— Sasza, a dlaczego walizka jest w przedpokoju? Tylko nie mów, że znowu wysyłają cię w delegację na cały weekend!

Przecież mieliśmy jechać na działkę.

No dlaczego milczysz?

— Przekaż swojemu szefowi, niech Gorbunowa wysyła! — krzyknęłam z korytarza, próbując doczekać się jakiejkolwiek odpowiedzi.

Ale w mieszkaniu panowała cisza.

— Sasza, zasnąłeś tam czy co?

Dlaczego milczysz?

Zdążyłam już zdjąć buty i zamierzałam wejść do pokoju, kiedy mąż sam wyszedł do przedpokoju.

Wyglądał na przygnębionego i jednocześnie winnego.

— Cześć, Marina — powiedział cicho, opuszczając głowę.

— Co to za cześć? Widzieliśmy się rano.

Jedziesz w delegację czy co? — machnęłam machinalnie ręką w stronę walizki.

— Odchodzę — wykrztusił głucho Aleksander i spróbował przejść do drzwi, unikając mojego wzroku.

— Odchodzisz? — zapytałam z zagubionym uśmiechem.

— Odchodzę od ciebie. Mam inną kobietę. Rozumiesz?

Słowa te uderzyły mnie jak obuch w głowę.

— Ach, inna kobieta! No jasne, rozumiem! Zachciało się młódki?

Postanowiłeś wziąć przykład ze swojego szefa?

Cóż, śmiało! Szczęścia życzę! — wykrzyknęłam, próbując się nie rozpłakać.

— Marina, nie mam zamiaru teraz urządzać awantury. Po prostu stawiam cię przed faktem.

— Przed faktem?! To zabieraj te swoje fakty i się wynoś!

Myślisz, że będę tu rozpaczać?!

Łez nie dało się już powstrzymać, ale i tak odwróciłam się do ściany, żeby nie widział, jak bardzo mnie to boli.

Po prostu stałam i czekałam, aż weźmie walizkę i zniknie z mojego życia.

Po minucie trzasnęły drzwi wejściowe.

Podniosłam głowę i machinalnie wytarłam twarz dłońmi.

Aleksandra nie było już w przedpokoju. Walizka też zniknęła.

Podeszłam do drzwi i przekręciłam zamek. Na szafce leżały jego klucze.

Chwyciłam je, poszłam do kuchni i z wściekłością cisnęłam pęk prosto do kosza na śmieci.

Potem zatrzymałam się przy oknie.

Za szybą szumiał jesienny wiatr, o parapet bębnił deszcz.

I nagle do mnie dotarło: przede mną mroźna jesień, długa zima i całkowita samotność.

Dzieci od dawna żyją na swoim, a teraz jeszcze mąż odszedł do młodej.

A przecież jeszcze rok temu wszystko wyglądało zupełnie inaczej.

Jesienią pojechaliśmy do sanatorium, wprawdzie tylko na tydzień, ale wtedy życie wydawało się spokojne i szczęśliwe.

A potem całą rodziną witaliśmy Nowy Rok.

Uśmiechnęłam się mimowolnie na to wspomnienie.

Jak Sasza razem z synem Denisem i zięciem Wołodią pojechali wybierać choinkę.

Przywieźli tak ogromną, że trzeba było podpiłować czubek.

Wnuki piszczały wtedy z zachwytu, a dom był pełen śmiechu i zapachu igliwia.

I ten breloczek w kształcie dinozaura przy jego kluczach — przecież sama mu go podarowałam w zeszły Nowy Rok…

Postałam jeszcze chwilę przy oknie, po czym wróciłam do kosza na śmieci, wyciągnęłam klucze i położyłam je na parapecie.

W przedpokoju nagle zadzwonił telefon. Serce mi zadrżało — byłam pewna, że to Sasza.

Przez sekundę pomyślałam nawet, że to jakiś głupi żart.

Szybko podeszłam do torebki i wyciągnęłam telefon.

Na ekranie wyświetlił się jednak numer córki.

— Tak, córeczko…

— Mamo, cześć! Jesteś już w domu? — zapytała rześko Natasza.

— Tak… A co się stało?

— Chcieliśmy z Wołodią prosić was z tatą, żebyście posiedzieli z Aloszą i Lenoczką w weekend.

Obojgu nam niespodziewanie wypadły dyżury.

— Oczywiście, że posiedzimy — odpowiedziałam i mimowolnie pociągnęłam nosem.

— Mamo, wszystko w porządku? Płaczesz?

— Nie, cebulę kroję, kolację robię — skłamałam.

Po rozmowie długo siedziałam w kuchni i rozumiałam: prędzej czy później będę musiała powiedzieć dzieciom prawdę.

Nawet jeśli na początku uda się zmyślić, że ojciec wyjechał do pracy albo na ryby.

Ale nie chciałam opowiadać.

Z jakiegoś powodu było mi wstyd przed dziećmi, choć w niczym nie zawiniłam.

Przeżyliśmy z Aleksandrem trzydzieści siedem lat.

Przez ten czas bywało różnie, ale nigdy nie przyłapałam go na zdradzie.

Zawsze troskliwy mąż, wzorowy ojciec. I nagle — coś takiego.

Po kilku dniach dzieci już o wszystkim wiedziały. Okazało się, że Aleksander sam do nich zadzwonił.

Natasza i Denis od razu stanęli po mojej stronie.

Syn oświadczył nawet, że nie chce już kontaktować się z ojcem i nie pozwoli mu widywać wnuków.

Ale ja byłam kategorycznie przeciw.

Niezależnie od tego, jak bardzo mnie to bolało, dzieci i wnuki zawsze kochał szczerze.

I tak zostałam sama.

Stopniowo życie znowu ruszyło z miejsca: praca, obowiązki domowe, wnuki.

Ból z czasem stawał się cichszy, ale tęsknota za mężem nigdzie nie zniknęła.

Nadszedł Nowy Rok. Dzieci zapraszały mnie do siebie, ale odmówiłam.

Po raz pierwszy od wielu lat postanowiłam spędzić święta sama.

Dzień wcześniej złożyłam wszystkim życzenia przez telefon, wyciągnęłam małą sztuczną choinkę i postawiłam ją na stoliku kawowym.

Ta noc sylwestrowa okazała się najsmutniejszą w moim życiu.

Gdy wybiła północ, ostatecznie się rozpłakałam.

Mała plastikowa choinka wydawała się obca i sztuczna.

Zupełnie nie taka jak ta wielka, żywa piękność, którą dekorowaliśmy całą rodziną rok temu.

Święta minęły szybko. Znowu poszłam do pracy.

I któregoś wieczoru, wracając do domu, zauważyłam Aleksandra przy klatce schodowej.

Siedział na ławce z opuszczoną głową.

— Cześć, Marina — podniósł się od razu.

— No, witaj. Przyszedłeś po rozwód?

Nie musisz mnie namawiać, nie będę stawać na drodze twojemu szczęściu — odpowiedziałam jadowicie.

— Marina, nie przyszedłem się kłócić. Ja… W każdym razie, pogódźmy się.

Przyjmij mnie z powrotem. Zrozumiałem, że bez ciebie nie potrafię żyć.

I dzieci, i wnuki — to wszystko, co mam najdroższego.

— Popatrzcie tylko, jak zaczął mówić!

A tak niedawno odchodziłeś z walizką i stawiałeś mnie przed faktem.

Co się stało? Młódka cię rozczarowała? Czy może ty jej się znudziłeś?

— Znajdź sobie inną, pełno ich dokoła chodzi — rzuciłam zbyt głośno, zdając sobie sprawę, że sąsiedzi pewnie słyszą.

— Marina, przecież przyszedłem po dobroci…

— Skoro przyszedłeś po dobroci, to po dobroci odejdź — odpowiedziałam i weszłam do klatki.

Z okna widziałam, jak jeszcze długo siedział na ławce, potem powoli wstał i odszedł.

W mojej duszy wszystko pękało.

Z jednej strony — złość i żal. Z drugiej — to był człowiek, z którym przeżyłam prawie całe życie.

Kilka dni później w pracy dostałam wiadomość:

„Marina, jestem na reanimacji. Przyjedź szybko. Na budowie doznałem poważnego urazu”.

Wszystko we mnie zamarło.

Zerwałam się z miejsca, zwolniłam się u szefa i pognałam do szpitala.

Przez całą drogę w głowie kołatała mi tylko jedna myśl: żeby tylko zdążyć zobaczyć go żywego.

Wpadłam na izbę przyjęć.

— Aleksander Koszelew… Przywieziono go kilka godzin temu z ciężkim urazem. Jak on się czuje?!

— Tak… Koszelew… Tak, został przyjęty — zaczęła pielęgniarka.

— Czy jest na reanimacji? Mogę do niego wejść? — przerwałam jej.

— Jest na sali. Proszę założyć ochraniacze na buty i fartuch, zaraz pokażę drogę — odpowiedziała spokojnie kobieta, patrząc na mnie ze zdziwieniem.

Prawie biegłam korytarzem.

— Sala numer siedem, prosto korytarzem — wskazała pielęgniarka.

Otworzyłam szeroko drzwi i zamarłam.

Mój mąż z obandażowaną głową siedział na łóżku naprzeciwko jakiegoś mężczyzny w piżamie.

W rękach obaj trzymali karty.

— Marina? — bąknął zdezorientowany Aleksander.

— Sasza! Napisałeś, że jesteś na reanimacji z ciężkim urazem! Czy ty skłamałeś?! — krzyknęłam oburzona.

W sali zapadła cisza.

— Pędziłam z pracy jak szalona, odchodziłam od zmysłów, a ty tutaj w karty grasz?!

— To wszystko wymyślił Pietrowicz — wymamrotał winno mąż.

— Obaj dostaliśmy w głowę na budowie. Powiedział, że to szansa na pogodzenie się.

— Ale wstrząśnienie mózgu naprawdę mam! — dodał pośpiesznie.

Pociągnęłam nosem i nagle sama rzuciłam się ku niemu, mocno go przytulając.

— No i widzi pan, Masza, a mówiłem, że to zadziała — stwierdził zadowolony jego sąsiad z sali, Jewgienij Pietrowicz.

— Kobiety to litościwe istoty… A czy wy potrafilibyście wybaczyć zdradę?