Jedna skarpetka, zwinięta w ciasną spiralę, potoczyła się po parkiecie i zatrzymała na środku pokoju.
— Ja dla tej rodziny robię wszystko! A ty… Ty nawet kredytu dla Lerki nie chcesz wziąć!
Nawiasem mówiąc, to na rozwój biznesu!
Patrzyłam na męża tak, jak lekarz bada skomplikowane, ale beznadziejne zdjęcie rezonansu magnetycznego: spokojnie, bez emocji, z lekkim zawodowym zainteresowaniem.
— Anton, biznes rozwija się wtedy, kiedy jest przynajmniej plan, a nie wtedy, kiedy twoja siostra marzy o zakupie najnowszego iPhone’a, żeby fotografować nim paznokcie.
Które, nawiasem mówiąc, piłuje u nas w kuchni, — upiłam łyk kawy.
— I tak, podnieś skarpetkę. Odchodzić też trzeba z klasą, a nie rozrzucając części garderoby.
Anton momentalnie zalał się rumieńcem.
His ulubiona taktyka cichego nacisku nie zadziałała i przełączył się na wariant rezerwowy — głośne odejście z efektownym dramatem.
— No i zostawaj tu sama! Ze swoją… — skinął głową w stronę pokoju mojej córki.
— Zobaczymy, jak bez chłopa za tydzień zaśpiewacie!
Wrócę dopiero wtedy, kiedy przeprosisz.
I do mojej matki zadzwoń — wyjaśnij, dlaczego jej syn jest zmuszony mieszkać u rodziców!
Drzwi trzasnęły tak mocno, że z półki spadła książka z opowiadaniami.
Nawet symbolicznie wyszło.
Trzy tygodnie minęły w dziwnym, niezwykłym… spokoju.
Nagle okazało się, że bez „głowy rodziny” produkty nie znikają z lodówki w jedną noc, klapa od sedesu jest zawsze zamknięta, a w domu można po prostu żyć bez ciągłego napięcia.
Zauważyłam nawet, że poziom stresu spadł.
Swoją drogą, chronicznie podwyższony kortyzol rzeczywiście wpływa na organizm nie najlepiej: niszczy białka mięśniowe i może podnosić poziom cukru we krwi.
My z Aliną, moją trzynastoletnią córką, po raz pierwszy od dłuższego czasu spokojnie jadłyśmy kolację, omawiając nie kolejne pretensje teściowej i nie genialność Antona, a budowę pantofelka.
— Mamo, a wujek Anton już całkiem sobie poszedł? — cicho zapytała Alina, nawijając spaghetti na widelec.
— Nie wiem, słoneczko. Ale oddycha się lżej, prawda?
— Aha. I jogurtów już nikt nie wypija.
Ale idylla skończyła się w sobotę rano.
Zadzwonił dzwonek do drzwi. Natarczywie. Roszczeniowo.
Tak zazwyczaj dzwonią nie krewni, a ludzie pewni, że ma się obowiązek im otworzyć.
Spojrzałam przez wizjer. Pełny skład delegacji: Anton z miną wielkiego męczennika, Galina Siergiejewna z twarzą prokuratora i Lera — w roli człowieka, któremu cały świat jest dłużny.
Otworzyłam.
— No i co, wyszalałaś się? — od progu oświadczyła teściowa, wpływająca do przedpokoju niczym lodołamacz.
— Antosza zmarniał bez rodziny! Gastryt mu się zaostrzył! A ty tutaj, jak widać, doskonale sobie żyjesz?
— Dzień dobry, Galino Siergiejewno. Gastryt Antona wynika raczej z zamiłowania do smażonego i ostrego, a nie z tęsknoty, — zostałam w przejściu drzwiowym, nie pozwalając przejść dalej.
— I herbaty dzisiaj nie proponuję. Mój limit toksyczności na ten miesiąc już się wyczerpał.
Anton, nawet nie zdejmując butów, spróbował przejść do kuchni.
— Marina, przestań się upierać. Ja już ci wybaczyłem. Dawaj nakrywaj do stołu, mama pierożki przywiozła. Z kapustą.
I jeszcze — Lera mimo wszystko potrzebuje pieniędzy. Postanowiliśmy, że kredyt weźmiesz ty. Płacić będziemy po połowie. A ona potem odda. Zapewne.
Lera, żując gumę, energicznie pokiwała głową.
— Oczywiście! Przecież pracujesz w prywatnej klinice, pensja dobra, oficjalna. Co ci szkoda? Ja jak tylko zbiorę klientów — od razu zacznę oddawać. Będę miała kolejkę, jak na koncert gwiazdy!
I właśnie w tym momencie zrobiło mi się już naprawdę wesoło.
— Tak. Stop. Rozbierzmy ten potok myśli na punkty.
Galina Siergiejewna nabrała już powietrza do długiej mowy o ciężkim kobiecym losie.
— Ty, droga moja, nie mądrzyj się! Żona powinna być szyją — w którą stronę głowa się obróci, tam trzeba iść! Rodzina to wszystko wspólne! A ty każdy grosz liczysz! Masz męża ze złota, a go nie cenisz. W naszych czasach kobiety i pracowały, i mężom nogi myły!
— Galino Siergiejewno, — przerwałam miękko, ale stanowczo. — Historycznie nogi myto dlatego, że nie było wodociągu, a nie z powodów sakralnych.
Teraz mamy dwudziesty pierwszy wiek. Niewolnictwo zniesiono. Hipoteki — póki co nie.
A skoro mowa o mieszkaniu. Mieszkanie jest moje. Kupione jeszcze przed ślubem. Anton był tutaj jedynie tymczasowym lokatorem.
Teściowa zamarła. Jej twarz pokryła się plamami, usta otwierały się i zamykały bezgłośnie. Przypominała wyrzuconą na brzeg rybę, próbującą pojąć istnienie lądu.
— Nie naciskaj na nas swoimi faktami! — oburzyła się Lera. — Jesteś po prostu chciwa! Anton ma stres! Przez ciebie o mało pracy nie stracił!
— Lero, praca menedżera sprzedaży wymaga umiejętności komunikacyjnych. Jeśli Anton sprzedaje materiały budowlane tak samo, jak wy teraz próbujecie sprzedać mi pomysł kredytu na wasze nazwisko, to zaskakujące, że jeszcze go nie zwolnili.
I przy okazji, pasożyt — to organizm, który żyje kosztem żywiciela. W sensie potocznym nazywa się to inaczej, ale do tego potrzebny jest chociaż czar, a nie sama pewność siebie.
Lera drgnęła, potrąciła wieszak i spadł na nią płaszcz Antona. Zaplątała się w rękawach i ledwo utrzymała na nogach.
Wyglądało to tak, jakby mól przegrał walkę z wełnianym swetrem.
Anton zrozumiał, że triumfalnego powrotu nie będzie, i postanowił włączyć tryb gospodarza.
— Tak, dość! Jestem mężczyzną czy kim? Wróciłem — to znaczy, że wszystko będzie jak dawniej! Alina! — krzyknął w stronę pokoju. — Przynieś wody! I w ogóle, dlaczego w przedpokoju jest brudno? To twoje obowiązki!
Z pokoju wyszła Alina. W rękach trzymała grubą książkę do fizyki.
— Wujku Antonie, — spokojnie powiedziała. — Zgodnie z trzecią zasadą dynamiki Newtona, siła akcji jest równa sile reakcji.
Nie było pana przez trzy tygodnie i nie wkładał pan nic w ekosystem mieszkania. To znaczy, że pana status tutaj się wyzerował.
Wodę może pan nalać sobie sam. A brudem nazywa pan moje buty sportowe — właśnie wróciłam z olimpiady matematycznej.
Anton zamarł.
— Ty jak się odzywasz?
— Nie jest pan moim ojcem, — wciąż tym samym równym głosem odpowiedziała córka. — Jest pan czynnikiem zwiększającym entropię w domu.
— Co ona mówi? — syknęła teściowa. — Jaka entropia?
— Entropia — to miara chaosu, babciu. I w tej chwili aktywnie ją zwiększacie. Mamo, ja idę rozwiązywać zadania. Tam jest ciekawiej.
Alina odeszła.
Zapadła cisza. Ciężka, gęsta, niczym wełniana kołdra.
— Wszystko, — otworzyłam drzwi na oścież. — Przedstawienie skończone. Anton, rzeczy spakowałam już dwa tygodnie temu. Stoją w korytarzu w torbach. Walizka, nawiasem mówiąc, jest moja.
— Nie masz prawa! To majątek wspólny!
— Wspólny? Nie. Mój majątek pozostał moim. A wspólnie dorobiliśmy się tylko twojego gastrytu i mojej egzemy nerwowej. Egzemę zostawiam sobie. Gastryt zabieraj.
Wyprowadziłam oszołomionego Antona za drzwi. Za nim prawie automatycznie wyszły Galina Siergiejewna i Lera.
— Jeszcze pożałujesz! — krzyczała teściowa. — Komu ty będziesz potrzebna z dzieckiem w wieku trzydziestu pięciu lat?!
— Samotność — to nie wtedy, kiedy nikogo nie ma obok, Galino Siergiejewno. To wtedy, kiedy obok jest człowiek, przez którego czujesz się samotna. A u mnie teraz wszystko jest dobrze.
Drzwi się zamknęły. Dwa kliknięcia zamka.
Najprzyjemniejszy dźwięk od dłuższego czasu.
Za drzwiami jeszcze coś oburzeni mówili, stukali, kłócili się. Ale to przypominało już szum telewizora u sąsiadów — słychać, ale żyć nie przeszkadza.
Wróciłam do kuchni. Alina siedziała przy stole i jadła jabłko.
— Poszli?
— Poszli.
— Na dobre?
— Myślę, że tak. Teraz produkty będziemy kupować same, a nie czekać, aż wujek Anton raczy wydzielić część pensji.
Alina ugryzła jabłko, chwilę pomyślała i powiedziała:
— Wiesz, mamo… Bez nich zrobiło się więcej powietrza w mieszkaniu. Jakby śmieci w końcu wyniesiono, które śmierdziały przez trzy lata, a my myślałyśmy, że to odświeżacz powietrza.




