artur przekazał przez Kiriłła: „Ona mnie okradła. Ja budowałem rękami, a ona zabrała papierami”.
Rękami budowałeś – tak.
Ale papiery, Artur, to właśnie własność.
Przez czternaście lat ci to tłumaczyłam.
Nie słuchałeś.
Mówiłeś „wciskaj przyciski”.
Teściowa zadzwoniła raz.
Powiedziała: „Wyrzuciłaś faceta na ulicę, bezwstydna”.
Odpowiedziałam: „Sam się wyrzucił, Zinaido Pawłowno. Kiedy przyprowadził obcą kobietę do mojego domu”.
Rozłączyłam się.
Więcej nie dzwoniła.
Wczoraj siedziałam w kuchni.
Cicho.
Herbata, lampka, książka.
Żadnego stukotu obcasów po kafelkach.
Żadnego złotego łańcucha na rozpiętej koszuli.
Żadnych „delegacji”.
Żadnego „nie ma pieniędzy, poczekaj”.
Spojrzałam na swoje ręce.
Suche, mocne.
Na serdecznym palcu – ślad po obrączce, którą zdjęłam dwa miesiące temu.
Przez czternaście lat wciskałam przyciski.
Okazało się, że to właśnie przyciski były najważniejsze.
Może przesadziłam.
Może można było porozmawiać, podzielić, rozstać się po ludzku.
Przez prawników.
Przez „załatwmy to normalnie”.
Może nie powinnam była pokazywać Żannie wyciągów.
Może wymiana zamków w jedną noc to było za dużo.
Ale on stał w mojej kuchni i mówił: „Pogódź się”.
Przyprowadził obcą kobietę do mieszkania kupionego za działkę mojej mamy.
Przez trzy lata wydawał moje pieniądze na inną, a mnie mówił – „wytrzymaj do wiosny”.
Przez osiemnaście lat wytrzymywałam.
Przez czternaście – pracowałam za darmo.
Dość?
Czy powinnam była wytrzymać jeszcze trochę?



